marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Sierpień 29th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 18

            Mamy jesień – ale to było w Pyrii. Tutaj, w Tutabonie, nie wiem, jaka jest pora roku i, w związku z tym, ile mi przyjdzie czekać na przebudzenie się moich kolegów z sali, na nakarmienie mnie w łóżku śniadaniem, na lekarski obchód i na, daj Boże, zwolnienie z więzów. Na oczach mam moje nowe, przydymione okulary, więc w świetle rozpoczynającego się dnia mogę obserwować twarze niektórych (tych, którzy ułożyli głowy na potylicach) siódemkowiczów (zapamiętałem, że nasza sala nosi numer 7). Przydymienie szkieł powoduje, że blade światło przenikające tu zza okien nie daje mi najlepszego obrazu. Ale i tak jest o wiele lepiej, niż gdybym miał prowadzić obserwację całkiem bez okularów. Który z tych Murzynów może być genialnym pirotechnikiem? Biały nazista, bez nawet najznikomiejszego zastanowienia, powiedziałby, że żaden. Jednak ja, jakkolwiek jak nic innego ceniący sobie wartości intelektualne, w życiu Afrykanów niby zaniedbane, i pod tym względem nie mam powodu dyskryminować mieszkańców Czarnego Lądu. Znałem jedną Sudankę, która sensownie odpowiedziała na każde pytanie, jakie jej postawiłem. Oczywiście i Murzyni muszą być różni, choć indywidualizm raczej raczkuje dopiero w krajach, gdzie tradycyjnie króluje dyktat wartości zmysłowych. Jako dziecko, oglądałem w muzeach obrazy przedstawiające defilujących przed wodzami prostych żołnierzy w szyku. Wiedziałem już, że wódz musi więcej wiedzieć o sztuce wojennej i lepiej rozumować niż szeregowiec. Realistycznie odmalowane twarze tych i owych dawały pojęcie o tym, który tu mądrzejszy. Tak przynajmniej wydawało się dziecku. Otóż miałem wrażenie, że niejeden z prostych żołnierzy posiada twarz naznaczoną stopniem inteligencji większym niż twarze generałów, a tak przecież nie mogło być. Czy i teraz, próbując wnioskować przecież z pozorów, nie zrobię podobnie dziecinnego błędu? Na podstawie oglądu sylwetki można wnioskować o klasie wyścigowego konia. Ale jak było z Sokratesem? Czy oglądając jego szpetną, jak to wiemy z zachowanych pism estetów, którzy osobiście go oglądali, twarz, ktoś dałby przysłowiowe 3 grosze za jego mądrość? Wzdycham ciężko. Kołacze mi się wszelako w mózgu uporczywa myśl, że filozofia zarzucenia wszelkiego działania, ponieważ rzekomo ono nigdy nie będzie mieć sensu, to żadne wyjście. Ocenię teraz „z pozorów”, który z domowników siódemki wygląda mi na zdolnego do niezwykłych prac umysłowych, a potem, jak mnie rozwiążą, przeprowadzę z nim ostrożny wywiad.

            Mężczyzna, któremu nie podobało się, że, nie słysząc własnych myśli, zacząłem mówić do siebie, raczej odpada. Naukowiec musi być cierpliwy. Ścierpieć oporność materii problemowej i nadal kochać dochodzenie prawdy to, być może, co innego niż cierpliwie znosić czyjeś „gderanie”, bo to ostatnie niczego nie obiecuje. Ale człowiek zajmujący się na co dzień  z a g a d n i e n i a m i , z konieczności oczytany i posiadający obycie, tylko wyjątkowo zachowa się jak prostak. Prawdopodobieństwo najmniej podobne jest do prawdy, możliwe. Tym niemniej trudno opierać się w życiu na domniemaniu, że będziemy w nim napotykać same wyjątki. Przechodzę do obserwacji kolejnego kandydata do zabiegów inwigilacyjnych. Chrapie głośno, lecz to o niczym jeszcze nie przesądza. Czoło niskie, nos za to szeroki i płaski jak kotlet. Nie chcę nikogo krzywdzić, nawet w samych myślach, dyskredytacją na podstawie tak wątłych danych. Ale jakikolwiek sukces własny w dziedzinie wypracowywania tak zwanych prawd jest do osiągnięcia tylko niestety na drodze pewnych uproszczeń, odrzucania tego, co wydaje się zbyt nieprawdopodobne. Płaskonosego zostawię więc w spokoju. Co dalej. Otóż na kolejnym łóżku śpi ktoś z głową wbitą w poduszkę; wrócę do niego, gdy zmieni pozycję. Siódemka to sala ośmiołóżkowa, na każdym z łóżek widać pasażera. Zrobiłem już podejścia do trzech, ze mną to będzie czterech, pozostaje jeszcze czterech innych. Tak więc następny. Przystojny człowiek o wysokim czole, z tym że, jak na naukowca o określonym dorobku, za młody. Jego sąsiad z lewej strony mógłby pasować do mojej koncepcji, bo jest i odpowiednio dojrzały w latach, i nie wygląda na przygłupa. Jednak wahałbym się z postawieniem diagnozy, czy to, co znamionuje własności umysłowe tego siwiejącego mężczyzny, to jest twórcza inteligencja, czy tylko bazujący na oszukiwaniu spryt. O, poruszył się ten, którego byłem zmuszony pominąć! Pokazuje teraz fizjonomię w całej rozciągłości. Lecz, choć włosy ma czarniejsze od skóry, wydaje się być wypalonym, zużytym staruszkiem; takim, co to do trzech jeszcze zliczy, ale gdzie mu tam do działań całkowych czy  różniczkowych, niezbędnych w samodzielnej twórczości naukowej! Tutaj może nadmienię, że, jak to się mówi, nie pałam przesadnym entuzjazmem do, uznawanych niby za tak ważne, nauk humanistycznych. Według mnie, one mogą, a nawet powinny, być ważne, niemniej takimi nie są – ze względu na to,  c o   się w nich prezentuje. Otóż one usychają przez brak konkretnych tez, które można by udowadniać. Zamiast bujać w obłokach, obłędnie argumentując, że musi być nauką humanistyczną to wszystko, co jest nieścisłe(!). Po drugie w naukach humanistycznych ich pracownicy są skazani na dreptanie w miejscu, jeśli usiłują coś zrobić – w oderwaniu od, notujących dziś prawdziwe sukcesy, nauk przyrodniczo-matematycznych. Taka nauka humanistyczna jak filozofia literatury na przykład. Czy można wynieść z niej coś cennego, kiedy ona pływa stale we własnym sosie, zestawiając jedynie i porównując literackie dzieła – jedne z drugimi; takie z innymi – nazwiska pisarzy; cechy charakterystyczne jednej epoki literackiej z cechami epoki drugiej. Literatura jest to świadectwo obcowania ze światem, a to coś więcej niż tylko zapatrzenie w świat samych książek – pięknie podających to, jak to człowiek jest bezsilny w swoich zmaganiach z brudami egzystencji. Pisarz winien stawiać przed czytelnikiem problemy, ale też znajdywać dla nich – choćby prowizoryczne – rozwiązania, ponieważ nie jest chyba po to, żeby czytelnikowi życie obrzydzić, do niego go zniechęcić. Niestety bowiem trud myślenia samodzielnego należy do zjawisk unikatowych i, jak już wytropiłeś zwierzynę, to doprowadź rzecz do końca i sam też ją upoluj, drogi Flakononie Pluxie. Czytelnik ma na głowie tysiąc spraw własnych i pochwycił twą powieść tylko gwoli odetchnieniu, nie po to, żeby się zamartwiać twoimi obsesjami. Ale też na obsesje tych, którzy dotykają absolutu, nie wolno zamykać oczu. Rozumieją to fani dalekich od nijakości idoli, ciekawi ich perypetyj miłosnych, ich kłopotów z narkotykami, ich innych, jakże ludzkich!, przypadłości. Jeśli jesteś wielbicielem muzyki Chopina, oznacza to, że wszedłeś do zbioru melomanów posiadających niepospolitą wrażliwość. Słuchając muzyki mistrza, wchodzisz z nim w zażyłość, która usprawiedliwia twoje zainteresowanie szczegółami jego prywatnego życia; cieszysz się, że, jak on, jesteś cherlakiem, ponieważ dzięki temu nie tylko to, że możesz czuć się doń podobnym, ale i to, że możesz się z nim w pewnym sensie po prostu utożsamiać.

            Wodowania statków w krajowych stoczniach – anachroniczne, niemniej mile łechtające narodową dumę żyjących wspomnieniami. Nadziewania upolowanych podczas nocnych jazd wśródleśnymi szosami zajęcy – nadzionką z wilczej jagody. Storpedowany metalowym wrzecionem wypluśniętym z maleńkiego kutra pancernik klnie ustami swych marynarzy posuwającą się oto do granic taniej, a więc najbardziej absurdalnej, komedii ironię losu. Załoga torpedowego kutra za to szaleje z radości. Tragedie wielkich, spowodowane przez małych, jakże pięknym są trafem tych ostatnich!

            Dwóch jeszcze siódemkowiczów pozostało mi do wstępnego rozpoznania. Pierwszy z nich jest wielki jak góra; wskazują na to potężne, sterczące poza krawędź łóżka, jego stopy.

               Twarz wielkoluda znamionuje jednak duchowa małość. Prymitywizm wsparty na symbiozie dwóch tylko czynników: okrucieństwa i zadufania w swą fizyczną krzepę. Na tego człowieka trzeba będzie uważać! Pewnie bowiem wiele z tego, co mogę  przy nim powiedzieć, będzie dlań niezrozumiałe, a więc kto wie, czy nie pomyśli, czy ten biały wątlak o niespokojnej twarzy szczurka nie zaryzykował tu obraźliwego żartu pod adresem nieokrzesanej potęgi. A człowiek, któremu obce są jakiekolwiek wątpliwości, nie zastanawia się i szuka tylko pretekstu, ażeby zademonstrować przewagę swej fizycznej siły i nieobarczonej niczym gotowości jej użycia. Poza tym, jak wątlak śmie się być mocnym „w gębie”, nie bacząc na moc „prawdziwą”, przez olbrzyma posiadaną? Niech przemówią czyny! A jakiż czyn dorównuje zabójstwu! Mówiłem wcześniej, że każdy lubi swoją wolę narzucać innym, nie cofam tego. Jest nam wrodzona żądza ekspansji. Pragniemy być wszystkim; co nie może być nami, niech będzie naszą ofiarą. Dlatego nie podnoszę larum, jak Bogu mogło postać w głowie, by pośród drobnych intelektualistów chodziło podobne antyintelektualne monstrum. Jak jego żywiołem jest niszczycielski bój, tak i ja przecież mam swój ulubiony oręż. Moją propozycją mianowicie jest to, by wszystko w tym świecie urządzać na sposób inteligentny. Co inteligentne, stanowi jedynie część tego, co możliwe do pomyślenia. Więc, przeprowadzając próby narzucenia światu takiego tylko rodzaju doznań i obdarowywania go takim jedynie rodzajem twórczości, robię niby zamach na ogólne bogactwo tegoż świata. Wszelako tak opiewana przez przeciwników zniewolenia rygorem racjonalności wolność do czegóż to prowadzi, jeśli nie wprowadzimy tego ograniczenia? I chaos, z zasady sprzeniewierzający się wszelkim zasadom, tą jedną zasadą chociaż musi być kierowany! Zasadą, a więc uznaniem zniewolenia jednego rodzaju imperatywem za czynnik, który tu się wybiera jako mający rzecz tę, niechby niechby nawet i nieświadomie, określać. Przecież i  niebyt nawet musi się kierować ściśle określonym wyznacznikiem, a to chęcią powstrzymywania się od istnienia!

            Oglądam ostatniego już kandydata do wpasowania w moją koncepcję. Na oko – niezły. I wiek, i budowa twarzy – ta ostatnia pełna harmonii, szczęśliwego połączenia nie za dużych i nie za małych elementów, takich choćby jak nos, czoło, podbródek – wskazują, że może to być osobnik ten, którego szukam. Wszelako nie popadam w euforię. Trudno zresztą, od dwunastu godzin będąc w uniemożliwiających zrobienie byle ruchu więzach, cieszyć się czymkolwiek. W dodatku czuję, że ponad dopuszczalną normę napełnił mi się pęcherz. Powie ktoś, że fizjologia jest to rzecz mało intelektualna, w związku z tym człowiek idei, za jakiego przecież się mam, może ją sobie lekceważyć. Dychotomia duch – ciało niestety, wobec postępującego rozeznania tych spraw w pracowniach biologów, traci z wolna prawo do obywatelstwa i nawet myślenie traktowane jest ostatnio nie jako przywilej ducha, tylko jako fizjologiczna właśnie funkcja mózgu. Nie chcę ponownie sikać w łóżko, bo to nawet przyjemniej leżeć w suchym niż w mokrym, o ile już leżeć muszę. Poza tym personel to moje moczenie się pewno weźmie za moją schizofreniczną złośliwość, a już z całą pewnością posłuży mu ono za pretekst do zaaplikowania mi silniejszych jeszcze niż dotąd środków wychowawczo-leczniczych, co będzie dla mnie i przykre, i pozbawi mnie wigoru w moich zabiegach inwigilacyjnych, by ledwie napomknąć, że i oddali moment wypisu. Tymczasem pewnie może tak być, że ludzkość nie poradzi sobie beze mnie z przekleństwem cieplarnianego efektu i stracą na tym wszyscy. Z kolei jakbym miał teraz, gdy świt nie uzyskał jeszcze pełnej suwerenności i pozostaje pod przemożnym wpływem nocy, wrzasnąć, że domagam się rozwiązania, ponieważ „chce mi się siusiu”, tobym ze strony wyrwanych z głębokiego snu „personelitów”, a zwłaszcza pacjentów, doczekał się chyba linczu. Czytelnicy poprzednich tomów moich przygód wiedzą, że kuracjuszem psychiatrycznych szpitali już bywałem. Stąd i jest mi znana praktyka co sprytniejszych psychitów, których wiązano do łóżek, żeby nie rozrabiali. Otóż oni w takim miejscu tortur potrafili tak zmyślnie się kolebać, że więzy ulegały poluzowaniu, a następnie całkowitemu rozwiązaniu. Mówiłem wyżej coś o inteligencji, a mianowicie, że to ona jest moją silną stroną. Rozwiązywanie i zawiązywanie węzłów stanowi oczywiście jedną ze specjalności matematyków, ludzi o takiej wyobraźni, jaką z inteligencją wręcz się utożsamia. Cóż, ja matematycznym antytalentem pewnie nie jestem, bo jak inaczej miałbym być detektywem, ale węzły, z pominięciem może gordyjskich, wprawiają mnie w popłoch. Przysłowiowych Achillesowych pięt posiadam niestety wiele (więcej niż stóp) i to, że z tego powodu nie rozpaczam, bierze się tylko z mego przekonania o obowiązywaniu wszędzie „zasady sprawiedliwego zera”, w myśl której, jeśli wad masz na przykład 7, to także 7 musisz mieć cech dodatnich, ponieważ, cokolwiek istnieje, musi też mieć swój odpowiednik w wymiarze bytowości antynomicznych, zwanych przeze mnie antybytowościami, jako że jedynie zerowy bilans umożliwia pogodzenie wszelkich tego wszystkiego aspiracyj. Innymi słowy, w sumie nie istnieje nic, a istniejemy my, ponieważ należymy szczęśliwie do istniejącego skrzydła nieistniejącej całości. Trochę się tu rozgadałem, widzę. Na pęcherz tymczasem napiera nadmiar nagromadzonej od ostatniego razu uryny.

            Lania do zupy, wobec najazdu niespodziewanych gości, przysłowiowej wody. Pomijania, w planach wydawniczych książkowych wydawnictw, pozycyj odbiegających od przyjętego kanonu. Rozkudłany miłośnik fryzjerskich nożyc i grzebieni odwiedzanie fryzjerń dawkuje sobie jak drogocenne lekarstwo – jedynie z obawy, by ulubione doznanie zaprowadzania ładu na jego ciężko tyrającej i przez to gdzieniegdzie łysej głowie mu nie spowszedniało. Groźbę doszczętnego wyłysienia natomiast oddala kategorycznym: „precz!”.

             Świadom, jakie to za sobą pociągnie następstwa, sikam w łóżko. Ulga. Lecz zaraz i przychodzi niepokój, że to nieszczęsne łóżko ulegnie ześmierdnieniu, co zohydzi czynność oddychania mi, ale także innym użytkownikom sali, którzy niewątpliwie dadzą temu niedwuznaczny wyraz. Będą mnie lżyć; żeby tylko to! Obserwuję, jeszcze z mającym jakiś profil przerażeniem, że obojętnieję. Już nie podrywa mnie do myślowej (jakaż inna tu możliwa!) kontrakcji nawet samoistnie nasuwająca się wizja, że ci, od których to zależy, postanowią, że moja terapia wymaga pozostawienia mnie w więzach jeszcze przez 3 doby.