marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Sierpień 28th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 17

            Leżę w tym łóżku, boleśnie unieruchomiony więzami, i z wolna nadchodzi noc. Jaki krok „rzeczywistego ruchu” w mej sytuacji obecnej mogę poczynić? Choć niby z wyniszczającej umysł teorezy wróciłem do realu, to co za oszałamiające szanse rysuje przede mną moja realność? Gdybym miał naturę zabójcy i dar wzbudzania posłuchu, to mógłbym moich współpacjentów cichaczem obudzić, nakazać im, żeby mnie rozwiązali, i wszcząć powstanie niewolników przeciw personelowi. Potem w rynku miasta urządzić wiec i porywającą mową wymóc na tłumie, by okrzyknął mnie nowym władcą i poszedł za mną wymordować dotychczas urzędujących włodarzy. Jednak takich ambicyj ani zdolności nie mam; poświęciłem się sprawie wynalezienia dla ludzkości świadomego celu, któryby jej obecność na scenie wszechświata dobitnie usprawiedliwił, tej obecności nadał konkretny sens. Wydostać się z pozycji biobytu gnębionego przez inne biobyty i objąć stanowisko gnębiciela innych biobytów? Głęboko wierzę, że człowiek jest w stanie skierować swą przedsiębiorczość przeciwko własnej niewiedzy i ograniczeniu, zamiast jedynie dowodzić, jak to inni się mylą i są ograniczeni. Nie namawiam do samokrytyki, bynajmniej! Krokiem przeciwko własnej niewiedzy nie jest takiej wykazanie; chodzi mi o to, by samemu, choć korzystając oczywiście z prac i innych, gromadzić  w i e d z ę   i dla wiedzy znajdować zastosowania. Na przykład tutaj przydatna dla mnie mogłaby się okazać wiedza o mechanizmach przekonywania psychiatry co do tego, że należy mnie zwolnić. Pielęgniarka nie ma prawa odwołać decyzji lekarza. Ale jak jutro rano lekarze będą robić obchód, to co mam mówić, by mnie zwolniono z więzów i obdarzono – natychmiastowym wypisem? Nie mogę przecież powiedzieć prawdy. I powiedzenie takiej zresztą by nic nie dało. Zapewne istnieje potencjalnie mowa obrończa, jaką wystarczyłoby sformułować i wobec – wrażliwego na argument społecznego pożytku z uwolnienia jednostki niewinnej – decydenta wypowiedzieć, by bez gadania mnie stąd wypuszczono. Ale takiej mowy wymyślić nie jestem w stanie. Chyba, żeby wystarczyło pokajać się wobec konsylium, przeprosić za uchybienie, jakiego niewątpliwie się dopuściłem, i zadeklarować mocne postanowienie poprawy. Bo możliwe, że na taki akt skruchy, a zwłaszcza logiczne wyartykułowanie go, psychopaty nie stać. Skoro zaś mnie stać, to nie jestem psychopatą. Tym samym więc znika powód przetrzymywania mnie na oddziale. Wariatów, którzy udają ludzi normalnych, znajdzie się na tym świecie sporawy procencik, analogicznie do przestępców, którzy udają ludzi uczciwych. Więc jednym udanym występem co do mojej normalności pewnie jej sędziów nie będzie dane mi przekonać. Ale za dobre sprawowanie zwalnia się nawet z więzień. Z tym że, by wykazać się takim, potrzebny jest czas, którego coraz bardziej będzie mi brakowało. W końcu przyleciałem do Tutabonu jednak nie dla kaprysu. Mam tu działać dla dobra całej ludzkości, w tym i dla dobra takich ludzi jak sanitariusz Kompendo, który mnie pogardliwie nazwał schizofrenikiem, i ów młody adreysiński lekarz o nieznanym mi na razie nazwisku, który mnie, jak w takich razach powiadają kryminaliści, zapuszkował. Czy komukolwiek z ludzi krzywdy, jakie mi wyrządził, jestem w stanie odpuścić? Tak nakazuje Bóg, a w każdym razie Jego ziemskie wcielenie, Jezus – wyobrażający sobie, że prawo do zemsty jest to rzecz różna od tego, co nie przestaje obowiązywać, choćbyśmy – nie wiem jak – chcieli. Akcja równa się reakcji; kto reakcję usiłuje w sobie zdusić, przestaje istnieć jako ciało fizyczne. Kiedy lustro nie odbija światła, staje się lustrem ślepym, niszczy swoją naturę. Rozróżniamy prawa naturalne, przypisane bezwzględnie każdemu bytowi i warunkujące w ogóle jego powstanie – oraz prawa umowne, stanowione przez człowieka dla człowieka, które można obejść. Zostało jednak sformułowane, a to przez ludzi ponoć natchnionych mocą Najwyższego, i Prawo Boże. „Wybaczajcie tym, którzy was skrzywdzili, a wtedy i ja wam wybaczę to, żeście obeszli moje Prawo, krzywdząc innych.” Tu występuje też inna niejasność. Bo też czy wybaczać mają nie ci, których skrzywdzono, tylko Ten, którego autorskie prawo zabraniające krzywdzenia zostało naruszone? Jeśli jedna osoba okradnie drugą, to czyż naprawieniem tej krzywdy nie będzie zwrócenie przez złodzieja ukradzionej rzeczy poszkodowanemu, a nie kupienie przez tegoż złodzieja za pieniądze uzyskane z tej kradzieży „odpuszczenia tej winy” u, mającego jakoby w gestii bożą sprawiedliwość, księdza? Cóż, okradziony i to, co utracił, posiadł z nadania bożego. Więc podnoszone dobro wróciło tu tylko do Tego, co jako jedyny wszelkim dobrem prawnie dysponuje.

            Zapomniane od dziesiątków roków podnoszenia oczek w pończochach i rajstopach. Wypatrywania w gabinetach wizjonerów – mających nadejść wynoszeń pozaziemskich statków na wokółziemskie orbity przez windy zawieszone na super-wytrzymałych linach nano-węglowych. Jakby tego jeszcze było mało, uparty głosiciel nowin – zaczerpywanych tak z obserwacyj naocznych jak zaocznych – podaje swoim cierpliwym (dzięki!) słuchaczom też i informację o przeczuwaniu dotykalnej bliskości własnego skończenia. Myśli jednak nie tworzą się same; potrzebują przedwstępnego ubytowienia, zanim będzie można na nich przeprowadzać dalsze, też koniecznie odnoszące się do bytu, operacje. Bo i trudno na przykład marzyć o dziewczynie wymyślonej. Jednak gdy taką, z pamiętanej najogólniejszej idei kobiecości, sobie przerysujemy – ubytowionym ołówkiem na ubytowionym papierze – ,  to jest już podstawa do wyobraźniowych postępowań.

            Męczę się w tych więzach, a tu jeszcze dochodzi kolejna przykrość: choć noc, szczera jak pozbawiony ostatecznie złudzeń łgarz, nie mogę usnąć. Jakże przerażające są w dodatku te odgłosy przedostające się z podwórka do wypełnionej fonicznie i tak, a to denerwującym chrapaniem moich towarzyszy niedoli, sypialni. Pohukiwania myszołowów, chcących wypłoszyć z nor swą łowną zwierzynę; przeraźliwe skrzeczenia kotów, chętnych uciechy ze swymi kocicami; groteskowe śpiewy nocnych ptaków – o melodyjności, jaką najprzeciętniejszy słowik, a już zwłaszcza świstak, bezpardonowo by wygwizdał. Przejście w piekielny (czy też czyśćcowy) zaświat takich to stworów czeka dusze tych z nas, którzy zaniedbają, dostępny im przecież do ostatnich chwil, instynkt moralny. To żadna metafora, ani rojenie grafomana, co ubzdurał sobie, że jest prorokiem, ponieważ jakoby, „im coś mniej na coś wskazuje, tym jest pewniejsze”. To dosłowność i hipoteza udokumentowana wieloma obserwacyjnymi, doświadczeniowymi oraz przemyśleniowymi dowodami. Pneuma, trzymająca nas za życia w spoistości, ulatuje z nas z chwilą śmierci. Tę pneumę (duszę) możemy swoim niedobrym życiem znieprawić, zdegenerować. W naturze jednak, póki ona trwa, nic nie przepada. Zaświat też mieści się w świecie, jest nawet jego wręcz koniecznym elementem. Bez dusz nie było by życia, a substancji duszowej przecież nie przybywa. Dusza człowieka, posiadająca w każdym przypadku, jak to zbadano, masę 25 gram, przechodzi z chwilą śmierci tego człowieka w, powstający w tejże chwili, inny biobyt. Będzie to biblijne niebo, gdy ten biobyt znowu okaże się człowiekiem. Będzie to biblijny czyściec, gdy ten biobyt wypadnie nazwać delfinem. Będzie to biblijne piekło, gdy ten biobyt bez żadnej metafory będziemy musieli nazwać świnią. Możliwość medytowania zła – czy to nie ona właśnie staje się naszym jedynym dobrem, gdy spełnianie fizjologicznych potrzeb nam się już znudziło lub przejadło? Czy chęć wyeliminowania zła w perspektywie naszej ludzkiej przyszłości nie okroi jej z niezbywalnego elementu, jakim – do spółki z dobrem – stoi nie tylko nasza, bo i wszelka, bytowość? Czy, żeby nie popaść w bliskie niebytowi zobojętnienie, nie musimy przejmować się na nowo, mającymi swą kulminację już dawno, aktami czyjejś na nas agresji? Aktywny stosunek do rzeczywistości to zawsze niszczenie cudzego dobra, sprowadzanie do absurdalnego zera sensu cudzej pracy, wartości, które inni w trudzie podnosili. Dobro uznajemy zgodnie za rzecz normalną, nad którą nie ma co deliberować. Ale zło budzi uczucia i odblokowuje myślenie, co sprawia, że zaczyna ono odgrywać jakąkolwiek rolę w życiu wielu ludzi, dotąd z precyzją i niezmiennością automatu powielających jeden nieskomplikowany schemat – tak w pracy, jak w domu czy na wakacyjnym wypoczynku. Czy to jest życie człowieka? I w związku z tym, czy należy się dziwić, że skanalizowane swoją nietwórczą dolą masy – w momencie, gdy gromadzona latami i hodowana na prosektoryjnych drożdżach nieprawdy (o rzekomym podziale ludzi na dobrych a prostych i złych a inteligentnych) nienawiść w nich wybucha, rozpoczynają swoją przygodę ze słodkim myśleniem, a to przez – trudną do pomyślenia w warunkach ogłupiającej bierności – prostą negację dotychczas obowiązujących porządków? Leżę w tym moim przysłowiowym Madejowym łożu, zmieniając się w przedmiot. Może i tak jest, że niewola sprzyja powstawaniu wywrotowej ideologii, lecz – nie tak zupełna. To, co po latach zapiszę jako treść moich przemyśleń w dosłownym związaniu, naprawdę powstaje teraz, kiedy choć trochę jestem wolny. Człowiek, którego zabito mentalnie, nie myśli i nawet nie czuje. Trwa – niby kamień, bezwolnie czekając, co te – widać – różne odeń istoty, chodzące na dwóch nogach i manipulujące rękoma przy rzeczach dla reszty stworzenia zgoła niepojętych, z nim zrobią. Zostałem sprowadzony, a to w wyniku pomyłki z rodzaju takich, jakie zdarzają się często ludziom roztargnionym czy gapowatym, do roli podrzędnej, takiej, jaką sam niby obśmiewałem. Co teraz mam robić: wyswobodzić się z tej roli i wejść w diametralnie inną, czy też stworzyć nową teorię stosunków między aktorami różnych ról, gdzie się powiada, że aktorom ról rekinów nie wolno pastwić się nad aktorami ról pomniejszych? Cóż, katoliccy księża często głoszą jako boży ideał sumę wszystkich, wydawałoby się, niekwestionowanych „najlepszości”. Sprawiedliwość, równość, wolność, mądrość, prawda, dobro, zdrowie, godność, pobożność, pracowitość, czystość, miłość, wierność, nadzieja, solidarność, przyjaźń, ład, szczęście, odpowiedzialność – i tak dalej. Już mniejsza z tym, że dobrem są niby wszystkie te wartości, choć na przykład pobożność w oczach ateistów stanowi występek przeciwko mądrości, bo jeśli Bóg by nie istniał, to głupotą byłoby marnowanie sił i czasu na oddawanie mu czci. Lecz jakby miała istnieć chociażby sprawiedliwość, gdyby niewzruszenie panowała równość? Sprawiedliwość polega na dbałości o to, żeby wszystko, co się dzieje, działo się zgodnie z prawem. A, żeby ustanawiać prawo czy sprawować nad nim pieczę, trzeba się wynieść nad tych, których się sądzi; inaczej prawników nikt by nie słuchał. „Złem jest nie zazdroszczenie, lecz dawanie powodów do zazdrości” – twierdzi pewien mój kolega, dla którego sprawiedliwością jest równość. A przecież panowanie takiej zasady uderzałoby w każde działanie przynoszące skutek. Zniweczałoby sens rywalizacji, a więc dążenia do mistrzostwa,  osiągania doskonałości. Równanie w górę jest możliwe jedynie poprzez pogoń za mistrzami, a więc za tymi, którym się zazdrości. Toteż zazdrość, uważana obiegowo za uczucie brzydkie, jest w swej istocie dobrotwórcza. Równanie w dół prowadziłoby natomiast do zniżenia całej ogromnej zdrowej reszty do poziomu kalek i obiboków. Chociaż równanie w górę dla wielu jest niemożliwe, stanowi i dla nich element nadziei, bo można podnieść swój status chociażby dzięki wygranej na loterii. Powie ktoś: równajmy w dół, lecz tylko do pewnego racjonalnego poziomu i niżej już nie. Albo: równajmy w górę, lecz tej wspinaczce dajmy rozsądne granice. Przecież jednak dobro i jego szczyty czy depresje to nie tylko pieniądze! Można postępować w wiedzę, w pojenie się pięknem, we własną twórczość. Można osiągać sławę, doskonałość; zmierzać – niechby tylko we własnych marzeniach! – ku nieśmiertelności. Swoimi działaniami wpływać znacząco na bieg dziejów ludzkości – pragnęło i pragnie iluż! A są przecież i tacy – należę do nich chociażby ja sam – , coby chcieli wpłynąć zauważalnie na historię wszechświata! Uchronić go od losu jego większych i mniejszych składowych, które przepadają często, zanim zdążą swoim bytowaniem się nasycić. Tajemnice – wiara w to, że ich ilość jest nieograniczona, to optymizm może nieuzasadniony. Ale miarą naszej nieograniczoności są wielkości kosmiczne, przy których nasza ludzka norma jest, jak na razie, wielkością bez znaczenia. A suma wszelkiego dobra, przy której, jako przy Bogu, trwają uparcie księża, choć zredukuje się w końcu do zera (bo jak na przykład solidarność widzieć bez wroga, wobec którego trzeba ją utrzymywać?), jest czymś, co da się, przy koniecznym tylko geniuszu krupiera, tak przetasować z sumą zła, że wyjdzie z tego zgoła interesujący układzik! I na koniec tej nocy tylko jedno, może, spostrzeżenie. Nie ma dobra, którego drugą stroną nie było by zło. Dobro i zło dopiero tworzą byt. I, z czym wcześniej już się pogodziliśmy, nie ma zła, którego drugą stroną nie byłoby dobro. Plus i minus dają zero. Zero jakaś buntownicza wobec nicości siła (może jest nią Bóg?) rozszczepia na ujemne i dodatnie wartości. Tak powstały byt trwa i, zanim zmęczenie trwaniem na powrót zredukuje go do punktu, ma szansę zaradzić swojej śmiertelności. Lecz przecież naprawdę tę szansę otrzymuje jedynie byt inteligentny. Toteż zawierzanie swego losu Bogu i powstrzymywanie się na Jego rzecz od wnikania w mechanizmy powstawania i trwania jest to wyrzekanie się szansy bycia Jego, nieocenionym może, pomocnikiem. W naturze każdego bytu poszczególnego tkwi nieprzeparta żądza wprowadzania i utrzymywania swoich porządków. Tylko, że jednemu wystarcza być pierwszym w piaskownicy, drugi będzie zadowolony z bycia sołtysem, trzeci – prezydentem. Ale czwarty weźmie odpowiedzialność za cały kosmos! Nie przeszkadzać Bogu w pełnieniu tej Jego nieskończenie trudnej funkcji – to ma być dewiza życiowa odpowiedzialnego sługi? Cóż. Bóg kocha byt, skoro go stwarza. Wszelako jeśliby wszyscy mieli umywać ręce od stawiania tych klocków, Bóg w ludziach nie miałby partnerów. A co to za przyjemność „współpracować” z matołami. Amen. Moją tyradę skończyłem w sam czas. Bo oto i świta.

            Bombardowania fenactilem niespokojnych o los planety i dlatego o nim mówiących pacjentów psychiatrionów. Demaskowania fałszywych proroków w szulerniach, gdzie nie po sturoczach, tylko po paru minutach, staje się jasne, że przysłowiowa pechowa trzynastka (w numerologii babilońskiej oznaczająca kastrację) nie zawsze okazuje się być szczęśliwym numerem dla opakowców, czyli takich, co wszystko biorą na opak.