marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Sierpień 27th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 16

            Bardzo chcę odzyskać wolność, tym bardziej, że mam co w wolnym świecie robić, a niewola jest tak przykra. Mimo to, marnować czas na biadolenie, kiedy można wykorzystać go na przykład na stworzenie koncepcji zleconych mi poszukiwań, toby było wykroczenie przeciwko własnemu interesowi. Żeby uniknąć kłopotów, lepiej w ogóle się nie urodzić. Ale nie ma też innej drogi do dóbr satysfakcyjnych, czyli dających – przeróżne przecież! – satysfakcje, jak droga wpisywania się w te dobra własnym bytem. Słyszałem zdanie wypowiedziane niedawno z radia, że życie jest to powtarzanie do znudzenia tych samych rytuałów, od czego jedno jest tylko odejście: utrata możności czynienia nawet tych powtórzeń – na rzecz zstąpienia do rzeczywistości jeszcze, i to o niebo!, niższej. Więc trwajmy w tym świecie nieuchronnie nawracających konieczności i chwalmy Pana, by, udobruchany naszym oddaniem, zechciał powtórnie przyjść do nas i, okazawszy swą wszechmoc, dał nam wreszcie coś więcej niż to, na co dzisiaj jesteśmy skazani! Cóż, ja teraz jestem skazany na nieodmienne tkwienie w boleśnie zaciskających mi się na przegubach rąk i nad stopami więzach; kto wie, ile jeszcze to potrwa. Na pewno wie to lekarz, który mógłby swą decyzję dania mi nauczki za moje spontaniczne zachowanie (wywołane przecież karygodną niefrasobliwością jego człowieka!) po prostu odwołać. Mógłby, gdyby zaoczne współodczuwanie ze mną przeważyło nad urazą, jaką żywi wobec mnie do spółki z sanitariuszem Kompendo. Czy to, co mnie spotkało, nie jest wykazaniem mi przez Siłę Wyższą, że mylę się, negując grzeszność ludzką jako przypadłość właściwą naszej naturze? Może jeśli wybaczę sanitariuszowi Kompendo, że bez ogródek nazwał mnie schizofrenikiem, to wybaczy mi, że machinalnie uraziłem rasę Czarnych, mający w swej gestii sprawę mej niewoli lub uwolnienia – lekarz? Lecz nawet jeśliby tą drogą dało się coś zdziałać, to jak znieczulić swoją dumę? Ciągle tylko wybaczać i wybaczać? Przecież to wiedzie do całkowitego zpsienia! Skoro zaś nie to, to co w mojej podłej sytuacji mogę sensownego zrobić? Cóż mogę wymyślić?

     Pasienie się starych cyrkowych koni, kupionych przez chłopa, na łąkach, które zajmie już niedługo beton nowopowstającego blokowiska. Mamienia się, mającymi swe dowodowe poparcie jedynie w, też ograniczonej przecież, dziwności snów, nadziejami uzupełnienia braków uzębienia zębami cudownymi, nie wyrastającymi od maleńkości, lecz od razu jako dorosłe wpisującymi się w dziąsła. Cudowność – od początków zróżnicowania się poszczególnych fragmentów ogólności – miała swoją ostoję w jednostkach bezradnych, takich, które swe szanse w warunkach panowania sztywnych norm rywalizacyjnych zaprzepaszczały. Bóg każe swemu stworzeniu walczyć o zwycięstwo, lecz nie zapomina i o przegrywających; dla tych ostatnich wyznaczył nagrody bodaj czy nie najrzetelniejsze. Temu, kto zasmakował goryczy porażki, bezsmak zwyczajnego chleba wyda się dosłownie wszystkim, czego ze strony kuchni można oczekiwać. Względność dobra wobec zła jest jednak nadal niedostrzegana przez zawodowych piewców Absolutu. Ta ich słabość oby odbiła się kiedyś tylko na nich, nie na masach – od nich uzależnionych. Masy bowiem trzymają temperaturę, w jakiej wyrasta osobnik mogący wynieść byt ludzki na poziomy spraw temu bytowi właściwe, nie jakieś podrzędne i serwujące mu denerwującą połowiczność. Zaufanie elitom przynosi rozczarowania; nie spodziewajmy się wiele po przyszłych dokonaniach elitarnych narodów, bowiem te, co miały dokonać, już dokonały i w kolei następnej będą tylko powielać wypracowane paradygmaty.

            Tak więc zastanawiam się, co w zaistniałej sytuacji mogę zrobić, i wychodzi mi, że jednak sporo. Przede wszystkim dopiero  teraz pojąłem, że naukowiec, którego poszukuję, może wcale nie być okazem zdrowia – korzystającym, z mającej pewnie wymiar materialny wdzięczności terrorystów za danie im niezwykłej bomby, na sposób znany z reklam. Świadomość, że jego wytwór posłużył z jednej strony za przebudzenie sumień ludzi żyjących w mentalnym uśpieniu, ale z drugiej strony wprowadził w sen wieczny parę dziesiątków tysięcy ludzi innych, musiała mu w głowie mocno namieszać. Kto wie, czy od tego nie zwariował. A jeśli tak, to czy nie znajdę go na terenie tego właśnie psychiatrionu, gdzie obecnie przeprowadza się na mnie leczenie poprzez zniewolenie? Więzienioterapię?  W mojej ośmiołóżkowej sypialni leży na swoich posłaniach chwilowo czterech, łącznie z mną pięciu,  pacjentów. Światło tu jest wygaszone, ale docierają tutaj przez duże, nieosłonięte okna resztki kończącego się dnia, więc mogę salę obserwować. Jest to możliwe w stopniu większym niż możnaby sądzić, ponieważ moje łóżko wybija się ponad pozostałe poziomem legowiska. Przyciemnienie okularów, jakie mam na oczach, powoduje, że teraz, kiedy jest szaro, obraz traci nieco na wyrazistości. Poza tym dwóch delikwentów, których próbuję ocenić, twarze zwróciło ku oknom, podczas gdy ja jestem przy drzwiach wbudowanych w przeciwległą ścianę sali. Widok twarzy właśnie jest mi zaś potrzebny, ponieważ w twarzach ogniskuje się inteligencja, jaką bez wątpienia, spośród ludzi zdolnych do wykonywania jedynie prostych prac, winien wyróżniać się wybitny pirotechnik.

           Zaznaczyłem wcześniej, że skład pacjencki psychiatrionów to pełny przekrój społeczeństwa. W społeczeństwie jednak przeważają ilościowo jednostki mało twórcze, specjalizujące się w dziedzinach wymagających posiadania silnych rąk i nóg, nie mózgów. I tu więc muszą przeważać ilościowo takie jednostki. Wnioskować znowu, że taki, co silnych rąk i nóg nie ma, będzie dobrym mózgowcem, mija się z celem, ponieważ w szpitalach sporo spotkamy i takich, co są niezdolni do niczego. Oglądam oceniająco z konieczności więc tylko dwóch kandydatów do rozpracowania pod wiadomym kątem – tych, w których mogę wczytywać się fizjonomię. No i tak. Jeden to jest ten, co mi nie dał mówić, kiedy, nie słysząc własnych myśli, próbowałem mówić do siebie. Teoretycznie i odpychający typ może być myślicielem, o ile myślicielstwem nazwiemy pracę technologa-chemika. Ale przecież jak zawodowy sukces ma osiągnąć naukowiec, który po prostacku podchodzi do problemu? Jest jakaś generalna, właściwa każdemu linia – wyznaczająca jego swoiste, charakterystyczne podejście na równi do problemów, jak i do ludzi. Jeśli ten typ po prostacku obszedł się ze mną (mówiąc, że mnie zabije, gdy nie przestanę „gderać”), to, stosując podobną metodologię wobec poszukiwanego w swoim profesjonalnym dziele – na przykład – katalizatora, nie ma choćby śladowych szans powodzenia. A poszukiwany przeze mnie chemik dopiął swego! Więc typa możemy wyeliminować. Chociaż… ja sam przykładam się – chyba to widać! – do tego, co uważam za swoje zajęcie zawodowe, natomiast olewam wiele innych spraw i więcej z obojętnością niż z szacunkiem patrzę na tych z ludzi, którzy są w stanie zaofiarować mi tylko banał. Jak wam się podoba takie słowo: banalnik? Albo: banałowiec? Żyją ludzie wprost przysłowiowo niewrażliwi na wartości poznawczo istotne, niezdolni przyswoić myśli, która nie obrosła w pospolite konteksty. Może to tak jest, że jak ja wystrzegam się ulicznych bijatyk, żeby nie ponieść uszczerbku na swojej cielesności, tak oni wystrzegają się bardziej rozbujanego myślenia, żeby nie oszaleć. Niedorozwój – fizyczny czy intelektualny – jest cechą wkalkulowaną w byt ludzki, gdzie zindywidualizowanie, mające swoją genezę w pragnieniu niepowtarzalnej tożsamości, realizuje się poprzez nader rozmaity stopień niedorozwoju, choć zapewne nie tylko poprzez to. No tak, toby było jedno, co mogło spowodować, że zostałem uwięziony: pewien mentalny niedorozwój mój własny. Piszę się bowiem być intelektualistą, nie zaś emocjonalistą, a tu zagranie tak emocjonalne. Nie jestem jednak bezduszną myślącą maszyną; to, że posiadam jakąś tam swoją dumę, zresztą przypuszczalnie jak każdy, stanowi jakiś ogranicznik dla mego myślenia, wentyl bezpieczeństwa, przeciwwagę inaczej zapewne władnego by mnie obalić ciężaru świadomościowych historyj. Mam do rozpracowania problem narzucony mi przez kogoś innego; zgodziłem się nim zajmować, bo wydał mi się godny tego. Teraz przecież, pomimo trudności, w jakie popadłem, bynajmniej ze sprawy poszukiwań nieświadomego i oby nie niedoszłego dobroczyńcy ludzkości nie chcę się wycofywać. Tym niemniej wyżej wzmiankowane przedsięwzięcie nie zmieniło moich całożyciowych zainteresowań o 180 stopni. Nadal uważam za swe odkrycie największe i najważniejsze, że kłopoty, jakie ludzkość ma sama z sobą, to jest sprawa nietrudna, mieszcząca się w standardzie spraw, rozwiązywanych przez ogół inteligentnych mieszkańców Ziemi – od dziesiątków tysiącroczy. Człowiek nie został przecież stworzony dla samego siebie, dla troski o własne istnienie – bez związku z obowiązkiem troskania się o istnienie świata, którego jest mieszkańcem, ale ze swym mieszkaniem związanym nierozerwalnie, nie będącym w stanie bez niego żyć, ani go opuścić. Tymczasem z obserwacyj wszechświata, który w różnych swoich obszarach mieści obiekty to rodzące się, to żyjące pełnią swego życia, to umierające – wynika, że potrwa on jeszcze ze 100 miliardów lat, po czym ulegnie samounicestwieniu. Tak będzie, o ile człowiek (o innej potędze, mogącej tu wchodzić w grę, nic nie wiemy) nie zaingeruje umiejętnie w proces naturalnego starzenia się wszechświata, a inaczej mówiąc – w proces postępowania wszechświata ku jego własnej śmierci. Jeśli pozwolimy na to, by przepadło wszystko w skali kosmicznej, przepadnie i wszystko w skali ludzkiej, choć ktoś w tym miejscu może powiedzieć, że, znając kruchość naszej ludzkiej kondycji, trudno oczekiwać, by nasza egzystencja miała się przedłużyć jeszcze do choćby miliona lat, więc koniec świata, który usiłujemy odwlec, nastąpi długo po naszym ludzkim końcu, czyli nie nas będzie dotyczyć. W takim układzie jak myśleć o obiecywanej nam przez Jezusa nieśmiertelności? Ten prekursor populistycznego umiłowania nędzy i obarczania winą – za wszelkie zło dotykające pobożnych biedaków – egoizmu możnych sam mianował się królem i dodawał, że królestwo Jego jest nie z tego świata. Bezsenność, na którą cierpiał i którą wykorzystywał na wytrwałe modlenie się nocami, sprowadzała Nań w końcu sny. I rozkołysana spektakularną modlitwą i życiem pełnym szaleństw wyobraźnia obdarowywała Go snami o wspaniałości gdzie indziej niewidywanej. To one właśnie były Jego prawdziwym królestwem! Do tego jednak nie mógł się przyznać, ponieważ sny, choćby nie wiem jak wybujałe, ma każdy, a wiara w Niego miała się wszak wspierać na Jego wyjątkowości. Cierpienie zbiega się z mocą; wielu dla uniknięcia cierpienia z mocy rezygnuje. Powiedzieć: „ja jestem Bogiem!” to przyjąć na siebie odpowiedzialność za losy stworzenia, czego nijak zazdrościć, chcąc żyć lekko, łatwo i przyjemnie. Cudowność, będąca domeną snów, potęguje się, kiedy dostarczamy jej materiału dalekiego od niewysilonej przeciętności. I bywa, że wylewa się ze snów na jawę, dokonując tam spustoszeń wśród odwiecznych prawd, wyznawanych a niekwestionowanych zasad. Z próżnego i Salomon nie naleje – powtarzają niedopieczeni cudotwórcy, gdy tymczasem urodzony czarodziej z niematerialnego punktu wyprowadza wszechświat. Czy oręduję oto za zwróceniem się ku prawdziwym specjalistom i porzuceniem zainteresowania ambitnymi amatorami? Jak jednych i drugich rozpoznać? Czy kierować się przy ferowaniu werdyktu tym, że u jednych wszystko rozumiemy, a w propozycjach innych nie wszystko możemy uznać za w pełni zrozumiałe? Pomyślmy, czy aby w tym, co trafia nam do przekonania, nie kryją się (wstydliwie?) utajone błędy, które przyjmujemy za czynnik słuszny jedynie dlatego, że z takim paradygmatem jesteśmy osłuchani? „Bóg jest miłością”? A czy miło jest nam iść za Jego wskazaniem, że droga do nieśmiertelności wiedzie przez śmierć? Czy miło nam znosić Jego uderzające w naszą suwerenność zawołanie, że „bez Niego jesteśmy niczym”? Ksiądz ze swej ambony mówi zwykle okrągłymi zdaniami, za których sensem i sensownością mają przemawiać dwa tysiącrocza niezachwianej (biorąc z grubsza) tradycji odwoływań się do trzech roków życia fanatycznie oddanej sprawie swego duchowego wodzostwa Jednostki, dokumentującej domniemane prawdy swej nauki czynieniem cudów i przyjęciem takiej męki i śmierci, na jaką w Jej czasach skazywano morderców. Ludzkości potrzeba wodzów z prawdziwego przysłowiowego zdarzenia, jest bowiem bezwiedna i bezradna na podobieństwo stada dziczejących psów, które już zbyt daleko odeszło od praw dżungli w świat posłuszeństwa „przedziwnie mądremu” panu, by mógł je wieść po prostu zew natury. Od braku takiego pana – nic nie dające zdziczenie. Czy Jezus mówił jednak o piciu Jego krwi i jedzeniu Jego ciała jako o panaceum na wszelkie zło nie jak kogutek z telewizyjnej reklamy, zachęcający do jedzenia swoich braci i sióstr, ponieważ na czym jak na czym, ale „na drobiu to on się zna”? „Nie zajmujcie pierwszych miejsc i nie obwarowujcie się na zaszczytnych stanowiskach, albowiem na końcu czasów pierwsi będą ostatnimi, a ostatni pierwszymi”? Czy w tym miejscu nie mamy do czynienia po prostu z wprawką retoryczną Jezusa? Ktoś powie, że powieść to nie miejsce na odreagowywanie światopoglądowych obsesyj, bo tu winny być tylko akcja, przygody i nic więcej. Cóż, Jezus formułował swoją naukę poprzez słowo mówione; ja – być może – chcę założyć nową religię na bazie słowa pisanego. A to,że pokazuję przyszłym jej wyznawcom, jak dochodzę do paradygmatów (czyli tego, co może okazać się prawdą) mających ją stanowić, zamiast sięgać do podejrzanego metodologicznie elementu tajemnicy, bierze się z mojego pójścia za Sokratesem, który utrzymywał, iż optymalnym środkiem budowania nawyków etycznych (będących sensem każdej religii) jest wiedza. Jezus budował zaufanie dla swojej nauki nie tym, by ona sama się broniła swym ewentualnym dopasowaniem do znanej wszystkim trzeźwym jej uczniom rzeczywistości czy krytycznymi odniesieniami do innych nauk (poza bezkrytycznymi odniesieniami do Starego Testamentu), tylko cudotwórczością. Rzecz w tym, iż cudotwórczość a wiedza moralna to zderzenie dziedzin komunikujących się z sobą odlegle. Największe ciężary podnoszą na ogół młodzi osiłkowie o mizernej wiedzy teoretycznej – z zakresu chociażby wtajemniczeń trenerskich. Poznałem niegdyś ciężarowca, który wiedział, że najcięższe sztangi podnoszą nad głowy sportowcy niscy, wszelako nie wiedział, dlaczego tak się dzieje. A przecież powinien wiedzieć już absolwent szkoły podstawowej, że więcej energii na podniesienie tego samego ciężaru potrzeba temu, kto podniesie go wyżej. Ten bowiem, kto podniesie go wyżej, wykona większą   p r a c ę .  Zawodnicy tak niscy, jak i wysocy, podnoszą sztangę odpowiednio do swoich warunków wzrostowych. Aktualne przepisy tej dyscypliny sportu dyskryminują więc siłaczy wysokich. Ot, i cała tajemnica. Ale tak samo czyniący cuda, choć pewnie musi mieć siłę, a to siłę mentalną, wcale nie musi być posiadaczem tajemnic, a już najpewniej – posiadaczem tajemnic świadomym, ku czemu (nawet to, czy dobremu, czy złemu) nawyki zbudowane w oparciu o te tajemnice powiodą. Ale na razie powrócimy do planu przygód i akcji, bowiem to właśnie wzajemne przeplatanie się planów sprawi, „żeby wszystko zapamiętać i nie zmęczyć żadnej głowy”, jak rozsądnie reklamował swoje pisarstwo Kornel Makuszyński. Pewnie, że sprawa jest wspólna i streszcza się w ziszczeniu pragnienia nadejścia wreszcie czasów, gdzie szczęście i nadająca mu wymiar męka będą nam przez los dozowane umiejętnie. Co poniektórzy usiłują to wymodlić u Boga; inni liczą, że losowi pomoże być mądrym któryś z idoli ziemskiego panteonu; jeszcze inni ten przygniatający ciężar wrzucili na własny grzbiet i bywa, że pod nim padają, niekiedy szczęśliwi, że coś tam wnieśli do ogólnego skarbca, czego oby nie omieszkał wykorzystać następca takich herosów. Sprawa jest więc wspólna: jedni zmagają się z problemem; drudzy dostarczają pierwszym rozrywki; trzeci dbają, by wszyscy się najedli; czwarci zgodzili się za miliony cierpieć, dzięki czemu życie reszty jest lżejsze. Sprawa jest wspólna, lecz niech autor powstającej epopei nie dręczy swego potencjalnego odbiorcy (który ową wspólną sprawę może wszak poprowadzić dalej) merytorycznymi (skoro warsztatowe zwalczył) niedoróbkami. Po to jest producent mydła, żeby jego klient czyścił się mydelniczym wyrobem, nie zaś jeszcze dodatkowo nim się brudził. Po to też ma męczyć się pisarz, żeby podnoszoną przezeń wspólną sprawą czytelnik mógł się cieszyć, a nie męczyć. I też zechciał w ogóle nią się zajmować. Dosyć. „Cenniejszy jest jeden krok rzeczywistego ruchu niż tysiąc manifestów” doprawdy nie tylko zdaniem Karola Marksa. Chociaż gdy lepiej się przyjrzeć, to cenę wszelkiej rzeczy w gospodarce wolnorynkowej wyznacza raczej popyt. Lecz czy tylko w socjalizmie nakazywano, co ma się podobać? Nieustannie odbywa się walka. Jest kwestią w zasadzie drugiego planu, czy spieramy się o rzeczy naprawdę podstawowe, czy też może o drobnostki.