marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Sierpień 30th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 19

           Tymczasem w sali zrobiło się już zupełnie widno. Zza okien dobiegają zupełnie już inne też i odgłosy; w końcu ten zakichany psychiatrion postawiono w środku wielkiego miasta, gdzie pewnie nie później niż od piątej rano kursują autobusy, rozpoczyna się pełen warkotów i wizgów, pokrzykiwań i gwaru – ruch kołowy i pieszy. Otwory okienne wychodzą tu wprawdzie na podwórko, ale jego odgłosy uległy teraz jakby wyciszeniu – zagłuszył je typowo śródmiejski harmider. Jeśli o to chodzi, to da się wytrzymać; od dziecka mieszkam w mieście, a moje konne przejażdżki niezmierzonymi stepami Festylii to była przypadłość raczej wakacyjna. Adreys jest może większe od Bermongu i Schizogrodu – razem wziętych, tym niemniej hałaśliwość zwłaszcza tego ostatniego chyba przewyższa swój odpowiednik stolicy Tutabonu, bo jednak kraj ten dopiero się rozwija; ludzie tu, zanim na dobre zaczną jeździć samochodami, niech wpierw z cichobieżnych sandałów przeniosą się na równie bezszmerowe rowery. W sali przebudził się tępogłowy kolos. Nie zagaduję do niego; samym wyglądem sympatię wzbudzałem może niegdyś, w moich najlepszych latach. Tu jest zresztą Afryka, ciągle zapominam, że za swojaka nie brano mnie na ogół nawet w księstwie Faraton, gdzie przecież się urodziłem i spędziłem wszystkie lata, aż do dorosłości. Kolos odzywa się jednak do mnie sam, co rytm mego serca przyspiesza zgoła nieprzyjemnie.

            – Nie śpisz? Lepszy z ciebie wariat, aniołeczku. Posiedzisz sobie, posiedzisz.

            – Bezsenność to standardowa przypadłość bez mała wszelkich twórczych natur.

            Odpowiedziałem mu tak hardo, bo raptem spłynęła na mnie i desperacja. Skoro inni pozwalają sobie wobec mnie na niefrasobliwe diagnozy, z których ma wynikać, że tajemnicza dal mego losu jest dla nich łatwym do przejrzenia pseudoproblemem, to i mi niech będzie wolno wobec nich zachować się na sposób odrobinę obcesowy.

            – Możesz tam sobie bredzić, aniołeczku, do woli – wypowiada niedbale olbrzym. – Ale powiedz – zmienia ton – jeszcze choć jedno słowo, a zgniotę cię jak insekta.

            – Myślałem, że chcesz pogadać – ryzykuję, choć cały aż się spociłem.

            – Powiedziałem coś i nie będę sobie z gęby robił cholewy – mówi drągal, powstaje z łóżka, na którym dotąd siedział, i zmierza w moim kierunku.

            – Cofam wszystko, co głupio wysepleniłem. Jesteś lepszy i masz mój szacunek – kajam się może nieprzyzwoicie, ale w końcu chcę żyć. Jeśli wyjdę z tego, to jednak już nie na takim luzie będę podchodził do ludzi. Pozwalać sobie na pełną swobodę to można z przyjaciółmi. Typ na szczęście zatrzymuje się. Modlę się, żeby mu się nie odmieniło.

            – Pamiętaj, że wolno ci się odezwać do mnie tylko na wyraźne moje żądanie.

            Tym razem nie pozwalam sobie nawet na piśnięcie. Wytrzymuję groźne spojrzenie, bo jakbym spuścił teraz oczy, toby bandyta mógł mnie posądzić o niedostatek należnej mu uwagi. Typas obraca się na pięcie i w kilku krokach jest przy drzwiach, które przenika – sposobem tradycyjnym oczywiście. Pociśnięcie klamki, odemknięcie, przejście, domknięcie i znowu pociśnięcie klamki. Zmienić naturę rzeczy to kwestia nie na wyobraźnię prymitywa. Dzięki niemu jednak mam już pojęcie, czym dla naszych przodków musiało być stanięcie oko w oko naprzeciw dinozaurowi. Pewnie, że każdy ma swoją dumę i to jest dobrze, że ma. Każdy musi coś znaczyć we własnych oczach, inaczej byłby sobą pogardzał, co samobójczość rozpowszechniłoby do stopnia zagrażającego istnieniu gatunku. Jeśli ktoś nie przedstawia sobą niczego szczególnego, mówi: jestem normalny, iluż za to jest ode mnie gorszych. Kiedy zaś ma za co siebie podziwiać, stawia na to i śrubuje swe mistrzostwo. Bez ambicji przodowania i z drugiej strony tendencji upadlania innych utonęlibyśmy w morzu marazmu. Tyle się mówi w świecie o tolerancji jako o szczególnie cennym osiągnięciu kulturotwórczego pluralizmu. Ale bez wrogów tolerancji cóż ją by podsycało! Jakiż ruch byłby w interesie, gdyby nie świadomość graczy, że za nietolerowaną partaninę nie będzie nagrody! Więc trzeba się wysilać! Uznanie publiczności – nie dla wszystkich! Prymitywny człowiek ma swoje miejsce w społeczności ludzkiej, bo w przeciwnym razie ktoby pełnił w niej funkcje mało wymagające od strony intelektualnej, ale spełniające koniecznie wymóg wytrwałości, fizycznej siły i skłonności do zadowalania się byle czym, co pozwala zneutralizować groźbę przeintelektualizowania i roszczeniowe histerie, generowane przez elity. Ludzie nie uposażeni przez naturę w zdolność do wnikania głęboko w mechanizmy cywilizacyjnego postępu – trwają twardo przy biologicznych podstawach egzystencji, ustanawiając sobą w miarę stabilną bazę i układ odniesienia dla myślącej mniejszości. Ale sam mam teraz przykład, jak dołujące i wyjaławiające jest „czyste” myślenie. Nie mogąc myślenia uzewnętrzniać, powodujemy jego uwiąd i zanik. Jak dla usiłującego sklecić myśl potrzebny jest dostęp do jakoś tam materialnej rzeczywistości, wśród której można manipulować, tak dla gotowych rad udzielać potrzebni są rady poszukujący. Owi poszukujący nie obrażają się, że wypadło im działać w myśl czyichś sugestyj. Przeciwnie. Są dumni z tego, że potrafią korzystać z teoretycznego dorobku najmądrzejszych, urzeczywistniając to, co zostało zaledwie pomyślane. Żyjemy w dobie specjalizacji i naprawdę nie ma nic zdrożnego w tym, że, w toku tego rozdzielenia powinności, jednym przypada brudna robota, a drugim – czysta praca za biurkiem. Nie chodzi o to, aby, pracując, cokolwiek tracić. Ale jeśli już mamy mówić tym językiem, to od tej pierwszej można stracić zdrowie fizyczne, wszelako od tej drugiej można oszaleć. Nie zintegrowałem się z prymitywnym olbrzymem, który mimo to, że chyba w życiu dużo nie pracował mózgiem, znalazł się jak ja, coś nowego tworzący codziennie, w szpitalu dla szaleńców. Niemniej rozdzielenie specjalizacyjne (Duży dobrze by zrobił, gdyby wybrał specjalizację zawodowego boksera wagi super-ciężkiej) międzyludzkiej integralności nie powinno wykluczać. Tyle, że jak to ostatnie pogodzić z mym spostrzeżeniem wcześniejszym, że rozciągłość bytu tworzą różnice? Różnice wszelkie, a więc także i mentalnościowe, i światopoglądowe, i uposażeniowe?

            Duży (tak, to będzie dobry dla niego pseudonim!) wyszedł na poranne siusianie do toalety; może jeszcze, by w palarni wykopcić jeden papieros. Nie ukrywam, że to, co uzyskałem dzięki pomocy modlitewnej jednej z bliskich mi osób, a mianowicie możność raczenia się tytoniem w znacznie okrojonym, w porównaniu z okresem poprzednim, stopniu, chciałbym i ja teraz nieco nadwątlić. Skoro jest palarnia, to w sypialni pewnikiem palić nie wolno, ale liczę na solidarność moich współpacjentów. Duży odpada, przecież jednak lada moment pobudzą się wszyscy i jeden z nich powinien chyba nade mną się ulitować. Utrapione więzy spowodowały już opuchnięcie i zdrętwienie mych dłoni i stóp, niemniej głód nikotyny bardziej oto mi doskwiera niż głód wolności. Wolność jest to nieskrępowana możność postępowania według własnej woli, ja dość tylko symbolicznie próbuję wyjść spod zniewolenia szponami nałogu. Dzięki wymodlonej pomocy Boga lub metafizycznemu wsparciu ludzi, do których prośba mojej matki dotarła, mogę palić mniej. Wszelako tej minimalnej przyjemności ani mi się śni redukować do zera. Powie ktoś, że podobnie można uzależnić się od alkoholu, od narkotyków, od maniakalnie nawracających obsesyj. Niejeden też źle by się czuł, gdyby raz na dzień nie dane mu było wysłuchać z radia specyficznie swojskiej przemowy ulubionego felietonisty. Chcemy czy nie chcemy, musimy gruntować się w swoich przyzwyczajeniach! Wydaje się bowiem, że dzięki temu odchodzimy od właściwej tylko pierwotniakom anonimowości. Uzyskujemy oryginalną i, daj Boże, niepowtarzalną tożsamość. Wchodzimy w pogłębiające się zindywidualizowanie. Nie byłbym sobą, gdybym co dnia nie wypalił tych kilku papierowych rurek wypchanych posiekanymi a przesuszonymi tytoniowymi liśćmi. Tylko czy taki komunikat sprawi, że będę rozpoznawalny wśród setek milionów innych chodzących po ziemi palaczy? A jednak postępujemy inteligentnie nawet wówczas, gdy sobie tego nie uświadamiamy. Wtedy bowiem wiedzie nas, według nakreślonego z drobiazgową przezornością, pozwalającego omijać przeszkody i pułapki, wiodącego do celu planu, będąca naszym rezerwowym natchnieniem – podświadomość! Jeśli będziemy na tyle gapowaci, że świadomie nie dostrzeżemy pracy podświadomości w obrębie dziejstwa odbywającego się w przestrzeni naszej zewnętrzności, to obróćmy się ku twórczości naszej podświadomej istoty w danym nam wewnętrznie czaro-dziejstwie snów naszych! Ale proszę! Jeśli kto nie wierzy, że na jawie właśnie, i to w sposób zdumiewająco trafny, prowadziła mnie kiedykolwiek podświadomość, opowiem, co w tej mierze przeżyłem! Otóż jeszcze w Festylii, podczas jednego z moich pobytów w tamtejszym psychiatrionie, zdarzyło się, że zostałem zamknięty w izolatce. Mogłem niby czekać cierpliwie, aż lekarze uznają, że swoje już odsiedziałem, w związku z czym, że już można przywrócić mnie (w, co prawda,  minimalnym stopniu) wolnej społeczności oddziału. Jednak wiedziałem, co mnie czeka wśród tej społeczności: nic takiego, co byłbym zdolny zaakceptować. Nie jestem pewien, czy w moim mózgu zalęgła się w ogóle myśl o ucieczce. Bo też i nie miałem uciekać dokąd, choć z tego, czym swego czasu dałem się poznać czytającej publiczności kraju, mogłoby niby wynikać, że zasadą, a nie tylko metaforą, mojego życia jest po prostu włóczęgostwo. To, o czym zaraz powiem, to nie była ucieczka; chciałem zrobić coś, co wywoła komentarze. Szmer poruszenia, zainteresowania. Mówię to bardziej po to, aby zasygnalizować ukryte motywacje ludzkiej, a może w ogóle biologicznej, jeśli nie wręcz istnieniowej, natury – niż po to, ażeby uwiecznić swoje prywatne przejścia. No więc ja w tej mojej izolatce szalałem: skakałem, biegałem, śpiewałem, nawoływałem. Wreszcie, bez zastanawiania się, wszedłem na przyokienny parapet, stłukłem, wmontowaną w oknie najwyżej, jedną z czterech jego oddzielnych szyb, by przez powstały tak oto otwór wydostać się na zewnątrz. Było to pierwsze piętro i raczej, koziołkując w powietrzu trzykrotnie, z niego spadłem niż zeskoczyłem. Czy to, że wylądowałem na piętach, a nie na o wiele mniej wytrzymałej od nich głowie, wystarczy zakwalifikować jako zwykły, choć dla mnie szczęśliwy, przypadek? Oddaliłoby to potrzebę poczynienia tutaj głębszych analiz. Ale to byłby już drugi przypadek z rzędu, ponieważ wcześniej bez wahania i bez sprawdzania wziąłem się za tłuczenie jedynej w oknie szyby ze zwykłego szkła, podczas gdy pozostałe zrobiono z plexi, tworzywa, jakiego stłuc nie sposób! Czyżby ta zdatna do stłuczenia szyba znalazła się w oknie specjalnie po to, bym ją stłukł i przez powstały otwór szukał dróg do wolności? Przecież ja ani się domyślałem, że pomiędzy tymi poszczególnymi czterema szybami w oknie istnieje jakakolwiek materiałowa różnica! O tym szczególe dowiedziałem się dopiero po fakcie! Słyszałem, że istnieją metody sterowania ludźmi na odległość. Może to więc jakiś zapaleniec, pracownik naukowy psychiatrionu w Bermongu (czy w Non Moral, wszystko jedno!), a nie moja zaprawiona w bojach podświadomość, pokierował tokiem mej ucieczki? A może w sprawie tej po prostu maczał palce… Bóg? Tak czy inaczej,  pływamy w tej zupie tajemnic – świadomi jedynie ich znikomej części. Chociaż ta „znikoma część” jest to i tak prawdziwy ogrom w porównaniu z tym, co o świecie i o sobie wiedzieliśmy, dajmy na to, tysiąc lat temu.

            Tymczasem do sali wraca Duży, a reszta śpi, jakby to rzeczywiście była na to pora. Nie mam wyboru, muszę czekać. Dobre i to, że ta ciężka noc nareszcie minęła.

            Przeznaczania ogromnych środków – czasowych i wysiłkowych – na prace rokujące zyski niewielkie albo i żadne. Robienia założeń o stopniu przystawalności do wiar dotychczas wyznawanych tak nikłym, że najwyrozumialszy obserwator wietrzy w tym bezsens. Jakże blisko jednak rozwojowych prawd, których nikt rozsądny w wątpliwość nie poda, są dalekosiężne projekcje, zwane przez złośliwców rojeniami, przegiętych w stronę nadmiaru, nie zaś niedoboru, zwolenników i twórców myśli wyskokowej!

            Obudził się Młody; zastanawiam się, jak go podejść. Tyle, że nie ma czasu na opracowywanie bardziej kunsztownego planu. Ani, daj Boże, potrzeby.

            – Dasz popalić? – zwracam się doń, gdy przechodzi obok mego łóżka. Zatrzymuje się.

            – Dam. Tylko, jakby się wydało, nie powiedz pielęgniarce, że to ja cię poczęstowałem.

            – Jasne – skwapliwie przystaję na ten zrozumiały warunek. Młody sięga do napierśnej kieszeni pidżamy, przypala w swoich ustach i daje mi pociągnąć, po czym czeka, aż będę chciał sztachnąć się powtórnie. Nie chcę nikogo namawiać do palenia papierosów, bo jeśli kto nie pali, to nic nie traci. Zwłaszcza ci, którym trudno utrzymać miarę, są narażeni, że, raz zapaliwszy, staną się nałogowcami. Jest to taki rodzaj odurzenia jak po wstrzyknięciu morfiny, a gdy masz płuca już całkiem przepalone, to czujesz tylko czad. Powiem szczerze, że teraz papieros Młodego nie smakuje mi wcale. Ale głupio mi przed nim do tego się przyznawać, bo zgodził się dla mnie złamać oddziałowe  przepisy, a ja tu jeszcze marudzę. Wyszłoby na to, że   nie doceniam jego dobrej woli, czym zrobiłbym sobie zeń wroga. Silni nie boją się wrogów, wręcz takich poszukują. I ja swego czasu lubiłem grać w szachy z silnymi przeciwnikami. Niestety oddział zamknięty w psychiatrionie to nie są szachy. Ani światopoglądowa dyskusja, gdzie używa się argumentów wyłącznie intelektualnych, co do których mam przekonanie, a nie jedynie bezrozumny respekt. Palę. Młody strzepuje popiół na podłogę, czemu nijak mi się przeciwstawiać, choć uważam to za naganne. Wreszcie koniec. Papieros niby mi nie smakował, ale po jego wypaleniu jestem jakby uspokojony. Młody gasi pozostałość mojej „uczty” na podeszwie swego pantofla, przesyła mi skinienie.

            – Dziękuję, Młody, za to, że mnie poratowałeś – wypowiadam za odchodzącym. Rodzimy się jako czyste tablice, może tylko bardziej lub mniej gotowe przyjmować treści konstytuujące się dopiero w świecie pozamacicznym. Tak że byłoby przesadą moje ewentualne stwierdzenie, że galanterię wyssałem z mlekiem matki. Nauczono mnie jej, bym akuratniej dawał sobie radę w życiu jako kontynuator pewnej linii rodowej, bynajmniej nie z czystego altruizmu. Dawano mi już znaki, gdy, gnany niepowstrzymanym pędem ku niekonwencjonalnej przygodzie, natrafiałem na ludzi twardych, że zachowuję się zbyt ugrzecznienie. Jednak wiadomo, że, co przyjęte   t u ,  może wydawać się czymś niestosownym   t a m .  Wszystko w tym życiu jest nabyte. Za najbardziej własne uznajemy to, do czego, w warunkach skrajnych czy na co dzień, jesteśmy skłonni się przyznawać. Ja tam to wolę niechby nawet  przesadzać trochę z kulturą niż pozostawiać domyślności moich bliźnich, czy cenię sobie ich dobroć. Twardziel nie przesadzałby z okazywaniem wdzięczności za byle co, możliwe. Ja za to jestem nieprzejednany w sposobie wyrażania myśli i uczuć.