marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Wrzesień 2nd, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 22

               No więc tak. Chciałem inteligentną opowieścią wyrobić sobie dobrą markę u jednego z obserwujących mnie personelitów, a tu wychodzi na to, że lekarze będą mieli kolejny przyczynek do pogrążającego mnie osądu, że przebywam w świecie głębokich urojeń! Odkładam mydło na wbudowaną w ściankę kabiny mydelniczkę. Wychodzę, wycieram się ręcznikiem frotte, wręczonym mi przez niskiego sanitariusza. Samopoczucie mam podłe, chociaż już od jakichś dziesięciu minut nie jestem związany, w związku z czym nieco odżyłem cieleśnie. Ale nadal nie odczuwam, by rozwiał się opar trującego wyziewu fatalności, w jaki lekkomyślnie wszedłem, robiąc ten prosty błąd rzeczowy, polegający na pomyleniu placówki mieszkalnej z leczniczą. Suchy i nagi, wkładam świeżą pidżamę, po czym, jak powolny gospodarzowi koń do stajni, przechodzę z łazienki do sali numer 7 – wyfroterowanym nienagannie korytarzem. To możliwe, że mam serce niezdolnego do buntu niewolnika. Nie w tym jednak widzę powołanie człowieka, by się buntować przeciwko złej woli innych ludzi. Zła wola u ludzi ustąpi samoistnie – w miarę, jak ludzkość będzie dorastać do swych przeznaczeń kosmicznych. A jak nie samoistnie, to o tym akurat myśli wielu. I wielu o to walczy, chociażby Kościół. Stwierdzałem powyżej wiele razy, że zło jest podszewką dobra, że nie sposób go od dobra odłączyć, ponieważ niszcząc zło, zniszczymy i dobro, a tym samym byt, który jest rozszczepieniem nicości na te dwie wartości biegunowe. Bo tak zło jak dobro należy przenieść z katalogu wartości „duchowych”, a więc moralnych czy etycznych, w przyjętym dotąd rozumieniu będących wartościami niemierzalnymi, do zakresu zjawisk fizycznych, do fizyki jako do nauki matematyczno-przyrodniczej, gdzie możliwe są obliczenia i przekształcenia na ściśle oddających badaną rzeczywistość wzorach. Drogą włączenia naszych, pozostających do dziś dnia mglistymi, przeczuć do tych nauk, gdzie tak ogólna koncepcja, jak objęty nią każdy szczegół treściowy – są wyraziste i pewne, uzyskamy weryfikację panujących dziś i wszelkich innych światopoglądów, co z kolei zorientuje nas, jakie kierunki naszych myślowych postępowań należy przyjąć, a jakie odrzucić, o ile chcemy nie jałowo dreptać w miejscu, tylko prowadzić rozwojowe poznawczo podróże. Powie ktoś, że naukom matematyczno-przyrodniczym wymyka się spod kurateli świat nadprzyrodzonych a nieprzeznaczonych człowiekowi tajemnic Boga, bez znajomości których nasza ludzka wiedza nie osiągnie nigdy waloru niezawodności. Powstaje tu jednak pytanie, czy w gruncie rzeczy nie chcemy, żeby stale nad nami zawisał margines tajemnicy. Jest bowiem zrozumiałe, że wolimy żyć w niepewności, czy przyszłość, która nas czeka, będzie obfitować w dobra, niż mieć pewność, że złożą się na nią same przekleństwa. Cóż. Ja twierdzę, że będzie w niej dobra tyleż, co zła. Pytanie tylko, czy wybierzemy przekleństwo ciężkiej pracy, by po odbyciu jej do syta najeść się i odpocząć, czy słodziej nam zapachnie miłe leniuchowanie, które okupimy głodem i rozgoryczeniem. W moich wchodzeniach w naturę rzeczy poszedłem jednak dalej, nazywając dobro iluzją, zarysowującą się tylko na krótko – bezpośrednio po przejściu z bolesnego przekleństwa w odejście od wszelkiego czucia, w nicość. Byt jest bowiem bolesny, tak jak nicość – nieznośna, i ubytowione trwanie przynosi satysfakcje, dzięki którym można to trwanie zaakceptować, jedynie poprzez lawirowanie z refleksem pomiędzy tymi dwoma rodzajami zła. Tak, ale człowiek istnieje nie sam dla siebie, nie sam dla własnych wrażeń, i nie sam nawet  dla swojego myślenia! Dzięki temu, że – w swych czołowych przedstawicielach – wybił się ponad los powielacza jednego rytuału (kopisty swoich poprzedników), wprowadza do dziejów niespotykany wśród tworów Boga, Przyrody czy Przypadku element nowości – w postaci poznawczego i umiejętnościowego postępu – na skalę większą niż to miałby wskazywać jego interes partykularny. Człowiek poznał całą przyszłość wszechświata, w tym wszechświatową śmierć. Wszechświat bowiem w swej głównej masie stanowią zdatne do obserwacji zbiorowiska świecących gwiazd, których wewnętrzną ewolucję i zewnętrzne trajektorie od tysięcy roków  śledzimy, na czego podstawie wiemy, że za sto miliardów roków to wszystko wejdzie w stadium ostatecznej zagłady – przez rozproszenie i wypalenie. Nowe gwiazdy, które dziś jeszcze rodzą się, uzupełniając ubytki powstałe na skutek umierania gwiazd starych, nie znajdą w tej dalekiej przyszłości swoich następczyń. Wraz z ciałami zestarzeje się bowiem puchnąca już od swoich początków, bo przez to puchnięcie mająca swą dynamiczną funkcję, czasoprzestrzeń, wygaśnie grawitacja zbyt oddalonych od siebie poszczególnych skupisk materii, znieruchomieje czas – poprzez ustanie swej grawitacji ku przyszłości. Przepadnie wszystko; jeśli nie na zawsze, ponieważ ogołocone z czasoprzestrzeni materia i energia mogą znowu, jak tego chciał wzmiankowany już w tym tekście Łebstaw Trawiński, implodować w punkt, po czym znowu – w koło, Macieju! – dojdzie do eksplozji i historia kolejnej odsłony dramatu pod tytułem „Wszechświat” znajdzie w pewnym momencie swego trwania ciekawych jej sensu i mechanizmu badaczy – jeśli więc nie na zawsze przepadnie istnienie czy jego możliwość, to do zera zostaną sprowadzone nasze starania wniknięcia w tajniki obrotu spraw. To zero, jak powiedziałem, narośnie, napęcznieje i przemieni się w określoną wielkość, by w toku prac wzrosnąć do zgoła przyzwoitego poziomu. Ale nie pójdzie w nieskończoność! Cały trud człowieczych miotań, a więc wojen, mordów, gorgonalnych wzruszeń i uniesień poetycznych młodzieńców, olśnień i zamroczeń poszukujących intelektualnej formuły dla funkcjonującego w milczeniu wszechświata filozofów, naukowców i myślicieli, ufnych Bogu modłów nawiedzonych kaznodziejów, pielgrzymek do miejsc świętych dopiero co wyszłych z niewoli pogańskiego zabobonu prostaczków – to wszystko miałoby ulec zatraceniu i skazaniu na mającą mieć przebieg identyczny powtórkę??? Wyjściu z zaklętego kręgu wiecznych powrotów, o których tyle opowiadali mędrcy, co miałoby przeszkadzać? Otóż brak prac na rzecz nieskończoności i nieśmiertelności! Takim to pracom ja pragnę poświęcać godziny codziennych wysiłków! Pragnę i – wydaje mi się – poświęcam. A to, że nie walczę jak ekranowy heros o swą wolność? Że bez walki pozwalam się związać i w więzach tkwić jak osznurkowany baleron, czekając biernie, aż komuś tam przyjdzie do głowy wybaczyć mi moją drugorzędną wobec prac, jakie prowadzę, przewinę? Być to może, że tacy, co chcą być dawcami czystego tonu, tonu, jakiemu musiałby uwierzyć bez żadnego wyjątku każdy, muszą być nieskazitelni. I, że nie to było moim błędem, iż nie dałem się mentalnie zabić, oddając cios, gdy nazwano mnie pogardliwie schizofrenikiem. Dopiero moja uległość w obliczu groźby faktycznego uwięzienia zadecydowała o tym, że niestety mam się czego wstydzić. Ale wizerunek supermana, który równie jest wrażliwy, mądry i wykształcony, jak odważny, sprawny i silny – to fikcja. Co prawda, światowe kino zna jeden przypadek aktora, który sam dla siebie napisał rolę w filmie akcji – był to Silvester Stallone. Ale jak porównywać problematykę gangstera z zadaniem, jakie przedsiębierze człowiek, chcący dokonać największej przemiany w dziejach wszechbytu, począwszy od chwili stworzenia!

            Tak czy inaczej, wręcz ułatwiam sanitariuszowi sprawę przysznurowania mnie do tego szpitalnego łóżka na kółkach, kładąc się jak kłoda na położonej już pośrodku posłania, zapewne przez pielęgniarkę, gumowej ceracie, nadstawiając przeguby rąk i kostki nóg do unieruchomienia. Nie wiem, czy moja „gotowość do współpracy” nie wydaje się Niskiemu czymś nie do pojęcia, a ściślej: czymś nie hańbiącym mnie jako mężczyzny. Z pewnością w podobnych sytuacjach jego podopieczni stawiali mu opór, zwłaszcza że wśród Murzynów niższego stanu bitka to – oprócz uprawiania seksu – pewnie jedyny dostępny rodzaj atrakcyjnej aktywności. Ale, jak powiedziałem, czasami widzę sens zmyślać, a czasami – nie. To, co dzieje się naprawdę, może być niewiarygodne. Robiłem już w życiu rzeczy nadające się do sfilmowania. Przeprowadzałem chociażby biegowe rajdy przez Schizogród, w trakcie których dochodziło do sytuacyj zgoła niebanalnych. Stąd element czarodziejskości i sensacyjności znam bezpośrednio, nie tylko poprzez przekaz kinowy czy telewizyjny. Naczytałem się też książek, ale cobym z nich zrozumiał, gdybym osobiście nie doświadczył podobnych książkowym obrazów, rozmówek, niebezpieczeństw. O tym, jak zadziwiające można napotkać przygody, najwięcej przekonał mnie jednak świat moich snów. Zapamiętałem z nich niewiele, jako że dysponuję pamięcią nietrwałą i zawodną. Pamiętam wszelako ogólne wrażenie niesamowitości, wielobarwności i, jak gdyby, melodyjności toku przechodzenia od sceny do sceny – z wielu moich snów, począwszy od dzieciństwa. Dopiero ostatnio, a by przemówić językiem liczb, od jakichś dwóch miesięcy – moje sny stały się ociężałe, nieciekawe i pozbawione treści. Może tam w środku coś mi się wypaliło. Ale co chciałem powiedzieć, a mi uleciało: zasób doznań, jakie przypadają na daną jednostkę, zawsze chyba jest jednakowy. Jeśli komu czegoś nie dostaje w życiu realnym, kompensuje to sobie sennymi widzeniami. Z kolei, jak ktoś ma na jawie za dobrze, to zaraz w snach doświadczy koszmarów. Nad wszystkimi bowiem czuwa sprawiedliwość zerowego bilansu. Czyżbym więc, tak mówiąc, opowiadał się za porzuceniem starań o lepszy świat, gdyż jakoby zawsze będzie tak samo, niezależnie od naszych wysiłków czy pofolgowań? Też i wojny są czasem szczególnych cierpień i niedostatków, a zwłaszcza gwałtownych, jak to się mówi: tragicznych (w przeciwieństwie do „szczęśliwych” naturalnych), redukujących liczbę aktywnych istnień ludzkich na skalę masową – śmierci. Lecz śmierć zadawana z woli ludzkiej innym ludziom w wojnach jest tak samo drastycznym czynnikiem dziejowej „zmiany” i „treści” jak śmierć wywołana na przykład przez nowotwory za pokoju. Historia jest sprawiedliwa i dba o to, by ludzie żyli stale, wojna czy nie wojna, w przeklinanym ale i mobilizującym poczuciu zagrożenia i by znaczna ich część rzeczywiście ginęła na długo przed wejściem w fazę naturalnego umierania ze starości. Zawsze potrzebna jest ofiara z młodych ludzi (zdolny statystyk na pewno będzie umiał określić ją liczbowo), by pozostający przy życiu starcy mogli rozkoszować się swoim (czy aby na pewno rzekomym?) wybraństwem. Wybrani natomiast mają powody namacalniejsze niż inni wierzyć w Tego, który ich wyboru dokonał. Jakkolwiek jednak bytujemy w miejscu, gdzie wybory dokonywane przez nas samych oscylują pomiędzy wartościami porównywalnymi, tę niewielką różnicę pomiędzy wojną a pokojem radziłbym (gdyby ktoś o to spytał) doceniać. Wojna bowiem jak mało co innego odciąga uwagę, zdolnych przecież ulec przekonywającej argumentacji, milionów i miliardów od sprawy nadania dziejom takiego kierunku, by w pewnym momencie nie musiały utknąć i, anulując cały dotychczasowy dorobek, powrócić do punktu startowego. Mityczna Syzyfowa praca pozostaje do dzisiaj i pozostanie na zawsze emanującą wydźwiękiem beznadziei metaforą dziejów ludzkich i wszechświatowych, jeśli nie zbadamy mechanizmu bytu i nie wprowadzimy weń zbawiennych poprawek. Tak, toby było prawdziwe zbawienie od, tkwiącej – widać – w naturze rzeczy, patologii. Drugim złem, jakiemu warto zaradzić, jest biologiczna konieczność zabijania – w celu pozyskiwania pokarmu dla siebie – i związana z nią inna konieczność: umieranie własne, uzasadniane niby starczą utratą produktywności. Jedzenie jako środek naszego wzrostu i utrzymywania się przy życiu wydaje się czynnikiem nie do zastąpienia. Lecz czy musimy, i zawsze będziemy musieli, jeść to, co jak my jest ożywione? Przecież, jedząc spokrewnione z nami choćby najodleglej formy życia, jesteśmy kanibalami! W czym to nam miałoby przeszkadzać? Wszak sam mówiłem, że tylko krzywda innych nam podobnych może być, musi być i jest naszym pożytkiem. Że świat ożywiony zjada sam siebie, to podstawowa prawda Natury Rzeczy. Biosfera jest jednak ekspansywna, przyswaja w obręb swego posiadania i element materii nieożywionej, inaczej zredukowałaby się sama w sobie, począwszy od momentu wyjściowego, do rozmiarów nie rokujących trwania, a co dopiero mówić działania, jakiego zdobywcze myślenie, właściwe jednostkom wśród grup myślących zachowawczo, jest koroną. Skoro więc przyswajamy w siebie też i materię nieożywioną, to czy nie moglibyśmy uczynić jej swoim pokarmem  w y ł ą c z n y m ?  Oczywiście nie będziemy jeść kamieni w stanie surowym, musielibyśmy w tym celu prawdopodobnie je odpowiednio spreparować.

            Objadania się w toku nadchodzących po południach popołudni sycącymi obiadami, przechodzenia po nich do zajęć bardziej abstrakcyjnych, przez co budzących podejrzenia konkretystów. Układanki, których budulcem pozostaje wielorakie słowo, mogą niby słuchacza prowadzić ku dobremu nastrojowi, lecz przecież nie na skutek mechanizmów do końca chwalebnych, gdyż są raczej mamidłem niż nauką, skoro tez w nich stawianych nie wieńczy dowód. Pozory, choć nie muszą dezawuować prawdy, na jakiego to prawa podstawie miałyby wieść ku prawdziwej nadziei? A nadziej oszukańczych efektem będzie przecież zniechęcenie gorsze niż to, jakieśmy mieli w, niezbędnym nadziei, złym stanie wyjściowym! Cóż. Zło i dobro tworzą rozpiętość, którą zowiemy bytem. Im większa jest to rozpiętość, tym szerzej rozpostartym dysponujemy królestwem. Kto tego nie wie, zmuszony jest błędnie utrzymywać, iż jakoby byt stanowi zło samo lub samo dobro. Albo powie, wchodząc w jeszcze zgubniejszy konflikt z faktami, że cechą historycznie odnotowywalnej bytowości jest jej rzekome pozostawanie poza dobrem i złem. Tak powie ten, kto bytu nie dostąpił!