marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Sierpień 31st, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 20

            Na sali pomału budzą się wszyscy, nie wszystkim jednak chce się wstać.

            – Śniadanie! Kto nie wstanie, nie dostanie! – rozgłośnie obwieszcza z korytarza baba o głosie wokalistki jazzowej. Marna ta nasza ludzka egzystencja, skoro każdy superlatyw da się w niej sprowadzić do pospolitactwa. Ja nie wstanę, a dostanę! – klnę w duchu, coraz bardziej skłonny uznać, że jest mi wszystko jedno, w związku z czym przepadnie i misternie utkany plan ministra Lin Piao, i nadzieje tej przecież sporej grupki osób, do której i ja dotąd należałem, że Człowiek dorasta oto do odegrania na scenie dziejów roli na skalę kosmiczną! Nie staniemy się siłą kierowniczą kosmosu! Nie będziemy – ani inteligentnie, ani jakkolwiek – sterować galaktykami, czy nawet pojedyńczymi gwiazdami! Jedyny czynnik bowiem, który mógłby podyktować tej bezrozumnej maszynerii celowy program, przepadnie! A to – ugotowany we własnym sosie! Na pohybel ci, losowa ironio!

            Tak się podniecam własnym i wszechświatowym nieszczęściem, zawinionym przez błąd – wprawdzie kardynalny, jednakowoż drobny, a przecież w sprawie, jaka się toczy, mój udział jest do wykupienia i przekazania go komu innemu! Lin Piao został przekonany co do tego, że umiem gadać z gangsterami, wymową faktów – już mniejsza o to, że zmyślonych. Ale teraz, gdy nie będę dawał przez dłuższy czas znaku życia, pomyśli, że albo mnie zabito, albo że zwiałem z pieniędzmi, co na jedno wychodzi z jego punktu widzenia, ponieważ w obu przypadkach musi mnie wykreślić z tej jednoosobowej na razie listy wykonawców jego zlecenia. Co więc zrobi? Będzie szukał innego wykonawcy. A misja, jaką Piao w swej naiwności (?) mi zlecił, to dla mnie – cóż, może nie jedyna, ale jedyna  u c h w y t n a   szansa zrobienia czegoś naprawdę podstawowego dla tak ukochanej przeze mnie ludzkości! Jeśli więc tej szansy nie chcę zaprzepaścić, muszę działać, a nie tylko bawić się kretyńskim stawianiem to na to, to na tamto! Pozwolę, albo nie pozwolę – na upadek potencjalnego reformatora zamysłu Stwórcy? Byt wyłącznie szczęśliwy, w obliczu konieczności różnicowania treści każdego bytującego układu, a więc i szczęścia – na mniejsze i większe, nie da się pomyśleć. Szczęście to moment awansu; świadomość, że oto staliśmy się lepsi niż to, czym byliśmy dotąd; że wybiliśmy się ponad przeciętność; że, pokonawszy wroga, awansowaliśmy do kolejnej rundy gier. Szczęśliwiec – wedle tej miary – byłby to ten, kto stale odnosi zwycięstwa – coraz to większe i większe. W takim progresie wszelako pobrzmiewałaby nuta monotonii, brak budującego dramatyzm – elementu zaskoczenia. A jakże znienawidzony byłby ten, kto stale wygrywa, przez stale z nim przegrywających! Już samo dostąpienie do gry jest szczęściem, ale każde szczęście bierze się tylko z nadziei lub – lepiej – faktu unieszczęśliwienia przeciwnika, wprowadzenia go w biedę. Szczęście z uczestnictwa w walce jest więc możliwe jedynie jako nadzieja lub fakt poniżenia współzawodnika, czyli warunkuje je zło. Więc życząc szczęścia komukolwiek, choćby sobie, godzimy się na zaistnienie zła w układzie, w którym funkcjonujemy. Toteż i jak miałby być szczęśliwym ten, kto niby z zasady dystansuje się od tak zwanej nieuczciwości? A szczęście płynące z prokreacji? Byłoby ono czystym zyskiem netto, gdyby nie pociągało za sobą konieczności naszego własnego odejścia, o ile pominąć inną konieczność, tę mianowicie, że jeśli nasz potomek ma być szczęśliwy, musi być bandytą. Źle tu powiedziałem. Dopracowanie się potomstwa nie eliminuje nas z gry, lecz tylko pośrednio nam uświadamia, że odejdziemy. Że nasz ludzki, czy w ogóle biologiczny, bieg przez dzieje to sztafeta pokoleń lub lot wieloczłonowej rakiety, a nie zadanie dla jednostki. Ale taką alternatywę zobaczył tu twórca biblijnej Księgi Rodzaju, przez wielu, ogłuszonych nie dającą się rzekomo sprowadzić do kryteriów racjonalnych dziwnością świata, branej do dziś dnia poważnie. Adam i Ewa mieliby w Edenie żyć wiecznie – bez potomstwa, wszelako złamali boży zakaz i zgrzeszyli, wybierając dla siebie śmiertelność i potomstwo. Innymi słowy, nieśmiertelność w jednym pokoleniu (do jakiej egoistycznie ja teraz niby chciałbym wrócić) zastąpili nieśmiertelnością w toku wielu, co rusz odchodzących, pokoleń. Być może, że inteligentne życie nieśmiertelne jest nie do osiągnięcia – bez poczynienia i czynienia stale wielu skomplikowanych zabiegów. Na razie jednak trzeba bronić tej dostępnej nam, wybrakowanej jego wersji. Zagraża nam bowiem śmierć w cieplarni.

            Wszyscy już poszli na śniadanie do sali stołówkowej, a mnie nie rozwiązano. Przez to okropne unieruchomienie stałem się ledwie czego świadomym, eksplodującym mimowolnymi drgawkami, klocem mięsa. Więcej z obojętnością niż z odruchem niechęci, że znowu trzeba będzie gryźć (nie wiadomo czym) twardy chleb, przyjmuję pojawienie się w sali „objuczonej” moją żywnościową racją na tacce pielęgniarki. Głód jednak jest to ciemność – do rozjaśnienia tylko pochłonięciem pokarmu, więc nie protestuję, kiedy ta młoda gąska, podstawiwszy sobie pod siedzenie stołek, siada na nim i rozpoczyna rytuał karmicielki.

            – Jak się spało? – zagaja, wpychając mi do gęby skraj grubej pajdy. Odgryzam go i chwilę rozdrabniam dziąsłami, po czym nadstawiam usta, żeby dała popić. Daje. I tak przełykam, o mało się nie udławiwszy. Mam w pamięci Jezusowe wskazanie, że „prawda nas wyzwoli”, tym niemniej jestem jeszcze zbyt przytomny, by nie zważać na kontekst.

            – Przykre było jedynie przebudzenie. Otwierasz oczy, chcesz wstać, a tu nie możesz się ruszyć. Ale łóżko jest wygodne, klimatyzacja bez zarzutu, nie przeszkadzało mi też zbytnio chrapanie co poniektórych domowników tej sali. Czegóż więcej żądać.

            – Może lekarze zadecydują, że będziemy cię mogli rozwiązać – pociesza mnie gąska, aplikując Flakononowi Pluxowi kolejny kęs. Radzę sobie z nim, jak poprzednio.

            – A ile czasu potrzeba lekarzom – rzucam, międląc w gębie ten chleb ze smalcem – , by mogli stwierdzić, że jestem zdrowy, więc że w związku z tym trzeba dać mi wypis?

            – To pytanie,   c z y    jesteś zdrowy! – śmieje się pielęgniarka. – Nikt przy zdrowych zmysłach nie pozwala sobie na prostolinijność w momencie, kiedy waży się sprawa jego wolności! A ty tak zrobiłeś. Lekarz, który wziął na siebie odpowiedzialność za pokierowanie twoimi losami, nie może robić z siebie idioty i zwalniać dopiero co objętego obserwacją.

            – Tak więc na jak długą odsiadkę jestem skazany? – domagam się konkretu.

            – Jeśli nie narobisz nowych głupstw, twój pobyt u nas potrwa 6 tygodni. W przeciwnym razie przedłuży się do sześciu miesięcy. Jedz, Plux. Przecież to smaczne.

            Słowa pielęgniarki powalają mnie mentalnie. Bo i trudno odmówić im słuszności. Lekarz to jest taki sam człowiek jak ja. Powinien dbać o dobro tego, kto, w wyniku stwierdzenia choroby czy pozwolenia sobie na nienormalną otwartość, stał się jego pacjentem. Ale musi też dbać o siebie, o własną reputację. Człowiek zdrowy psychicznie to taki, któremu dobrze jest z innymi i z którym dobrze jest innym. Nie wystarczy to, że sam się dobrze czujesz. A nawet to, że się dobrze czujesz, działa przeciw tobie. To bowiem norma, że życie jest ciężkie. Kiedy afirmujesz je jako błogosławieństwo, to widać coś twoja percepcja nawala. Jem. Moja wiara w cuda wspiera się na takich doświadczeniu. Skoro naocznie (nie w telewizji) widziałem, jak z paru próchen nieożywionej materii powstaje żywy robak, to czemu w moich opustoszałych dziąsłach nie mają pojawić się zęby? Tak, tak! Będę jeszcze kiedyś jadł z przyjemnością! Choć pamiętam śmiech jednego z moich kolegów z tej mojej wiary. Śmiech pełną gębą, niepohamowany. Wzięty z niedopuszczenia możliwości choćby teoretycznej, że takie oczekiwanie ma szansę spełnienia. Każdy niech wie swoje. Źle w sprawach o zabarwieniu magicznym pasować ze względu na czyjeś prześmianie. Tak, 6 tygodni wśród niebezpiecznych wariatów w sytuacji, gdy moje działanie, wśród ludzi zwariowanych na sposób tolerowany przez prawo, mogłoby wypromować mnie jak mało kogo, to układ wprost absurdalny. Ale droga od absurdu do rozwiązań genialnych to proces codzienny wszystkich ludzi operujących w skrajnych rozpiętościach, do jakich to ludzi mam pretensje się zaliczać. Im wyżej się wespniesz, do tym niżej depresyjnych osuniesz się dołów – to najdokładniej zgodne z teorią ontologicznego zerowego bilansu, będącą czymś, przy czym najbardziej chcę się upierać. Jak przy największej miłości, to jest właśnie najodpowiedniejsze tu porównanie motywacyjne. Dojadam to moje śniadanie do końca. Gdy młoda wstaje i chce iść, rzucam:

            – Mą prośbę o rozwiązanie pragnę wesprzeć argumentem, że nikogo tej nocy nie obudziłem. Dobre sprawowanie pacjenta trzeba wszak policzyć na jego korzyść, prawda?

            Gąska kieruje na mnie takie spojrzenie, jakby coś zrozumiała.

            – Jak miałbyś kogokolwiek obudzić, skoro spałeś.

            Zdradziłem się! Personelici wiedzą już, że nie spałem, a więc mają poszlakę, żeby mnie trzymać w tym więzieniu dla niewinnych może, przepraszam za wyrażenie, do usranej śmierci! Czuję się jak futbolówka, z której upuszczono pewną ilość powietrza. Takim flakiem można grać na podwórku, gdzie nie sprawdza się, czy sprzęt spełnia określone przepisami normy. Ale na wielkich stadionach nikt mną już nie pogra. A wszak było moją tęsknotą i celem oddziałać na tłumy! Zarazić je nie tą jałową refleksyjnością sklerotycznych dziadków, do jakiej żywi wstręt każdy obserwator obdarzony kibicowskim refleksem, lecz refleksyjnością przynoszącą wymierny, a, gdy Bóg da, to i niezmierzony efekt – w postaci przesunięcia ważnych akcentów w życiu ogółu i jego składowych! Zła nie wyeliminuje się. Jest ono drugą stroną tej monety, której pierwszą jest dobro. Kiedy jednak wszyscy co innego niż dziś przyjmą za dobro, inne będzie też alternatywne mu zło! Alternatywne, ale go nie wykluczające, lecz mu nieodłączne! Zachwyt nad złem przedsiębiorą biobyty wietrzące w złu szansę dla siebie. Jeżeli niegdyś miano za dobro (zwane wówczas cnotą) mężne stawanie do boju i kreślenie historii mieczem, to za zło mógł uchodzić „nierycerski” podstęp i fortel. Z tego ostatniego wyewoluowały wszelako nauki, a więc coś, co ostatecznie odcięło od człowieka jego dotychczasowe podobieństwo do zwierząt – z ich nieodmiennymi, ustalonymi do gatunkowego końca rytuałami, nieczułością na wiedzę pozapraktyczną, praktykowaniem w kółko paru oklepanych, zjeżdżonych schematów. Królestwo myślenia, ale koniecznie z użyciem poglądowych modeli tudzież instrumentów!, daje dopiero dostęp do bogactw bytu, na który zgody nikt, pominąwszy niezbędne regule wyjątki, nie będzie widział potrzeby kwestionować! Przekonać bliźnich do swojej koncepcji zapatrywań tak, żeby nie widzieli wyboru? Co w takim razie z poszanowaniem dla ich wolności? Nad takimi pytaniami producent, który chce wcisnąć swój towar jak najszerszemu i, o ile to niesprzeczne, najwybredniejszemu kręgowi odbiorców, się nie zastanawia. Raczej przeciwnie: nie chce dać szans konkurencji. Człowiek, który narzuca ludziom (i zapewnia sobie) najrozleglejsze perspektywy, jest raczej dobroczyńcą niż tyranem. Czego się nie wymusi, to nie zaistnieje.

                 Dlatego dobre rzeczy trzeba narzucać, nawet wiedząc, że będzie im towarzyszyć nieodłączny cień – zło, bez którego przecież nie mielibyśmy czego zwalczać w ciągu dalszym naszej drogi. Tak, tak! Gdyby miało być realne osiągnięcie ideału raz na zawsze, coby, po dokonaniu tego, człowiek w ogóle robił! Bezczynnie trwał w wiecznej szczęśliwości? Powołaniem i szczęściem człowieka jest funkcjonowanie, czynność – a to taka, z jakiej może być dumny, mimo ciężarów i niedogodności, jakie w jej toku musi ponosić. Dobrze się czuć to nie czuć nic, ponieważ czuć możemy jedynie ból. Nie mogąc znieść próżni nieczucia niczego, poszukujemy bólu, którego doznawszy, znowu dążymy do nirwany. Mając w pamięci straszność bólu, nieczucie niczego przyjmujemy jako ulgę, przyjemność. Tej przyjemności bez poprzedzenia jej bólem nie byłoby. Powie ktoś, że bawię się tu w teoretyzmy bez znaczenia dla wiedzy praktycznej. Otóż bynajmniej. Wykazując konieczność zaistnienia zła dla możliwości zaistnienia dobra, obalam panujący realnie pogląd o mającym rzekomo nadejść królestwie wiecznej szczęśliwości. Lecz ktoś znowu tu powie, że byt doczesny jest tak wprost przeładowany cierpieniem, że jego podoczesne następstwo zwyczajnie musi być naznaczone cierpienia odwrotnością. Odpowiem na to: istnieje dotykalne cierpienie i pozbawiona cierpienia nicość, która tylko ze względu na pamięć cierpienia może być zwana szczęściem. Bo i nadajemy konkretne nazwy poszczególnym rodzajom tylko naszych złudzeń, a alternatywą, konkretnego jedynie jako słowo, cierpienia nie jest ułudne szczęście, tylko niewzruszona nicość. Ale wcześniej mówiłem coś o tym, że chcę być twórcą nowej religii. Cóż więc jej potencjalnym wyznawcom miałbym obiecać, skoro już wykazałem, że Królestwo Niebieskie w jego tradycyjnym rozumieniu jest mrzonką płynącą z definicyjnego nieporozumienia? Otóż podane w łatwych do zrozumienia słowach wtajemniczenie w mechanizmy bytu i antybytu, poprzez które nasz zasadniczy niebyt może quasi-istnieć, oraz ukazanie pola działania i zadań tegoż działania, dzięki czemu dostosowujący się do panującej dziś, i będącej dziedzictwem dawnych baśniowych wmówień, bezmyślności człowiek przestanie żyć, aby żyć, i zacznie wydostawać się z zaklętego kręgu tautologii ku służbie i sprawie tworzenia oryginalnej historii, obfitującej w nieznane dotąd satysfakcje. Satysfakcje? Skoro szczęście – złudzeniem? I za te satysfakcje zapłacimy! A to męką trudów transcendowania nasuwających się machinalnie łatwych rozwiązań, które obierano już nieraz i które wiodą wstecz, do punktu wyjścia.