marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Sierpień 6th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 13

      – Idziemy – mówi do mnie ten barczysty młodzieniec o minie boksera wagi ciężkiej. Słowo boya wydaje mi się komunikatem zbyt obcesowym jak na zasadniczą służebność jego funkcji względem gościa, którego pieniądze idą przecież też na jego pensję, wszelako nie mówię na razie nic, tylko postępuję za nim jak za przewodnikiem. Spacer nie trwa długo. Przeszliśmy sień i teraz wchodzimy w drzwi, nad którymi widnieje jakiś podświetlony napis. IZBA PRZYJĘĆ. Coś się pokręciło tym Afrykanom w naśladowaniu europejskich wzorów. Co prawda, Europa też nie jest kontynentem jednorodnym. Europejskie państwo Pyria, podobnie jak cały szereg innych integralnie administrowanych obszarów tego związku różnych państwowości, do dzisiaj pozostawałoby pewnie w epoce zbieractwa i myślistwa, gdyby nie naśladownictwo przez pozostałe dwóch albo trzech przodujących krajów regionu. Więc nie bądźmy dumni z tego, czegośmy sami nie wypracowali, bo to żenująca uzurpacja. Ale nie teoretyzujmy. Obecnie dostąpiliśmy zgoła praktycznego kłopotu. Wiele wskazuje niestety na to, że, zamiast znaleźć się w luksusowym hotelu, zbłądziłem pod dach jakiegoś prywatnego szpitala. Czarnoskóry lekarz w przepisowym kitlu wita mnie zza swego biurka przepytywanką z zakresu moich danych osobowych. Podaję mu bez zmyślania moje imię i nazwisko, wiek, miejsce zamieszkania, przynależność państwową, posiadane wykształcenie, pełniony zawód, przebyte choroby. Jestem oszołomiony spostrzeżeniem mojej pomyłki do tego stopnia, że na razie nie protestuję ani słowem przeciwko robieniu ze mnie osoby chorej; coś mi świta pod czaszką, że trzeba się strzec, ponieważ kto mi zaręczy, czy nie dostałem się raptem do szpitala dla trędowatych. Lekarz kończy wpis moich danych do karty chorego, jaką mi założył.

- Co za kłopoty sprawiły, że musiał pan do nas się zgłosić? – rzuca.

        – Żadne kłopoty – odpowiadam, starając się nadać swoim słowom naturalne brzmienie. – Jestem w Adreys pierwszy dzień, po męczącej podróży samolotem. Wziąłem wasz szpital za hotel, w jakim chciałem się zakwaterować.

- I pan dopiero teraz to mówi!? Gdy wypełniłem już kartę wpisu!? – ponosi doktorka.

- Panie doktorze, niech pan słów tego człowieka nie bierze serio. Przecież od pierwszego spojrzenia widać, że mamy do czynienia ze schizofrenikiem.

Tę niepochlebną opinię o moim wyglądzie wypowiedział ów muskularny pielęgniarz, którego w swej naiwności miałem dotąd za hotelowego boya. Nie wytrzymuję.

        – Milczeć, ciemna maso!! – wydobywam z siebie okrzyk tak gwałtowny i głośny, że sam się dziwię, jak moje wątłe gardło mogło go wyprodukować. Nieraz bez odpowiedzi w swym życiu pozostawiałem impertynencje, które skierowano do mnie. Niemniej teraz uderzono mnie w miejsce szczególnie wrażliwe. Zadziałał automatyzm. Jak w przysłowiu „uderz w stół, a nożyce się odezwą”.  Było w tym tyle mojej świadomej decyzji, ile filozofii jest w bezwarunkowym odruchu.

          – Co jeszcze, poza tym, że jesteśmy ciemni, ma pan do zarzucenia naszej rasie? – wypowiada ciężko doktorek.

   - Nie pochodzę z Tutabonu, ale pod każdą szerokością geograficzną określenie „schizofrenik” ma wydźwięk pejoratywny. Jeśli zaś kogoś się obraża, to jest tak, jakby chciało się go mentalnie zabić. Czy to jest dziwne, że osoba zagrożona próbuje zachować całość swojej mentalnej konstrukcji? Swego życia bronią nawet robaki!

- Pan zaatakował, sięgając do środków rasistowskich.

- Prawda, sposobem obrony może być i ucieczka. Ale jak kogoś się obraża, niech i obrażający wie, co to za przyjemność być znieważanym.

       - Zbadamy to, czy pan istotnie nie jest schizofrenikiem, od tego mamy specjalny oddział – mówi doktorek ze złośliwym błyskiem w oczach. – Szczególnie ciężki! Ngado Kompendo, proszę brać naszego delikwenta do kąpieli.

            Nie ma czasu, by pisnąć choćby słówko. Pielęgniarz Kompendo bierze mnie za kark i niemal przenosi do sąsiedniego pomieszczenia, gdzie na lśniącej tafli ułożonej z kafelków posadzki stoi ogromna wanna. Bohaterowie wolą, aby ich zabić fizycznie niż narazić na szwank niezłomność ichniego ducha. O ile ja miewałem przebłyski takiej postawy, to było to dawno. Zresztą tutaj traktuję rzecz inaczej. Respekt, jaki żywię wobec dzikiego zwierzęcia, nie stanowi ujmy dla mojego ludzkiego honoru. Cenię swoje życie i całość swoich kości. Że zbyt wysoko, tego jednak nie powiedziałbym. Chcąc mieć udział w tego świata historii, muszę startować i bić się o mistrzostwo w którejś z jej dyscyplin. Nie jest dyscypliną, w której startuję, stawianie się osiłkom i zabijakom. Swoją ofensywność prezentuję w sztuce wyrazu, w bojach światopoglądowych, w tropieniu tajemnic, jakie na drodze filozofa stawia kreacja. Tak więc bez oporu teraz kładę na stołku trzymane dotąd na przedramieniu jesionkę i surdut. Zrzucam z grzbietu koszulę, z dołu mojej cielesności – fałdziaste spodniaki, majtki i traperskie buciory o długiej cholewie. Nie będę się kąpał w skarpetkach, więc ściągam ze stóp i te. Że nie kąpię się często, przesądza o tym ogólna cielesna cechująca mnie słabość. Teraz do kąpieli jestem zmuszony; wolę ją odbyć, zachowując ciało niezaznaczone siniakami. Przekraczam burtę wanny i zasiadam w niej, uruchamiam prysznic na wężu. Chcąc nie chcąc, napotykam na drodze swego spojrzenia szyderczy wzrok obserwującego mnie Kompendo. Odnoszę przy tym wrażenie, że przymusowa kąpiel, jakiej jestem poddany, ma służyć bynajmniej nie oczyszczeniu mojej cielesnej powłoki, tylko złamaniu mego ducha. Rozumiem, że szpital psychiatryczny (bo i do takiego najwyraźniej los mnie zaprowadził) to jest miejsce, gdzie z nadmiernego optymizmu, który częstokroć przechodzi gwałtownie w równie niebezpieczny nadmierny pesymizm, leczy się osobników nawykłych „podskakiwać”, a na oddziałach muszą panować ludzkie warunki, więc niech pacjent się boi, to będzie „spokojniejszy” i łatwiej z nim się dogadamy. Nie jestem doprawdy za likwidacją psychiatrionów, bo i ratuje się tu życie niedoszłych samobójców, i przywraca się równowagę takim, co, nie potrafiąc znieść potwornych psychicznych przesileń, bez interwencji psychiatry posunęliby się do desperackiego kroku w postaci zabójstwa. Psychici (jest to moje, może nazbyt eleganckie, niemniej trafiające chyba w sedno określenie osób cierpiących na skutek sytuacyjnych, rzadziej organicznych, wykrzywień psychiki) najczęściej nie są jednak aż tak groźni – ani dla siebie, ani dla innych. Trudno im się zmieścić w normach harmonijnego społecznego współżycia i osobniczej zgody z samym sobą. W większym stopniu niż ludzie tak zwani normalni pozwalają sobie na wyswabadzanie się z gorsetu konwencji – obowiązującej w tym czy innym środowisku. Czują wtedy i myślą tak, jak człowiek normalny, który się upił. Biorą bajki za rzeczywistość, stając się fanatykami jakiejś sprawy, jakiejś, często bzdurnej, zasady. Ale czy tąże drogą nie postępuje ślepa przecież, bo jakżeby inaczej, biologiczna ewolucja? Psychityzm (ładne słowo, prawda?) nie jest to więc czyste nieszczęście.

         Ale dlaczego, zamiast do skutku apelować o wyjaśnienie nieporozumienia, daję sobie wmusić pozycję człowieka, którego potrzebą stało się leczenie w psychiatrycznym szpitalu? Otóż wydaje mi się, że robię to, co robić mogę. Pielęgniarz, a raczej sanitariusz Kompendo nie jest władny tu decydować o moim ewentualnym zwolnieniu; robi to, co mu każe zwierzchność. Gdybym zaczął się teraz awanturować, pogrzebałbym swoje szanse ostatecznie. Jakieś nadzieje pozostaje mi widzieć jedynie w spokojnej argumentacji skierowanej do konsylium, skoro lekarza, który będzie zapewne moim prowadzącym, niefartownie do siebie zraziłem.

            Jestem wykąpany. Wycieram się ręcznikiem, zaraz Kompendo wręczy mi pidżamę.

         Wpatrywania się zamglonymi chorobliwie oczyma w, pogarszające tu jeszcze sprawę, jaskrawe światło, bijące z ekranu laptopu. Na wpół świadome nadzieje poczynienia odkryć w dziedzinach miliardy razy przez myśl ludzką przeczesywanych; że nie całkiem bez skutku, te nadzieje w odkrywcach prolongujących. Wynędzniały od wyniszczających błądzeń protoplasta przyszłych sukcesowców, ludzi osiągających cele trudne dziś nawet do pomyślenia, zbiera śmietankę ze stojącego w garncach od wieków mleka. Mleko to skwaśniało dawno, dziś jest tragicznie gorzkie, a jednak rzeczony nędzarz z wypowiadanym tu i ówdzie zdaniem o daremności jego trudów jeszcze się nie pogodził.

            Głupio przed sobą samym się przyznać, że to, do czego ktoś nas zmusił, dobrze nam zrobiło. Wielekroć wytrącany z przysłowiowego pantałyku, nie jestem i teraz pewny trafności własnych domniemań; oczekuję, że dopiero od tej chwili zacznie się godzina prawdy, bo wszystko, czego doświadczałem dotąd, było rzekomo tylko nie dającym orientacji chaosem. I chaos można ponoć rozpracować matematycznie, tego możności jestem skłonny jedynie przyklasnąć. Prawdziwa wiedza jest bowiem zawsze radosna. Choćby wchodząc w nią, poszukiwało się zguby. Przez totalną negację do absolutu afirmacji – tą drogą i ja na chudziuteńkich nogach wytrwale kroczę, nauczony już w dzieciństwie przez teoretyków amerykańskiego kina, że wśród najgorszych okropieństw właśnie rodzi się ontologiczna konieczność szczęśliwego zakończenia. Tak więc, czysty cieleśnie i w świeżej pidżamie, czuję się niestety jak nowo narodzony. Kompendo moje ubranie oraz foliową torbę z pieniędzmi bierze i wrzuca do jakiegoś wora. Także buty tam wrzucił. Po oddziale będę chodził w kopciuszkach.

            – Nie bój się – mówi. – To wszystko przy wypisie będzie ci zwrócone. Naprzód!

       Powiedziałem już, co chcę robić. Najlepiej traktować grzecznie ludzi, którzy nie mają nic do powiedzenia. Wychodzimy z Izby Przyjęć, następuje spacer długim korytarzem, przejście w krótszy korytarz poprzeczny. Drzwi, przed którymi stajemy, nie są tekturowe; ten oddział to miejsce zapewne dla przypadków najostrzejszych. Nie ukrywam, że teraz to już trochę jeży mi się włos. Dla niepoznaki pokasłuję. Kompendo wciska guzik dzwonka.

           - W tej twojej zakichanej Europie – do mego pokasływania nawiązuje sanitariusz – nie znalazłbyś podobnych atrakcji. Tu poznasz prawdziwy Tutabon.

            Czekamy jakąś chwilę. Zgrzyt klucza w zamku, który przywodzi mi na myśl odgłos odrąbywania skazańcowi głowy przez kata, oddala ode mnie resztki animuszu. Wchodzę na oddział z pochyloną czaszką, spode łba taksując tylko spojrzeniem to marne otoczenie, które głupia pomyłka zmusiła mnie znosić do najbliższego konsylium, a więc jeszcze pewnie przez kilkanaście godzin. Oddział wygląda w ten sposób, że jest korytarz, kędy chwiejnym krokiem wędrują w tę i nazad podejrzani osobnicy w pidżamach, a w tym korytarzu co parę metrów widnieją drzwi – pewnie tak do sypialń jak do gabinetów lekarzy, pielęgniarek i psychologów.

            Są też dwie wyrwy w lewej ścianie korytarza, częściowo odgrodzone odeń odpowiednio ustawionymi ławami, w których mieści się stołówka i sala telewizyjna. Za normalnymi drzwiami w końcu tego, pożal się Boże, deptaka, umiejscowiono toalety, umywalnie, łazienkę oraz palarnię. Ciemnoskóra pielęgniarka prowadzi mnie do jedynego pomieszczenia, które tutaj jest oszklone. To gabinet zabiegowy. Oszklony, czy przeszklony, pewnie po to, żeby w  razie czego zareagować, widząc, co na korytarzu się dzieje. Teraz w zabiegowym siedzi ten sam lekarz, którego poznałem na Izbie Przyjęć. Uznałem już, że nie ma co z nim rozmawiać, więc w milczeniu czekam, co zadysponuje. Sytuacja jest niewesoła, znalazłem się bowiem wśród bandytów bynajmniej nie dobrodusznych, jak to miało miejsce chociażby na znanej czytelnikom poprzednich tomów moich przygód wyspie Khonod, gdzie przygotowywał się do akcyj, planowanych wszak właśnie przeze mnie, gang Kryho Sargona. Tutejsi bandyci znajdują się pod nadzorem bystrych zapewne pielęgniarek i rekrutujących się z rezerw zawodowego pięściarstwa sanitariuszy, takich jak Kompendo. Jak ten stosunkowo nieliczny personel szpitala radzi sobie z zawodowymi opryszkami, może wydawać się zagadką. Gdyby jednak nie umiał nad nimi zapanować, musiano by zaangażować więcej pilnowaczy, a tak nie jest. Sanitariusze wśród psychopatycznych pacjentów i tego oddziału psychiatrionu budzą najwyraźniej wystarczający respekt, co i dla mnie może winno brzmieć uspokajająco. Ale sam Kompendo ostrzegał mnie przed tymi ludźmi, więc jak tu naprawdę jest, o tym dopiero się przekonamy. Tymczasem lekarz tłumaczy pielęgniarkom, których jest tu 3, co mają zrobić ze mną. Otóż zaaplikują mi domięśniowo zastrzyk z haloperidolu i profilaktycznie na 5 godzin zwiążą do łóżka. Poddaję się temu niby z filozoficznym spokojem, choć wyobrażam sobie, czym grozi redukujący temperament specyfik psychotropowy organizmowi człowieka, który i bez niego ma siłę ledwo na elementarne rodzaje poruszeń. W Schizogrodzie ostatnio zdobyłem się, co prawda, na wymagające wysiłkowo sforsowanie bramy. Ale to zdarzyło się raz. Reguła, jak wiadomo, nie obywa się bez wyjątków. Trudno jednak zakładać, że bieg wydarzeń wesprze się na samych wyjątkach. Po drugie: związanie do łóżka. Ta sprawa może okazać się mniej szkodliwa; więzy będą na przegubach rąk i kostkach nóg; żeby w tych miejscach ciało mi boleśnie nie puchło, wystarczy, że pozostanę w cierpliwym bezruchu. To się okaże, czy na zachowanie takiego będzie mnie stać. Przewiduję jednak zdrętwienie, obrzęki. No i tak. Jedna z pielęgniarek wstrzyknęła mi już w pośladek ten rzekomo czy nie rzekomo ozdrowieńczy środek, teraz wszystkie 3 i Kompendo wiążą mnie do łóżka. Żywo rozmawiają, dokonując na mnie tego aktu zniewolenia; mam wrażenie, że zostało im wpojone, żeby, wiążąc pacjenta, starali się zaszczepić w nim tę nadzieję wolności, łączącej się z ożywieniem i zainteresowaniem, czego próżno szukać tam, gdzie odbywa się karę za wykroczenie. Moje wykroczenie akurat wzięło się z pomyłki, a następnie z próby obrony własnej dumy, godności. Niestety to, że my żyjemy i nie chcemy zrezygnować z gwarantowanych nam niby przez ludzkie prawo przywilejów, korzystaniu z których przez nas i inni mogą coś zawdzięczać, kłóci się z przywilejami innych. Każdy nasz ruch jest, i musi być, występkiem przeciw temu, na co przecież w swej naiwności przystaliśmy, a co nosi nazwę równości. Świat nie jest doskonały. Każdy nasz krok ku doskonałości będzie więc uznawany za próbę wyjścia ponad naturę świata, co trudno, żeby światu się podobało, ponieważ nikt nie chce być niżej niż inni. Rozwiązywaniu takich to właśnie dylematów czuję się otóż przypisany, więc, zamiast w głos protestować, po cichu rozmyślam. Boję się tylko, czy moje milczenie nie będzie odebrane jako zgoda na los, jaki wyznaczył mi tutaboński psychiatra. Do Tutabonu zostałem wezwany, by ratować świat; jakże prędko okazało się, że sam bardziej potrzebuję ratunku niż komukolwiek mogę go udzielić!