marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Wrzesień 1st, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 21

            - Siostro, rozwiążcie mnie chociaż na parę minut! – błagalnie skomlę. – Niechże oczyszczę odcinek wylotowy swego trawiennego układu z produktu przemiany materii, z zalegającego tam nadmiaru metabolitów! Bądźcie ludźmi, a nie jakimiś mściwymi małpami!

            Pielęgniarka, która już-już miała opuścić salę numer 7, obraca się na pięcie.

            – Za chwilę sanitariusz rozwiąże cię na 5 minut, tylko nie jęcz.

            Nie chce mi się wprost wierzyć w to, com usłyszał. Ale jako odrętwiały kawał ludziny, czyli ludzkiego mięsa, nie jestem też w stanie prawdziwie się cieszyć. Co to zresztą jest 5 minut! Miną, ledwie się zacząwszy. Odrętwienie ustąpi ledwo w dwudziestu procentach, i znów będzie się natężało, powodowało nieznośny, frustrujący ból, gdy wróci „normalny” układ. Pocieszające mocniej może być tylko to, że wkrótce już chyba odbędzie się obchód. Gąska powie robiącym go lekarzom, że nie spałem i że kłamałem, aby to ukryć. Co gorsza, powie też, jak dziecinnie wpadłem, że to się wydało. Bo przecież do psychicznego zdrowia, o jakie idzie spór, należy nie jedynie w miarę bezbłędne branie rzeczy takimi, jakie one są, lecz także posługiwanie się nimi na sposób zharmonizowany logicznie. Jeśli podążam drogą kłamstwa, by osiągnąć zamierzony cel, to nie wolno mi sięgać do takiej prawdy, która wiarygodność owego kłamstwa unicestwia, ponieważ wtedy zamierzonego celu nie osiągnę. Błądzić jest rzeczą ludzką, lecz co do ludzi podejrzanych o obłęd, czyli uczynienie błędu zasadą swego pojmowania i postępowania, stosuje się kryteria wyostrzone, mniej tolerancyjne. To bowiem oczywiste, że wobec tych, którzy popełniają same błędy i nie odnotowują żadnych uczynków trafionych, trzeba zachować pewną rezerwę. To w konsekwencji przeradza się w wyrzucenie takich ludzi na margines, gdzie dogorywają. Nic więc dziwnego, że przed zepchnięciem na ten tor się bronię, starając się pokazywać, a to tym, którzy mają obowiązek (jak lekarze czy redaktorzy w mediach) lub przyjemność (jak osoby zaprzyjaźnione) obserwować mnie, niechybione produkty mojej myśli i wrażliwości. Co jednak takiego powiem lekarzom w trakcie mającego wkrótce nadejść obchodu, by móc wiązać z tym określone dobre nadzieje? Najlepsze rozwiązania podsuwa gorąca chwila; jestem, a przynajmniej zdarza mi się – być dobrym w improwizacji.

            Rozczesywania włosów nieskłonnych do posłuszeństwa grzebieniowi. Przeczuwania przybliżania się światów, co znękanego nawykową koniecznością dreptania w miejscu wędrowca obejmą innym zewem, wreszcie twórczym imperatywem.

            Do sali wróciło paru: Duży i Gbur, któremu nie spodobało się, że parę chwil mówiłem do siebie. Metafizyka zniewolenia i obcości – pewnie istnieje też i coś takiego.

            – Plux! Teraz cię rozwiążę. Odwiedzisz kibel i łazienkę – słyszę głos, a następnie i widzę wypowiadającego te słowa niskiego mężczyznę w białym kitlu, który to gość może mieć 30 roków, ponieważ przy młodej aparycji już troszkę siwieje na skroniach. – Tylko bądź grzeczny, jeśli nie chcesz oberwać. Pewnie widziałeś w telewizji, że Murzyni są naprawdę niezłymi bokserami. Świat należy do Białych, bo umieli lepiej się zorganizować i wytworzyli skuteczniejszą broń. Ale już muzyka i sport należą do nas. Tak samo będzie ze wszystkim.

            Niski uwalnia mnie z więzów, zdejmuje ze mnie koc w poszwie.

            – Co widzę! Nasz dumny przybysz z Europy zlał się w łóżko! I to parę razy!

            – Chciałem tego uniknąć – kryguję się, więcej dla porządku niż ze wstydu. – Ale moje nawoływania zignorowano. Chciałbym, żeby było inaczej; żeby to siły woli wyznaczały granice wytrzymałości fizjologicznej, wszelako taką aż mocą nie rozporządzam.

            – Czy to w twoim kraju forsowano rasistowską ideologię nadczłowieka? – pyta niski.

            – Nie pochodzę z Europy, tam tylko się przeniosłem.

            – Skąd? – sanitariusz pomaga mi wstać, bo widzi, że mam z tym kłopoty.

            – W uznawanym przez świat atlasie nie ma miejsca nie tylko dla kraju, skąd pochodzę, ale nawet dla kontynentu, na którym on leży. Być to może, że Bermudyda to ląd „kieszonkowy”, zasługujący najwyżej na miano wyspy…

            – Idziemy, Plux. Naopowiadasz się w toku naszej wycieczki. No, śmiało.

            Postępuję w ślad za sanitariuszem, przerwawszy sobie tylko na moment.

            -…, ale być może, że samiśmy tego chcieli. Lub sami tego chcieli politycy Zjednoczenia Księstw i Republik Bermudydy. Ci ludzie bali się już dziesiątki roków temu, że nasz kontynencik utraciłby swą, wielce u nas cenioną tożsamość i swoistość, gdyby nie skrajny rodzaj izolacjonizmu, którym objęto u nas wszystko. A to do tego stopnia, że każdy statek czy samolot spoza naszego kręgu, który zbłądził w okolice Republiki Festylia czy Księstwa Faraton, był unicestwiany. Stało się to możliwe, zresztą już dawno, dzięki odkryciu, przez zapalonego poszukiwacza skarbów, Nonezjona Plondrujbasta, przesyłki pozostawionej ludziom naszych czasów przez prehistoryczną cywilizację Azoteków…

            Doszliśmy tymczasem do strefy oddziałowych toalet. Niski wskazuje palcem ich drzwi. Nie trzeba dodawać, że ten gest jest mi zrozumiały – chociażby dlatego, że dosłownie puchnę w środku od przepełnienia kałem. Wchodzę, ściągam do połowy ud pidżamowe spodnie, siadam na kiblu. O tej prostej a decydującej przecież o koniecznej wymianie materii pomiędzy żywą istotą a jej życiowym środowiskiem czynności wiele głośno się nie mówi. I ja nie pałam przesadnie rozbudowaną chęcią, by nadrobić to pewne niedociągnięcie. Chociaż w języku pyryjskim wstydliwy rozkaźnik – czemu mielibyśmy bać się słów? – „sraj” brzmi prawie tak samo jak opiewany przez religie rzeczownik „raj”, i już samo to ma swoją wymowę. Że idę dobrym tropem, potwierdza to brzmieniowa zbieżność rozkaźnika „szczyj” z rzeczownikiem „szczęście”. W obu przypadkach podobieństwo znaczenia tych pokrewnych brzmień uzasadnia wrażenie ulgi, jakiej można doznać, gdy zbyt długo kał lub mocz trzymało się w sobie i naraz je się wydaliło. Na temat pochodzenia słów i powstania języka jako środka porozumiewania się ludzi wypracowałem całą teorię. Jej elementy będę przedstawiał stopniowo – w toku pisania niniejszej quasi-powieści. Teraz wydalam, co w jelicie grubym i w pęcherzu nagromadziło mi się od ostatniego razu, długo to nie potrwa. No, już.

            Zmagania się uosobionych w ugrupowaniach policyjnych i więzienniczych sił dobra z uosobionymi w grupach przestępczych i psychopatycznych siłami zła. Nastawania na dobro publiczne przez partykularne zapędy podwórkowych indywidualistów, techników ergonomicznego posługiwania się łomem. Która z koncepcyj społecznej egzystencji stanie się hegemonem wśród przodujących, a więc zawsze narażonych na wstręty zazdrośników, światowych cywilizacyj? Jeżeli pewny siebie jest pomyleniec na wysokim stanowisku, obfituje w katastrofalne zajścia spory odcinek ogólnoludzkich dziejów. Czy ograniczenia, powodowane świadomością tej prawdy, ma jednak narzucać sobie każdy, a więc i literacki, megaloman? Złaknieni uzależnienia świata od swoich, wybiegających ku dalekosiężnym zmianom, prywatnych planów – cisi mędrkowie, co oryginalnych przetasowań i roszad nie wyśnili w słowach dobytych z ochrypiałych gardeł, lecz jedynie wpisali je do monstrualnego (mniejszy ich by nie pomieścił) notesu, szeptem w swoich pracowniach głoszą swe niezadowolenie. Jak inni, muszą przecież protestować przeciwko czemuś. To masy bowiem mają w swoim posiadaniu wszechogarniające prawo wielkich liczb, które wyznacza kurs.

            Opuszczam toaletę, przed którą cierpliwie czeka na mnie niski sanitariusz.

            – Tak więc – kontynuuję swą opowieść – istnieje coś takiego jak solidarność ludzi kultywujących inteligencję jako czynnik w kosmosie unikalny a mający w nim do odegrania decydującą rolę. Zanim pojmiemy, co ma nią być, mamy się doskonalić.

            – Teraz do łazienki, Plux. Wykąpiesz się, a ja dam ci świeżą pidżamę – wtrąca niski. Idziemy korytarzem w stronę tej łazienki, nie będzie to długi spacer. Ciągnę:

            – Nonezjon Plondrujbast przesyłkę od Azoteków odnalazł, wertując wpierw zabytki starożytnego piśmiennictwa, gdzie pomieszczono informację o chodzących niegdyś po ziemi czarodziejach, którzy wdawali się w rozmowy ze zwykłymi ludźmi, zadając im dziwne pytania. Zainteresowanie czarodziejów nami dla ówczesnych ludzi wydawało się niezrozumiałe, ponieważ ci pierwsi mieli wszystko, czego przysłowiowa dusza zapragnie: zdawali się nigdy nie odczuwać głodu, nie chorowali, godzinami jedynie ganiając za piłką na urządzonych przez siebie trawiastych placach, natomiast zwykli ludzie na każdym niemal kroku doświadczali przekleństw i utrapień, słowem: biedowali.

            Niski wprowadza mnie do łazienki, wskazuje prysznicową kabinę, po czym siada na brzegu też znajdującej się tu wanny. Nie przestając opowiadać, przystępuję do kąpieli.

            – Czarodzieje trafili na Pojezierze Wiwisekt w Zachodniej Festylii prosto z nieba – w buchającym ogniem i huczącym latającym domu. Było ich kilkanaścioro. Zwykli ludzie, dla których pojawienie się czarodziejów stanowiło niezwykłe przeżycie ciekawostkowe, nie umieli jednakowoż ukryć przestrachu. Bali się, że przybysze z nieba wymordują ich, jak to bywało zazwyczaj, gdy na ziemie dawno na nich osiadłych trafiał intruz. Przeto zawczasu pospieszyli z okazaniem potężnym gościom gotowości podporządkowania się im. Padali na twarz przed nimi, znosili im prezenty w postaci płodów ziemi, cennych znalezisk, wytworów pracy własnej. Szamani i starszyzna opowiedzieli przybyszom pamiętaną i zapisywaną historię swego ludu, przedstawili jego wierzenia, zwyczaje, gromadzoną wiedzę. Kiedy padło pytanie, czy nowoprzybyli są przedstawicielami wielkich potęg, takich jak deszcz, pioruny, słońce i noc, wiatr i bezmiar morza, goście odpowiedzieli, że nie. Są ludźmi, jak my, i jak my pochodzą z Ziemi, tyle że więcej niż my nagromadzili wiedzy o świecie i o sobie, co dało im możność wzlecenia w niebo i powrotu na ziemię po latach. „Gdy ktoś wie więcej niż inni, tym skuteczniej gnębi maluczkich” – powiedział wtedy jeden z naszych mędrców. „Najwięcej, co może zrobić jednostka, to przysłużyć się swoim braciom – odpowiedziano mu. – Im ktoś szersze swoim spojrzeniem obejmuje horyzonty, tym większym dlań bracia są skarbem, o który musi się troszczyć, by mu nie uwiądł”. Na to rzekł nasz mędrzec: „Jak żywiołom składamy ofiary przebłagalne, by nie szalały, nie pozostawiając kamienia na kamieniu, tak wam, potężnym, ofiarujemy dary w nadziei, że nie uczynicie nam nic złego. Jest bowiem prawem silnego pogardliwie potraktować nędzarza”. „Kiedyś wzlecicie w powietrze i stamtąd wypatrzycie punkt na waszej ziemi, w którym pozostawiamy dla was przesyłkę pełną mądrości – usłyszeli przodkowie dzisiejszych Bermudydzian. – Dzisiaj z tej mądrości nie potrafilibyście jeszcze skorzystać, wciąż bowiem jesteście jak dzieci, które nie dorosły do problematyki ludzi dojrzałych”. Starzy mieszkańcy Zachodniej Festylii nie ośmielili się zapytać, kiedy dokładnie nastąpi to „kiedyś”, ani dlaczego w przyszłości mieliby być mądrzejsi niż dzisiaj, skoro wiadomo, że najmądrzejsi są starcy, a więc ludzie z pokoleń odchodzących. To przeszłość przecież była czasem owianych legendą siłaczy i mędrców, a z biegiem dziejów wszystko się psuje i wypacza. Tymczasem przybysze wsiedli do swego latającego domu i poszybowali nim w przestworza.

            – Po co opowiadasz mi te bajeczki – będącą wszak już w dużym stadium zaawansowania opowieść ucina Niski. Jestem urażony, ale jak dać temu wyraz, kiedy mego znudzonego słuchacza dosyć już do siebie zniechęciłem, a moja ewentualna prostolinijność może poprowadzić ku przedłużeniu mego uwięzienia. Mnie się tu wszak obserwuje.

            – Wiedza czasami przydaje się – wypowiadam, w miarę ostrożnie.

            – Wydaje ci się, że jesteś w stanie czegokolwiek mnie nauczyć? – niby przypadkiem demonstruje gruby biceps, co widzę dokładnie, mimo, że jestem zajęty kąpielą i muszę uważać, żeby się nie pośliznąć na tych mydlinach. Widzę. Kabina nie ma drzwi.

            – Mogę cię zaznajomić z historiami, których nie doświadczyłeś.

            – Obędzie się. Kończ kąpiel, Plux. Tak czysty, jak teraz, nie byłeś pewnie nigdy w życiu. I bądź pewny, że czarni ludzie nie są aż tak naiwni, by brać za dobrą monetę pieniądz wyprodukowany przez białego mitomana. Bermudyda? Powiedz wprost, że pochodzisz z mitycznej  A t l a n t y d y , kontynentu, o którym przynajmniej ktokolwiek słyszał!