marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Sierpień 8th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 14

            Na razie żaden z domniemanych chorych nie wykazuje mną zainteresowania. Leżę w sali ośmiołóżkowej, gdzie chwilowo, poza moim, zajęte są 3 łóżka. Użytkownicy pozostałych krążą pewnikiem po korytarzu lub oglądają telewizję; wątpię, czy wiele jest tu tych miejsc do spania, których aktualnie nie zajmuje nikt i które oczekują tylko na przyjście lub dowiezienie kogoś z zewnątrz. Leżę więc tak, wystrzegając się ruchu, który mógłby boleśnie zacieśnić więzy na mym ciele, i wkrótce robi mi się niewygodnie. Przeznaczeniem zbioru bytów biologicznych (wyłączywszy rośliny i grzyby) jest poruszać się; bezruch stanowi naśladowanie bytów nieożywionych, przeciw czemu nasza biologiczna natura musi się buntować. Świadome wyrzekanie się spełniania przeznaczeń, jakie (tu nie wchodzę, przez kogo czy przez co) są przypisane naszej konstrukcji, niweczy sens naszej obecności w układzie naszego otoczenia, naszych odniesień. Wprawdzie nadal mogę myśleć, jednak myślenie pozbawione szansy uzewnętrznionych zastosowań – jałowieje. W związku z tym mogę się spodziewać, że intelektualnie będę słabł, przez co, mający swój ambicjonalny interes w pognębieniu mnie, psychiatra z Izby Przyjęć łatwiej dopnie swego, a ja w tym więzieniu dla przestępców, którzy łamią prawo i czynią wykroczenia przeciw obowiązującym normom na sposób nieumotywowany, „zadomowię się” na dłużej. Że jest mi wszystko jedno, co się ze mną stanie, przecież tego nie mogę powiedzieć. Nadal życie w człowieczym kształcie i funkcjach, wśród wolnych ludzi, z myślą, że stanowimy wspólnie Kosmiczną Świadomość, której zadania wybiegają daleko poza przyziemności partykularnego interesu samego ludzkiego rodzaju – nadal to wszystko mi nie obrzydło i nadal chcę w tym znajdywać treść moich przysłowiowych dni, zamiast gnić wśród zniewolonych dewiantów, dręcząc się typowymi dla nich przekleństwami, co nieuchronnie mnie czeka, jeśli wpiszę się na dłużej w wymuszające takie „zainteresowania” środowisko.

            Nagle dobiega mnie odgłos jakiegoś rumoru od strony korytarza. Widzę też, że trzech, leżących dotąd na łóżkach domowników mojej sali, powstaje jednocześnie ze swych posłań, zmierzając ku drzwiom.

            – Co się dzieje? – rzucam do najbliższego z nich.

            – Nic – odrzecze. – Kolacja przyjechała do złaknionych wieczornego posiłku.

            Uzmysławiam sobie, że i ja jestem głodny, co stanowi chyba dość szczęśliwy dla mnie zbieg okoliczności. Mam nadzieję, że na sposobność zjedzenia tej kolacji będę rozwiązany, bo przecież przy wpisie nie płaciłem za to, by mnie tutaj głodzono. Prędko jednak moje nadzieje ulegają rozwianiu. Znękane przymusowym bezruchem członki pacjenta o nazwisku Flakonon Plux nie zaznają na razie rozprostowania i przegimnastykowania, ponieważ, zamiast zjeść tę swoją porcję chleba z masłem jak człowiek przy stole, w sali stołówkowej, będzie on karmiony swoim przydziałem kulinariów w łóżku! A to przez czarnoskórą pielęgniarkę, która  wchodzi oto do jego sypialni z tacką, obstawioną kolacyjnymi wiktuałami!

         Co do tej czarnoskórości, to od tej chwili nie będę jej może zaznaczał, ponieważ w Tutabonie jest ona zbyt powszechna; zaznacza się w końcu to, co może uchodzić za wyjątek. Pielęgniarka, ubrana w typowy dla tej grupy zawodowej fartuch i w przepisowym czepku na głowie (to ostatnie zapewne, by żaden włos jej bujnej czupryny nie oderwał się od niej i nie wpadł mi do herbaty), przysiada się do mnie na skraju łóżka, mówiąc:

            – No, jemy. Tylko mi proszę nie grymasić, bo jeśli tak, to nakarmimy na sposób dożylny! No, otworzyć buziunię.

            Kruchość żył, tak samo jak w ogóle słabość zdrowia nie jest to rzecz, jaką należy się chwalić, tym niemniej przecież wiadomo, że kto nie ma w głowie, to ma w nogach, więc prawdopodobnie cechujący mnie lęk przed kłuciem mych cielesnych tunelików, którymi płynie krew, świadczy pośrednio o mej  – doskonałej do chwalenia – potędze intelektu. Co jest ważniejsze: być silnym fizycznie, czy – silnym intelektualnie? To zależy w jakiej dziedzinie, pewnie. Jednak tym, co promuje jednostkę podczas dokonywania się naturalnego doboru nie jest ani krzepa mięśni, ani moc mózgu, tylko uroda. Wyjąwszy bowiem te sytuacje, w które wprowadza nas nauczyciel, pracodawca, polityk, dziennikarz, naukowiec czy reżyser, nasza znajomość społeczeństwa – tego spoza kręgu rodziny – zaczyna się i kończy na ocenie prezencji tego społeczeństwa składowych, a więc ludzkich jednostek. Czy to więc dziwne, że o tę prezencję tak dbają kobiety? No, ale wróćmy do rzeczy. Nie zamierzałem grymasić, a groźba pokłucia mych żył od grymaszenia oddaliła mnie jeszcze bardziej. Tak więc jadłem i jem ten posmarowany smalcem chleb tak wręcz ochotnie jak żarłok. Żarłokiem nie jestem, wskazuje na to chociażby wątłość mej sylwetki, która z biegiem lat pogłębiła się jeszcze, ale miarą żarłoczności bardziej jest (wielka) ilość pożeranego materiału niż łapczywość, z jaką się (mało) żre tylko o tyle, o ile tak się uzna i w to się wierzy, a ja wiarę we własną uznaniowość pomału tracę. Okoliczności niewidocznego dla czytelnika drugiego piętra moich przeżyć to bowiem, po pierwsze, nieprzespana noc, a po drugie znak od losu, że, bez zaryzykowania okropieństwa utraty własnego istnienia, a przedtem – być może – tortur, nie istnieje najprawdopodobniej wolność. Na uruchomienie w sobie szału umiałem się w życiu zdobyć i rzadko, i jedynie na krótko. I to nawet stoi pod znakiem zapytania, czy  te incydentalne porywy udawało mi się uzyskiwać dzięki świadomym aktom woli, czy też po prostu zaistniewały na skutek mojego niezaszczytnego ulegania prowokacjom innych. Pamiętając o, często opłakanych, konsekwencjach takich „wyskoków”, wolałem więcej się nie narażać, co siłą rzeczy wyhamowywało moją ambicję i robiło ze mnie meduzę, która za swoją barwę ochronną ma tylko wodnistą przejrzystość, nawet nie akwarelową szarość zająca. Ukułem samooszukańczą fraszkę, że niby „jedynie durnie / błądzą powtórnie”, i zamiast, ryzykując własne zniszczenie z ręki nieprzyjaciela,  j e g o   usiłować zniszczyć, niszczyłem sam siebie własnymi rękoma. Natura ciągnie wilka, którym jednak musiałem chyba, jako potomek Kaina, najbliższego mi pokoleniowo szlachcica w rodzie, być, więc przygotowywałem się do walki, lecz w ostatniej zawsze chwili, jak ten Syzyf, wycofywałem się i zabawa wtaczania kamienia dumy na szczyt ostatecznej jej weryfikacji zaczynała się (cóż, że to masłomaślanizm!) od przysłowiowego początku. Teraz karmi mnie pielęgniarka w psychiatrycznym szpitalu, a ja leżę związany do łóżka, choć wcale sobie na to nie zasłużyłem żadnym niebezpiecznym, na jakie stać tylko wolnych, zagraniem. Co prawda, drogi do celu może są dwie, lecz jak miałbym mierzyć weń przez lunetę zafajdanego męczeństwa! O, i droga po linii najmniejszego oporu bywa, zresztą nawet długimi okresami, zgoła nielekka! Paradoksalnie taka właśnie droga wymaga najusilniejszych przezwyciężań! Trudno, przyjdzie mi czekać na kolejne okazje i natchnienia do wykazania się szaleństwem ofensywnym.

            Sunięcia sań po śniegach niegdysiejszych, dzisiaj – kto wie, czy nie z mojej winy – wykreślonych z krajobrazu. Donkiszoterskie walki z wiatrakami, jako znamieniem przyśpieszającego koniec (pewnie i tak nieuchronny) postępu, teraz zdają się być jednak zjawiskiem prawdziwie bohaterskim. Politycy, siłami swoich hierarchicznych struktur, siłą swojej wymowy i charyzmy – zapewniają dzisiaj bezpieczeństwo, jedzącym te same co świnie, parowane w kotle ziemniaki, niewolnikom. Kanibale głodują. Zabroniono im wojować i zjadać zabitych na polu chwały ludzi, przez co w dołach cmentarnych robaki zjadają tych ostatnich. Co jest lepsze? Po śmierci być pokarmem człowieka, czy robaka? Zdejmuję czapkę przed bohaterami wojowniczości i nawijam dalej (wykrętnie, czy z mistyczną wiarą?), że moją perspektywą jest fizyczna ludzka nieśmiertelność.

            Jem chleb ze smalcem, popijam z podetkanego mi pod nos kubka, osłodzoną cukrem z cukrowej trzciny, herbatą. Wreszcie, co było, skonsumowałem. Pielęgniarka wstaje z tacką, na której to stoi opróżniony kubek i pusty talerzyk po kanapkach.

            – Leki przyniosę o ósmej. Jakbyś co chciał, krzycz.

            Nie wiem, czy takie teksty podpadają pod miano powieści sensacyjnej. Ale jej machina dopiero się rozkręca. Napisałem tak lekko, że zjadłem kolację i koniec. Wszelako przy obfitej, by rzec oględnie, niekompletności mych zębów, zjedzenie zwykłego chleba to rzecz naprawdę wymagająca pewnego samozaparcia. Napomykać o gryzieniu głównie dziąsłami zakrawa na nieprzyzwoitość; jest podobne do chwalenia się tym, że kocha nas ktokolwiek, a więc damę – druga dama, młodziana – drugi młodzian. Tchórz powie: w każdym razie nie jestem homoseksualistą. Homoseksualista powie: w każdym razie nie jestem tchórzem. Praktycznie biorąc, tchórzostwo jest identycznie przyrodzone niektórym ludziom jak innym homoseksualizm. Ale ja urodziłem się przecież z zębami, a raczej, przez pewien okres czasu, w szczękach zębów miałem 32. Mogłem niby o nie dbać: stosować bardziej sprzyjającą im dietę, szorować je, powstające ubytki plombować u dentysty. Ale nie dbałem. Bałem się bólu dentystycznych zabiegów, zaniedbywałem codzienne szorowanie zębów z powodu braku sił. Na drugim piętrze moich przeżyć mam siostrę, osobę wygenerowaną więc chyba na podobnym materiale genetycznym co ja, młodszą ode mnie tylko o dwa i pół roku, która odnotowuje do dzisiaj dobry poziom uzębienia. Ona jednak od lat dziecinnych preferuje pokarm oparty na mięsie, podczas gdy mi w tymże charakterze bardziej podpadają rośliny. Otóż twierdzę, że na stan zębów jedzenie mięsa wpływa dodatnio, natomiast pokarm roślinny zęby prędko psuje. Bo spójrzmy też, jak z tym jest u koni i u lwów. Ja niestety, o ile wśród mych czytelników znajdą się tacy, co mnie, jako autora jednej z ich lektur, trochę lubią, wpadłem na to zbyt późno. Mięsożercy są w przyrodzie uprzywilejowani. Niezbędny pozyskiwaniu mięsa mord to bowiem czynność wyższa w porównaniu z samym skubaniem trawy. To, co wyższe i szlachetniejsze, wymagające więcej zdobywczego myślenia, jest na szczęście promowane nie tylko przez lubiących mieć w swoim polu widzenia rzeczy wyjątkowe, nie zaś pospolite, krytyków literatury i sztuki, wynalazczości. Apostołów sprawiedliwości i porządku. Twórców rozwiązań długofalowych a zmyślnych promuje też duch samej przyrody, to, co stanowi wypadkową całości przyrodowych poszukiwań, oczekiwań i samoocen. Przyroda idzie trybem mechanicznym, powielając dany jej i ją też w ogóle ustanawiający schemat, ale ma też swoją niepokorną i nie chcącą ze schematem się pogodzić awangardę, której działania, z jednej strony samobójcze, a z drugiej – nowatorskie, wprowadzają w byt zamęt, z którego klaruje się, tyleż samoczynnie, co koncepcyjnie, nowy ład. Teoria służby jako ideału, któremu wszystko trzeba podporządkowywać, zakłada, że zawsze trzeba służyć czemuś lub komuś, co ważniejsze od nas. Ważniejszy zaś to ten, kto we wspólnym świecie produkuje dobra trudniejsze do uzyskania; pewnie, że dla jednego trudniejsze jest to, dla drugiego – tamto. O kiepską równość dla wszystkich walczą słabsi, o doskonałość dla wybranych zabiegają najlepsi. Proponując swój twór co poniektórym z czytających, mam świadomość, że w jakimś stopniu na nich wpłynę, że, w tym czy owym, upodobnię ich do siebie. Czy zrobię to w imię kiepskiej równości, czy – w budzącej nienawiść słabszych, doskonałości? Cóż, doskonałość w jednym okupiamy słabością w drugim. Kto wyżej wzleci, temu boleśniej będzie w końcu upadać. Byt istnieje dzięki różnicom, równość to bezstan, istnienie sprowadzone do zera. Optuję za doskonałością!

            Tak więc leżę w tym związaniu, moją czynność ograniczyłem z konieczności do cichego rozmyśliwania. No i to, że cokolwiek widzę, to jest pewna, a to mianowicie obserwatorska, aktywność. Słyszę też, wącham. Czuję ból odrętwiałych, a drętwiejących nadal wciąż silniej i silniej, członków. Na moje myślne artykułowanie oczywiście nie ma reakcji, przez co ono jałowieje, staje się niesłyszalne. W ten sposób tracę świadomość, przemieniam się w czujący tylko totalny ból a bezmyślny kloc mięsa. Żeby od tej degradacji uciec, zaczynam mówić do siebie.