marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Lipiec 17th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 2

            No więc tak. Jadę moim polonezem karo, przez boczne okienko poklepuję go po blaszanym boku i byłbym już prawie, zamiast przerzucić bieg na piątkę i mocniej pocisnąć pedał gazu, chcąc podwyższyć tempo, ponaglił go okrzykiem: „wio, Kary!”, ale nie chcę z Ziemi robić planety wariatów. Wariaci są to wspaniali ludzie, przynajmniej niektórzy, a jednak nie będę powiększał ich grona tylko z tej racji, że mimowolny zbieg okoliczności sprawił, iż mam okazję łatwego dowcipu. Łyżka od widelca różni się nieznacznie, tym niemniej zrobienie racjonalizacji w postaci jedzenia zupy widelcem, a kotleta – tą drugą dlatego, by odejść od nieznośnie uprzykrzonego stereotypu, byłoby lekarstwem gorszym od choroby. Coś trzeba robić, jakichś zmian dokonywać – nie wszystko to wszakże musi być zaraz wariactwem. Są, poza dawno wyeksploatowanymi, i dziewicze rejony, gdzie można i, co uzasadnię dalej, trzeba zaprowadzać swoje porządki. Odszedłem od tekstu do sypialni, kędy w radiu spiker pomylił się i bez widocznego powodu wypowiedział: „miłe złego początki”. Porządki, początki! Czyżbym miał wpływ na to, co w jakimś studiu, o wiele kilometrów stąd, mówią inni ludzie?! Chcę rozszyfrowywać tajemnice, że takie bowiem od czasu odkrycia kwantów się ostały, w to nie wątpię. To więc dla mnie pozytywny znak. Ale na razie trzeba uważać na co innego. Powiedziałem coś o jakiejś „sypialni”, to po prostu inne piętro mojej rzeczywistości. Na tym mamy niebezpieczny zakręt i… gęsi! Przemierzają szosę, po której moim wozem szusuję, jak wielkie jakieś panie, którym ani w małych główkach, że mógłbym po nich przejechać jak po zwykłych białych muldach, pozostawiając bez życia te dumne nadmiernie ptaki! Człowiek pieszy, widząc nadjeżdżające auto, ma czekać, a gęś – nie? Hamuję ostro i pozwalam ptactwu przejść. Na szczęście za, do diabła, czy tak można powiedzieć?, parunastoosobowym stadkiem kroczy pastuch i drobi gęsiarek, bo chyba nie owczarek, prawda?, który to duet pogania swoje podopieczne, dzięki czemu nie aż tak długo będę musiał czekać. Wokół pejzaż typowo pyryjski: wierzby, stojące co kilka metrów ciągnącym się niemal w nieskończoność szeregiem przy podniszczonej asfaltowej jezdni; wykoszone łąki, na których schnie w z rzadka rozstawionych stogach aromatyczne siano; pola, pracowicie zorane przez wieśniaków pod jesienny siew. Zresztą nie wiem, może jesienią się nie sieje, choć nie jestem pewien i tego ostatniego, zważywszy że przecież istnieje taka rzecz jak zboże ozime. Gęsi wraz z obstawą przeszły. Dopiero teraz zauważam zagrodę, w której czeluściach znika zaraz kondukt, co tak mnie zdenerwował. Wrzucam jedynkę.

            Człapania z kretyńskim upodobaniem bezzębnymi dziąsłami, bezskuteczne przyczesywania sterczących, po bokach wyłysiałego centrum, włosów. Dawno zapomniany przez nielicznych, przez innych niedostrzeżony, a ogromnej reszcie zwyczajnie nieznany – wynalazek warracji dobija się o godne siebie miejsce w dziko porośniętych kolokwializmami ostępach współczesnej (chwilowo!) literatury.

        Jasne, efekt cieplarniany. To jest temat ostatnich dni, który należy poruszać do skutku, bo i co rusz nam nieruchomieje. Póki co, społeczeństwo nie wykazuje zainteresowania. Nieliczni tylko nawołują rozpaczliwie do bezzwłocznych działań, bo sprawa jest do uratowania jedynie w razie pójścia za głosem świadomych jej klimatologów już zaraz, po namyśle niechby nawet i rocznym, a jeżeli dłuższym, to nie o wiele! Permanentne huragany, a komu to nie przemawia do wyobraźni, nieustające trąby powietrzne; zatapiające połowę takich krajów jak Pyria powodzie; susze, w wyniku których obumiera wszelka roślinność dająca dotąd pokarm ludziom i zwierzętom; podwyższanie się poziomu mórz, w związku z czym zalewane są przez wodę morskie porty; śmierć ludzi, zwierząt i wszelkiego życia na skutek przegrzania! Czy ta perspektywa, jaką z coraz większym nasileniem serwuje nam i pozostałym strukturom biologicznym efekt cieplarniany, nie winna nas skłonić do przeciwdziałania? Wiadomo, co robić. Zlikwidować elektrownie i kotłownie węglowe; zakazać użytkowania samochodów z silnikami spalinowymi; wprowadzić na ich miejsce elektrociepłownie jądrowe, samochody napędzane elektrycznością lub wodorem. Nie raz w historii świadome zgubności przyzwyczajeń ogółu przedsiębiorcze jednostki wymuszały na masach tych przyzwyczajeń zmianę. Teraz to im się uda, jak przypuszczam, dopiero wtedy, gdy straszliwy efekt cieplarniany poczyni szkody oczywiste nawet dla matołów.

            Jadę. Nie da się powiedzieć, że i sam nie powiększam zgubnego cieplarnianego efektu, spalając benzynę w moim wehikule. Uświadomiwszy to sobie, zatrzymuję pojazd przy najbliższym skraju przepaści. Wysiadam, biorę z bagażnika walizkę z rzeczami, samochód w przepaść spycham. Możecie mówić, co chcecie, w kraju od dawna mamy zagwarantowaną prawem wolność przekonań. Możliwe, że sprawny samochód jest to rzecz zbyt cenna, by niszczyć ją, powiedziałby ktoś, dla kaprysu. Mógłbym przecież znaleźć odpowiedni warsztat, zmienić silnik spalinowy na elektryczny i pojechać dalej, tam, gdzie sobie jechać zamarzyłem. To jednak nie takie proste. Co prawda, znajduję się w świecie mającym dane spełniać zamiary zależne tylko od mej fantazji, ale istnienie tej ostatniej we wszystkim warunkuje realizm podstawy, na jakiej jest ona wsparta. Cuda cudami. Straciłyby całą swą osobowość, gdyby nie realistyczne tło, które musi przeważać nad cudownością, bo i gdzie wtedy miałaby być decydująca o jej wyszukaniu unikatowość.

             Biorę walizkę w garść, przechodzę na drugą stronę szosy, ażeby mieć na wprost jadące z naprzeciwka wozy, i kontynuuję wędrówkę, tym razem już modłą piechura.

        Przyroda jest to wspaniała rzecz, w książkach tę prawdę powtarza się jak mantrę, a przecież może też znużyć. Dotąd miałem po bokach wierzby tudzież puste przestrzenie pól i łąk. Teraz mam las. Po wysiłkach ekstra, czynionych siłą zniewolenia atrakcyjnym myślowym postulatem, rzeczywistość zwykła wracać do stanu równowagi. Las niby jest piękny, nigdy go dosyć, a już zwłaszcza nigdy nie powinno być go za dużo. Przyzwyczajony do krajobrazów miejskich, prędko widok takiego skomasowania drzew, krzewów i mchów zmuszony jestem uznać za przesadę. Równowaga to przecież równomierne rozłożenie akcentów. Lubię dyskutować. Niemniej teraz bezdyskusyjnie brak mi jakiegoś choćby domu. Przekleństwo, zając! Rzucam za nim szyszką.

        Tępota – zawiniona przez wcześnie debiutującą starość. Żałośnie nieskuteczne próby niedawno zaprzysiężonego staruszka powrotu do zwyczajów zwariowanej młodości. Ludzie nadal szaleją. Z braku oczytania, egzystencjalne oczywistości ogłaszają za swoje odkrycia; upajają się budującym faktem, iż ich, czynione wszak mimochodem, spostrzeżenia pokrywają się, jakże dokładnie!, z tym, co o ostatnim meczu Ligi Mistrzów powiedział telewizyjny komentator. O co mi chodzi. Czy chcę moimi słowami kogoś obrazić?

       Ciężko nieść tę walizkę; ludzie w przejeżdżających od czasu do czasu toyotach, nissanach i volkswagenach tego przygarbionego drobnego mężczyznę pod sześćdziesiątkę, jakim jestem, oceniają na pewno z trudem. Bo kim ja mogę być? Nie wyglądam na grzybiarza, myśliwy dźwigałby flintę, turysta, zamiast walizką, obarczyłby się plecakiem. Stawiam walizkę na boku, przysiadam na niej. Mimo to, że moje oczy nie pałają zwykłym u ludzi szalonych fosforycznym blaskiem, że jestem przeciętnie ubrany, wzrostu nieco tylko więcej niż średniego – większość powie: to jakiś wariat. Co to mnie obchodzi.

Z piskiem opon hamuje tuż przy mnie poobijany fiat 126p.

        – Podwieźć pana? – rzuca samotnie siedzący w blaszanym pudełku kierowca. Jest to mężczyzna w moim wieku, ma też z pewnością wiele innych cech, które możnaby wzmiankować. Ale nagle owładnywa mną słabość, ledwie znajduję siły, by wyartykułować odpowiedź na propozycję tego kudłacza w poplamionym swetrze.

- Nie chciałbym nadwerężać pańskiej uprzejmości.

       - Jakaż uprzejmość, interes obopólny! – kryguje się kudłacz, a mnie diabli biorą, bo nie wiem, czy, skoro chce na mnie zarobić, będzie mnie stać na sprostanie jego warunkom finansowym. Wybierałem się do Monte Karlo, gdzie nie jeździ się bez forsy, ale dopiero teraz dotarło do mnie, że jak mi startować w kasynie, kiedy z trudem tylko wiążę koniec z końcem, siedząc w moim Schizogrodzie na błyskawicznych zupkach i makaronie polewanym keczupem. Polonez, którym tak się chwaliłem i który bez żalu zepchnąłem w urwisko, też naprawdę był ledwo telepiącym się rupieciem – kupionym okazyjnie na złomowisku za 200 złotych.

- A ile by pan chciał za podwiezienie do najbliższego miasteczka?

         - Nic! Chcę mieć rozmówcę! Myśli pan, że to przyjemnie wpatrywać się w milczeniu w te znajome do obrzydliwości szczegóły krajobrazu? A tak, to pogadamy sobie, pan pozna moje życiowe utrapienia i przyjemnostki, ja – pańskie.

         - To jedziemy! – decyduję, pakując się na przednie siedzenie z walizką, którą teraz trzymam na kolanach. – Jednak rozmówcę znajdzie pan we mnie nieszczególnego. Od czasu, kiedy utraciłem ostatecznie wiarę w powodzenie sprawy, której poświęciłem ostatnie 20 lat  życia, właściwie stałem się milczkiem.

Kudłacz z trudem wprawia w ruch swój zdezelowany bolid.

       - Ja też właściwie jestem milczkiem. Co nie oznacza, że nie rozmyślam. A jak coś sobie wykoncypuję, to czasem bierze mnie ochota, by to upowszechnić. Ślę listy do mediów, zwanych dawniej publikatorami,  i bywa, że wydrukują. Ale – pan? Sam na szosie? Z dala od najbliższego miasta? Z walizką w dłoni? Głowa pęka mi od domysłów.

- Rozbiłem samochód – odpowiadam, trochę nawet zgodnie z prawdą.

- Jak to?! I nie czeka pan przy nim na pomoc drogową?! – ponosi kudłacza.

- Poszedł w drobny mak. Naprawa kosztowałaby więcej niż wart ten kawałek złomu.

- Może zawrócimy? Wziąłbym go na hol.

- Nie ma sensu. I nawet – możliwości. Grat poszedł w urwisko.

- Taka masakra, a pan ocalał? – mój przewoźnik łypie okiem podejrzliwie.

- Jak pan widzi, wyszedłem z tego bez draśnięcia. Sam się dziwię, że tak się stało.

        Kudłacz w poplamionym swetrze popada w kontemplację. Jedziemy w milczeniu przez dobre parę minut. Bez przyjemności oglądam mijane, typowe dla środkowej Pyrii, widoki. Żyję – jakby z rozpędu. Jakbym miał szansę jeszcze raz się urodzić, to nie wiem, co bym wybrał: wyjść na świat, czy siedzieć w mateczniku. Niby to wszystko jest tak bajecznie dziwne, aż proszące się o dociekania dociekliwego umysłu. Myśl ponadto ożywia, a tej ponoć, wedle mych własnych zapewnień, mam aż nadto. Rzeczywistość złośliwie nie chce się jednak dostosować do moich ontologicznych koncepcyj i w rezultacie gniję w problematyce wręcz jamniczej przyziemności, co oczywiście jest tylko zwykłą metaforą, ponieważ dla mnie naprawdę taki jamnik jest przyziemny na równi z orłem, choć ten ostatni uchodzi niby za władcę przestrzeni. Wielka przyszłość człowieka – oto jest to, co chciałbym budować! Ale nie bardzo wiem, co przy tej zbożnej tęsknocie może mnie utrzymać. Powrót zdrowia, które kiedyż to mi nie szwankowało? Przywrócenie młodości, w której to tylko ochotniej niż dziś kwękałem?

- A pan – zagajam – w jakiej to sprawie zabrał głos publicznie?

        – Co? – kudłacz jest zdezorientowany. – Ach, tak. Publicznie. No więc publicznie zabrałem głos w sprawie dziejów wszechświata. Wyjaśniłem, że ich bieg jest całkiem naturalny. Bo tak. Przyjmijmy wstępnie, że nie ma nic i tylko potencjalny byt chce zaistnieć. Jeśli zaś chce zaistnieć, to może zaistnieć jedynie w przyszłości – mierząc od chwili powzięcia tego zamiaru. A więc co najmniej od przejawienia się woli istnienia musi istnieć czas, nie ma na razie mowy o przestrzeni. Zresztą wola istnienia nie musi być czymś z gruntu pozytywnym; jest raczej tożsama ze zniechęceniem się nieistnieniem. Żeby jednak zniechęcić się do nieistnienia, też potrzebny jest czas. I ten potencjalny byt  percypuje przeskakiwanie z chwili na chwilę, aż w końcu staje się to dlań nie do zniesienia. Z kolei, żeby istniał czas, czyli owo przeskakiwanie z chwili na chwilę, potrzebne jest coś, coby te chwile „utwardzało”, ponieważ, chcąc skoczyć, trzeba mieć punkt oparcia. Innymi słowy istnienie czasu wymaga istnienia choćby okruszyny materii – przyjmijmy, że jest to, mający wymiar przyzerowy, punkt. Ten punkt, co rusz unicestwiany przez czas i przywracany przezeń do tego nibyistnienia, w końcu ma dość i eksploduje. Jest to równoznaczne z Wielkim Wybuchem, o którym mówią astrofizycy. Powstaje Wszechświat, który się rozszerza, przechodząc po drodze różne stadia i lokalnie odnosząc nawet taki sukces jak powstanie i rozwój inteligentnego życia. Gdy jednak rozszerzanie się Wszechświata osiąga punkt krytyczny, dochodzi do implozji. Ten „wybuch do wewnątrz” sprowadza Wszechświat na powrót do punktu i historia zaczyna się od nowa. Takie są dzieje Wszechświata.

- Sam pan to wymyślił? – pytam z udanym uznaniem w tonie, bo wykład Kudłacza wydaje mi się po prostu amatorski.

- Samemu to nie można nawet zjeść jajka, bo musi być naprzód kura, co to jajko zniesie.

- Jednak, że tak kontrowersyjny tekst zdecydowano się zamieścić w prasie, to poniekąd kuriozalne. Były jakieś echa tej pańskiej wypowiedzi?

Jedziemy przez cały czas, krajobraz za okienkami malucha trochę się zmienia. Więcej teraz domków i domów, zabudowań gospodarczych.

         - Czekałem na takie – wzdycha kudłacz grobowo. – Ludzie są jednak nieczuli na głosy odbiegające od ich codzienności. Chyba, że będzie to codzienność słynnych postaci ze świata estrady czy filmu. „Świat stworzył Bóg i jest to Jego sprawa, jak to zrobił”. Tak możnaby ująć światopogląd ludu.

- Gazety czytują nie tylko prości ludzie.

Właściciel autka wzrusza ramionami. Rzuca na mnie ironiczne spojrzenie:

- A pan co za sprawę prowadził przez ostatnie 20 lat?

- Ta sprawa nie wypaliła – mówię wykrętnie.

- A jakby wypaliła? Coby wtedy się stało?

- Miałem nadzieję, że wtedy przestalibyśmy umierać. Ale-ale! Widziałem tablicę, że do Pigułkowa zostało tylko 3 kilometry?

- Tak – stwierdza kudłacz niechętnie. – Jak pan chce, to zapraszam do siebie. Na herbatę.

- Chciałbym przed zmrokiem wrócić do domu.

- A gdzie pan mieszka? – rzuca pytanie, jakby oceniając, na jakiego to miasta mieszkańca wyglądam. Na wieśniaka to jestem zbyt anemiczny.

- Całe życie mieszkałem w dalekiej Festylii, ale od pięciu lat moje gniazdo to Schizogród – odpowiadam. – Przeprowadzkę zrobiłem, bo teraz Pyria to raj podatkowy.

- Był pan bogatym człowiekiem? Takim, co ma co tracić na rzecz fiskusa?

- A skąd pan wie, że nie jestem? Prawda, wahałem się, czy będzie mnie stać na jazdę z panem. Byłem. Dostałem monstrualny spadek. Przepadł.

        Mamy Pigułkowo, informuje o tym stosowna tablica. Domki mizerne, ale to dopiero przedmieścia, o ile można o czymś takim mówić w przypadku mieściny pewno niewiele pokaźniejswszej niż przeciętna wiocha. Inaczej wszak musiałbym coś słyszeć o tym miasteczku.

A nie słyszałem.