marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Sierpień 26th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 15

            - Co tam gderasz? – rzuca ku mnie jeden, który wrócił z kolacji.

            – Nie gderam, tylko modlę się – wypowiadam w odpowiedzi, chcąc, by zabrzmiała i jakoś sensownie, i nie tak żałośnie. Jest to kłamstwo, rzecz, której w życiu chyba jak rzadko kto się wystrzegałem. Jak jednak nie kłamiemy czasem taktycznie, to kłamanie często przeradza się w strategię.

            – Z modłami to do kościoła! Ja chcę mieć spokój!

            Patrzę na tego człowieka i oceniam, czy mógłby mnie uciszyć, gdybym nie przestał ratować się tym mówieniem. Jest to problem, ale bez problemów skołowaciałyby nam mózgi.

            – Modlę się właśnie za twój spokój – rzucam, ciekawy, co z tego będzie.

            – Nie bądź bezczelny, dupku. Bo cię uciszę na zawsze!

            Widzę, że nie jest to groźba bez pokrycia. Milczę. Nazwanie mnie „dupkiem” nie podziałało na mnie jak, znana z przysłowia, płachta na byka. Wiem skądinąd (skąd, o to mniejsza), że w psychiatrionach kiblują ludzie wywodzący się ze wszystkich środowisk.

Wszędzie nadają ton najsilniejsi. Lub najliczniejsi, o ile umieją się zorganizować. Ja tutaj nie będę zapewne należał ani do tych pierwszych, ani do tych drugich. Siła człowieka, jako stworu różnego od zwierzęcia, nie polega jednak na narzucaniu swojej woli innym środkami prostackimi. Znamy bowiem i wyrafinowane narzędzia – silny jestem tu właśnie. Ale tej swojej siły egzekwować tutaj nie będę mieć sposobu, za co bardzo czytelnika przepraszam, bo może spodziewa się po mnie zachowań supermana, a ja te nadzieje zmuszony mu jestem zdmuchnąć. Są więc pewnie w tym psychiatrionie i ludzie kulturalni, i prymitywni. A także uosobienia różnoprocentowych mieszanek kultury i prymitywizmu. Silny na sposób bezpośredni może być tak prymityw (likwidujący każdy przejaw wyszukanego myślenia, jakiego nie jest w stanie zrozumieć, obskuranckim „jak się nie zamkniesz, to cię zabiję”), jak kulturalniak (znany przykład bijących ostro dżentelmenów lub osobników o władczych charakterach, znajdujących posłuch dzięki nieodpartości – w oczach podporządkowujących się im – swojej logiki). Ja nie chcę nikomu się podporządkowywać, niemniej wiele z tego, co mi się nie podoba, w trosce o własne życie, zdrowie czy inne dobra – zmuszony jestem puszczać mimo uszu. To jest jeden kłopot, który wypada mi nic innego, tylko przeboleć. Drugi to to, że cały, od znieruchomienia i leżenia przez dłuższy czas w jednej pozycji, jestem zdrętwiały, a pod więzami puchnie mi ciało. Wkrótce dochodzi i kłopot trzeci, to mianowicie, że muszę siknąć, a nie ma widoków na swobodne przemieszczenie się do ubikacji.

            – Siostro!!! – krzyczę, jak w takiej sytuacji robić mi zalecono. – Siostro!!!

            Co osobliwe, ten, mający zastrzeżenia do mojego cichego mówienia przed półgodziną, mężczyzna mego głośnego wołania teraz nie oprotestowuje. Pielęgniarka jednak nie przychodzi – ani za chwilę, ani po piętnastu minutach. Wstrzymuję się z siknięciem, jak tylko mogę.

            – Siostro, niech siostra mnie uwolni, bo w przeciwnym razie siknę do łóżka!!! – że mój krzyk obudziłby zmarłego, za to nie ręczę, za duży mam szacunek dla wymowy faktów, którymi stoi historia, ale nawet przygłuchy byłby zareagował na to, bolesne dla mnie, zdzieranie gardła. Siostra mnie sobie olewa. Nie wytrzymuję i oddaję mocz w łóżko. W okolicach krocza natychmiast czuję ciepłą mokrość. I ta ulga, że cofnęła się potrzeba męki powstrzymywania fizjologicznej konieczności! Minie trocha czasu, a mocz ostygnie i, zamiast grzać, będzie nieprzyjemnie chłodny; pewnie, że większa jego część wsiąknie w materac. Co do tego budzenia umarłych głośnym mówieniem, to pamiętam, jak niegdyś „zasypiał na zawsze” jakiś człowiek. Było to też w szpitalu, jeszcze w Festylii. Stojący przy łóżku umierającego lekarz głośno doń przemawiał, żeby się obudził i przestał się wygłupiać, bo przecież jest jeszcze młody, a życie to piękna przygoda. „Co pana czeka, gdy pan się uprze i umrze; zapewniam, że nic ciekawego!” Podobnie głośnym mówieniem, tylko o innej argumentacji, usiłują z ciał tak zwanych opętanych przegnać złego ducha egzorcyści. To jest ta sama zasada: odwoływanie się do tych ośrodków w mózgu delikwenta, które reagują na sygnały budzące w nich odruchowe skojarzenie z wartością dla takiego człowieka ostateczną. Silniejszą niż jego postanowienie trzymania przy sobie złych myśli. Nie jestem wyznawcą żadnej ideologii, ani doktryny; doświadczałem zdarzeń cudownych, lecz, co oczywiste, mam na co dzień styczność też ze światem materialnym, zobowiązanym zachowywać posłuszeństwo wobec praw zdatnych do wymierzenia i wymodelowania. Jak wiadomo, regułę potwierdzają wyjątki. Ja powiem więcej: reguła bez wyjątków jest fałszywa, a, jako taka, niemożliwa ontologicznie. Jak cuda, bez kontrastującej z nimi zwykłości świata chemicznych atomów, oddziaływań grawitacyjnych i zjawisk falowych, nie byłyby dla umownego obserwatora niczym zadziwiającym, tak tenże świat, bez cudów, nie miałby waloru rzeczy zwyczajnej, a więc wyróżnionej stałością swoich praw i porządków. Reguła zwyczajnego świata nie potwierdzona przez wyjątek cudu byłaby niekompletna, nie dorastająca do poziomu, na którym dopiero możliwe jest istnienie. A więc nie tak ostro, panowie ateiści, z tymi, co dziw istnienia tłumaczą czymś niby jeszcze dziwniejszym, Bogiem! Istniejemy dlatego, że przyjemność wynurzania się ku bytowi ponad naturalny niebyt okupiamy zejściem poniżej tegoż niebytu, w przykry antybyt. Tak samo świat nauk przyrodniczych nie jest wszystkim, z czego możemy czerpać, chcąc wydostać się z niebytu poznawczej pustki. Operator – mający w swej gestii całą nadprzyrodzoność – nie należy do bytu, ale o Jego quasi-istnieniu dowiadujemy się z operacyj, jakie przeprowadza na materiale dostępnego nam świata, dowodząc nam nimi swojej czujności i mocy. Cóż. Że zdarza się właśnie to, w co wierzymy, zaświadcza o sprawczości naszej wiary, więc czynnik boskości należy może i do quasi-elementów naszej konstrukcji. Na razie jednak trzeba wracać do tak zwanej rzeczywistości zewnętrznej, bo oto podchodzi do mego łóżka mężczyzna o głowie wygolonej do zera.

            – Coś mi się widzi, że nie jesteś Tutabończykiem – zagaja.

            – Przyleciałem do Tutabonu z Pyrii, o ile coś ci to mówi – odpowiadam, próbując ocenić, do jakiego stopnia będzie mi z nim bezpiecznie być szczerym.

            – Wiem, słyszałem – wypowiada. – Podszedłem do ciebie, bo tu nie ma z kim rozmawiać. A ty wyglądasz mi na człowieka zdolnego zrozumieć coś więcej niż to tylko, na czym polega gra w futbol lub że za wszystkie niepowodzenia obywatela danego kraju winę ponosi jego prezydent. Przyleciałeś tu z dalekiego kraju w jakim to celu? Chyba nie po to, żeby znaleźć u nas pracę? Powiem ci, że pod tym względem to w Europie jest lepiej.

            – Wałęsam się po świecie – wzruszam ramionami, o ile to możliwe, zważywszy związanie. – Dziwność istnienia powoduje ludźmi pewnie nie tak często, bo jak człowiek głodny, to myśli tylko o jedzeniu, a głodnych w świecie większość. Ja jednak urodziłem się w rodzinie ludzi zapobiegliwych, głód znam tylko z jego przedsionków. A że moje życiowe wybory oscylowały zawsze pomiędzy takimi dwoma rzeczami jak tajemnica i dziwność, dotarłem w końcu do miejsca, gdzie podważa się prawomocność czy naturalność samego istnienia. Ja, bodaj czy nie częściej niż parę razy w tygodniu, wybucham śmiechem, przypomniawszy sobie, że istnieję. Że istnieje świat. Powiesz, że to dziwne, iż z kraju, gdzie można swobodnie oddychać, przeniosłem się, niechby nawet na krótko, na parny kontynent afrykański. Przyleciałem tu dlatego, żeby sprawdzić, czy sprawa dziwności świata tak samo maluje się w Tutabonie. Co prawda, teoretycznie byłem tego pewien już przed odlotem.

            Łysy patrzy na mnie oceniająco.

            – Jesteś więc człowiekiem bogatym, skoro stać cię na wędrówki dla kaprysu.

            – To żaden kaprys. To powodujący mną mus. Jestem jego niewolnikiem.

            Mężczyzna o bezwłosej czaszce szarzeje. Tak, jakby stracił nagle zainteresowanie mną. Do takich sytuacyjnych zmian przywykłem. Rzadko trafiam na rozmówcę, któryby mój sposób widzenia spraw podzielał lub nawet do dłuższej rozmowy ze mną prędko się nie zniechęcał. Więcej empatii doświadczają osobnicy o mentalności typowej. Nie żałuję tego. Zero kartofli, czy zero diamentów – jest to to samo zero. Zerowość jest to typowość. Cokolwiek bytu mają jedynie tacy, co w stronę tę, czy w tamtą, odbiegają od tej niedobrej normy. Nie znaczy to, że kocham przestępców, normy łamiących. Przestępcy wśród ludzi respektujących określony model społeczeństwa to, wydaje się, konieczny tego społeczeństwa dodatek antynomiczny. Do samego dobra należy pewnie dążyć, ale dobro bez domieszki zła jest jak złoto, od pożądania którego wywiązuje się tyle morderczych przedsiębrań.

            – Skoro tak, to nie dziwię się, dlaczego cię tu zgarnęli – kwituje łysy i chce odejść.

            – Poczekaj! – zatrzymuję go. – A ciebie dlaczego tu trzymają?

                            – Od stawiania pytań to jestem tu ja – odpowiada z niespodziewaną wyniosłością, po czym wychodzi z sali. Nie chcę mówić, że to mi się nie podoba, ponieważ jest to oczywiste, a bazują na oczywistościach tylko tacy, co niewiele mają do powiedzenia, wszelako i z oczywistościami różnie bywa. Tak więc w celu uniknięcia nieporozumień stwierdzam, że mój niedawny rozmówca zachował się po prostacku. To stwierdzenie stanowi dla mnie rodzaj pocieszenia, ponieważ mógłbym też stwierdzić, że jego zachowanie było stosowne wobec nędzy mojej filozofii, a z czymś takim nie chciałbym już się pogodzić. Wszyscy szukamy potwierdzenia tezy, że jesteśmy coś warci. Kiedy bowiem takie potwierdzenie znajdujemy, gruntujemy się w istnieniu – jako jego ważny element. No i co? Jak długo można trwać przy czymś tak podstawowym, ale ubogim w swojej ciekawostkowej strukturze, jak satysfakcja atomu któregoś z chemicznych pierwiastków, że posiada swój skromny, aczkolwiek niezbywalny, udział w ogromie, dziejącego się od tak już dawna i mającego dziać się jeszcze ze sto miliardów roków, wszechświata? Czy tylko ta jedna myśl ma wystarczyć za intelektualną treść ambitnej, bo rozpieszczonej w dzieciństwie mocno zobowiązującymi wmówieniami, bytowości? Za wszystko płacimy. Nawet złodziej, który bierze to, co inny kupił lub wyprodukował, płaci za pozyskiwany towar skazą na sumieniu lub strachem, że zostanie kiedyś przyłapany, osądzony i uwięziony. Konsekwencje naszego, czy czyjegokolwiek, wywyższenia uderzą w nas, czy w kogokolwiek, upadkiem z wyżyn. Natura bowiem nie znosi próżni, ale też do zera wszystko w końcu sprowadza. I nie ma w tym żadnej złośliwości Stwórcy, ani potajemnej roboty, ponoć we wszystkim Mu przeciwstawnego, Szatana. O ile cokolwiek istnieje, to tylko bowiem na zasadzie antynomii, której bieguny zaprzeczają – jeden drugiemu. Ma swoją przeciwstawność także to wszystko, co, wydawałoby się, wszechobejmuje. Jest moim odkryciem sprzed paru dni, że symetryczna wewnętrznie musi być i wszechobejmująca   p r z e s t r z e ń !   Można ją bowiem tak podzielić, że jedna jej część będzie stać w opozycji do drugiej, co jest zasadą antynomiczności. Wielkości przestrzeni od punktualnego zera po dziesięć do potęgi minus trzydziestej trzeciej centymetra są przeciwstawne do wszelkich jej wielkości innych (większych) – po samą nieskończoność największą!! Topolodzy, czyli matematycy zajmujący się bynajmniej nie topolami, tylko teorią przestrzeni, powinni być mi wdzięczni za tę wskazówkę, ponieważ usprawni im dalsze badania. Ja sam zawdzięczam z kolei sformułowanie swego spostrzeżenia własnej wyobraźni, lecz też w dużej części fizykom, którzy zaobserwowali, że w sferze fizycznych wielkości małych obowiązują inne prawa aniżeli – w sferze wielkości dużych. I dokładnie określili granicę tych sfer. Związki fizyki z matematyką, dzięki sprowadzeniu przeze mnie do kategoryj ściśle fizycznych czegoś tak niby abstrahującego od doświadczenia jak kategoria „czystej” przestrzeni, świadczą za tym, że i fantazjującym (na terenie kreowań „możliwych teoretycznie” bytów) matematykom fizyka może coś dać, a nie tylko na odwrót. Sądzę, że te kilkanaście powyżej napisanych linijek to nie jest pseudonaukowa bzdura, i dodam jeszcze na dokładkę, że antynomiczność wielkości w przestrzeni małych i dużych całkowicie usprawiedliwia (dotychczasową tylko?) niemożność uzgodnienia praw fizyki obowiązujących tu i ówdzie. Wśród wielkości małych nieobecne są czas i grawitacja (fundamentów nic więc  nie zmusza do opierania się starzeniu i ponoszeniu ciężarów), ale nie ma wolności. Wśród wielkości dużych jest wolność, ale obowiązuje czas (manifestujący się zmianami – takimi jak starzenie i śmierć, wszelako też takimi jak powstawanie i rozwój) i oddziaływa grawitacja (sprzyjająca w wolnym świecie porządkowi). Jednak widać, że do korzystania z wolności, w jej przynoszącym zmiany jakościowe sensie, zdolni jesteśmy tylko my, ludzie. No i tak niby sobie myślę w tym łóżeczku, gdzie korzystam oczywiście z wolności myślenia, tym niemniej moje członki boleśnie są unieruchomione.

Zjawia się pielęgniarka z lekami.

            – Czym to znowu będę szprycowany? – zapytuję ją, żywiąc – oby nie płochą! – nadzieję, że będą to jedynie witaminy. Słyszałem, że lekarstwa stosowane w psychiatrii to paskudztwo uzależniające gorzej niż alkohol. Że hamują też czynności życiowe, o to jestem spokojny od dawna. Niegdyś brałem coś doraźnie na bezsenność; gdybym w tym krótkim okresie próbował spłodzić potomka (czy potomkinię), to prędko nabrałbym niedobrych podejrzeń co do własnej męskości.

            – Chlorprotixenem, niczym więcej – oznajmia pielęgniarka. – Jest to środek antypsychotyczny o minimalnych efektach ubocznych. Jakby ci po tym chodziła szczęka, to zrobimy iniekcję z parkopanu. Nic się nie bój, psychiatrion w Adreys słynie z dobrych diagnoz. To pewne, że są choroby, na które nie wynaleziono jeszcze lekarstwa. Ale twój przypadek jest typowy. Owładnęła tobą psychoza chorobliwej niezgody na pogodzenie się z faktami. Gdyby było z tobą zupełnie dobrze, nie zareagowałbyś tak ostro na nazwanie cię schizofrenikiem. Ludzie normalni są tolerancyjni. A zresztą, kto to widział, żeby szpital psychiatryczny pomylić z hotelem! Bywałeś tu i ówdzie, prawda? A tu taki błąd. Niestety człowiek, który niczego się nie uczy, musi dostać po łapach. No, łykaj pastylki!

            – Proszę o zwolnienie z więzów. Przecież widzicie, że jestem spokojny.

            – Naprzód  pastylki, a potem będziemy rozmawiać – nie ustępuje pielęgniarka. Wiedziony wizją oswobodzenia członków, łykam te 3 pastylki, popijam wodą z przybliżonego mi do ust kieliszka. Dziewczyna uśmiecha się, zadowolona, że ustąpiłem. Ten uśmiech, by sięgnąć wyjątkowo do stereotypowego zwrotu, nie wróży nic dobrego.

            – Nie znamy ciebie, więc nie wiemy, do czego jesteś zdolny. Przeleżysz tak do rana. A wtedy zobaczymy. Musisz zrozumieć, że nie możemy ryzykować. Tu jest miejsce dla ludzi niebezpiecznych i nieprzewidywalnych. W razie czego, to my pójdziemy siedzieć.

            Aż się zatrząsłem od przypływu złości. Jakie to szczęście siedzieć w domu i patrzeć w telewizor! Zbyt często ponosi mnie w strony dalekie od życia życiem innych!

            – Kazałaś krzyczeć, jakbym czegoś potrzebował. Dlatego, że nikt nie przyszedł, kiedy krzyczałem, zsikałem się w łóżko. A co będzie, kiedy, nie mogąc się doczekać na wasze przybycie, załatwię się w łóżku na twardo? Strach pomyśleć!

            – Módl się o to, żebyś takie tylko strachy musiał na tym oddziale przeżywać – oświadcza pielęgniarka, z groźbą tak w słowach, jak w ich tonie, po czym znika za drzwiami.