marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Sierpień 5th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 12

            Poszukiwania formuł dla procesów znanych, lecz dotąd nienazwanych. Wpatrywania się w szyderczą biel kartki, gdy inni swoje oko w oko z problemem przenieśli w obręb, pełnej syknięć zabraniających jakiegokolwiek komentarza, sali telewizyjnej. Chorobliwie fantazyjny wystrój wewnętrznych kawiarenek w psychiatrionach, czyli psychiatrycznych szpitalach. Poszukujący nie wiedzieć czego optymista wyraża ocierające się o obłęd zdumienie, że, od czasów wynalezienia dekalogu, ludzkie podejście do spraw etyki teoretycznej i stosowanej nie zmieniło się ani o jotę. A przecież wyjście z nijakości ku śmiechowi jednych odbywa się jakże widocznym kosztem płaczu drugich! Przecież nawoływania do bezgrzeszności jakże ewidentnie sprowadzają i utwierdzają w wiernych smutnych Kościołów panującą nijakość.

            Buntuje mnie postrzegana bezmyślność upierania się przy niewielu prymitywnych schematach. Lecz wszak dostrzegam ją i w sobie. Czy bowiem na przykład nie jest karygodną jednostronnością moje stałe przypisanie strukturom oficjalnie uznawanym? Wszedłem w układ z władzami Tutabonu, które chcą ratować świat, a więc innymi słowy odwlekać jego agonię. Czy nie powinienem raczej przejąć się mocniej hasłem, że lepiej krótko płonąć niż długo dymić? I wejść w układy z wesołymi terrorystami na przykład? Przyznaję szczerze, że wobec takich pytań jestem bezradny. Niestety bowiem wygląda na to, że tęskniona przeze mnie nieśmiertelność życia (znamy też nieśmiertelność śmierci) to będzie właśnie owo trwające w nieskończoność dymienie. Pragnąłem niegdyś wszelkie dobro zespolić w jednię, która dopiero jako taka byłaby potęgą władną dyktować tak zwanemu Szatanowi warunki nie do odrzucenia. Ale to mi się nie udało. Cóż, trzeba operować teraz w przestrzeni uszczuplonej, dobrze że w ogóle mogę jeszcze się poruszać.

            No więc idę tym korytarzem do wind, mijając się w nim z elegancko ubranymi Murzynami, przeważnie tylko nieco ode mnie młodszymi. Co do wieku, to mój byłby wręcz idealny jak na ten fach, profesję reprezentanta kraju na politycznych kongresach. Ale 55 lat to może liczyć i świerk, który jako drzewo nie wypowie słowa nie tylko mogącego rację stanu danej państwowości czy narodowości jakoś uwypuklić. Drzewo nie wypowie słowa żadnego. Tak i ja nie nadaję się do polityki. Choć błędy ludzi piastujących najwyższe urzędy w państwie zdaję się dostrzegać i częstokroć, przecież też z innymi obserwatorami politycznej sceny, śmieję się, że taki to a taki człowieczek, zwycięzca wyborów prezydenckich czy partyjnych, popada w sprzeczności z samym sobą, a my, społeczeństwo, mamy mu być posłuszni. Czyżbym więc optował za anarchią? Chaosem? Nie. Instytucja władzy jest potrzebna, a to w celu pilnowania ładu i decyzyjnego reagowania na powstające od czasu do czasu nieuchronnie sytuacje nieprzewidziane. Jej obowiązkiem jest dbać o interes państwa i tegoż państwa obywateli, koordynując wysiłki ludzi i mocą swego autorytetu trzymając społeczeństwo w ryzach. Władza też musi kierować państwowe pieniądze z podatków na najbardziej potrzebne ogółowi inwestycje – dające mu pracę, bezpieczeństwo i prestiż. Nikt za nikogo nie będzie żył, tym niemniej oczekuje się od władzy, że, posługując się przynależnymi jej instrumentami, będzie stwarzać ludziom warunki do wartego zachodu życia. Władza też winna być czynnikiem godzącym, sprzeczne niekiedy, interesy poszczególnych grup społecznych; wyznaczać standardy, co jakiej grupie się należy. Co jest dobre, a co złe, o tym uczymy się w szkołach. Jednak i polityka edukacyjna winna ulegać modyfikacjom, nie jest jedna na wszystkie czasy, jak prawa sformułowane przez Newtona czy Einsteina. Ludzie się kłócą, na problemy bowiem można patrzeć pod różnymi kątami i każdy chce mieć rację.  Nadawać ton grze to przeforsowywać swoją osobowość jako wzorcową, naginać innych do siebie. Ci, dla których najmądrzejszy jest ksiądz, ponieważ osiągnął biegłość w posługiwaniu się mamidłem, powiedzą za nim, że za cierpliwe znoszenie mąk życia czeka nas odpłata w Niebie, natomiast dla niecierpliwych Bóg przygotował Piekło i Czyściec. Poddajmy się woli bożej, zaufajmy mądrości bożego planu i siedźmy cicho, bo w przeciwnym razie tylko się skompromitujemy i narazimy na wieczne potępienie. Władza boska przewyższa ludzką nieskończenie i dlatego szacunek dla tej ostatniej nie jest tym, czego szary człowiek ma powody zazdrościć. Żyjmy pogodzeni z własną znikomością, albowiem racją człowieczeństwa jest podlegać prawdziwemu Panu, który, jeszcze zanim świat stworzył, wiedział, że będą w świecie synowie wyrodni, lubiący upajać się rzekomą niezależnością Odeń. Ale władzy, jaka by nie była, należy słuchać. Musimy uczyć się pokory wobec Boga poprzez pokorę wobec tych ludzi, których Bóg wyznaczył, ażeby rządzili nami docześnie w Jego imieniu. A jeśli władza deprecjonuje Boga? Cóż, idący tutaj tekst jest i na tę okoliczność.

            Korytarz przeszedłem, teraz jazda windą, przejście sieni, zwanej z angielska hallem, gdzie grzecznościową formułką żegna mnie portier, wyjście drzwiami z siedziby departamentu. Zresztą nie wiem, czy jest to siedziba departamentu, czy cały lokal rządowy. Chociaż w zasadzie na kartach swoich prozogramów i poezjogramów czuję się bardziej „u siebie” niż w jakimkolwiek innym zakamarku planety, i tu popełniam niekiedy gafy, z czym niestety się pogodziłem, ale byłoby idiotyzmem jedną powieść od a do zet przerabiać 25 razy. W każdym razie, gdym wyszedł z wiadomego budynku, natknąłem się na budkę ze strażnikiem. Ten strażnik uśmiecha się do mnie przyjaźnie i już-już, a byłby wypowiedział formułkę przepisowego pożegnawczego pozdrowienia, ale do jego budki podchodzę teraz zbyt blisko, by nie musiał wyczuć, że na pożegnanie jeszcze za wcześnie, ponieważ mam doń jakąś kwestię prawdopodobnie. Murzyn w staroświeckim mundurze, upodobniającym go do postaci z teatralnej farsy, nie myli się, nadstawiając ucha! Tym uchem bowiem będzie mu zaraz dane coś usłyszeć! Nie będzie to niestety nic niesłychanego.

            – Panie sierżancie, proszę mi powiedzieć, gdzie znajdę w Adreys dobry hotel.

            – Aleja Kotoptu 180, nie warto brać taksówki, to dosłownie dwa kroki w tamtym – pokazuje palcem – kierunku. Życzę udanego zakwaterowania, szanowny panie Plux!

            To powiedziawszy, salutuje mi. Odpowiadam tym samym.

            Grania deszczowych kropel na mocno naciągniętej membranie namiotowego płótna. Pospolitujący się z sierżantami generał, w miarę jak tamci przechodzą w spoufaleniu samych siebie, dochodzi do niewesołego wniosku, że kultura zaczyna się dopiero od majora i wzwyż. Jest to smutne dlań, ponieważ wydawało mu się dotąd, że inteligencja wrodzona, będąca przecież domeną szarż niższych, w połączeniu z inteligencją nabytą, właściwą oficerom, da mieszankę zdolną wytworzyć dzieła niespotykane dotąd w historii. Tymczasem okazuje się, że, zamiast podążać wspólnie w stronę stawiania i rozwiązywania problemów, „inteligentni z urodzenia” prostaczkowie prześcigają się tylko w wynajdywaniu pomysłów, jak tu dokuczyć generałowi. Pewnie, wspólną pracę trzeba wpierw zorganizować, i to według jednej koncepcji, jaką zawsze popsują wnoszone przez gremium poprawki. Teoria zbiorowego intelektu tak czy inaczej upada więc i wszystko zostaje po staremu. Dostęp do prawdy, która  wyzwala, jest bowiem szeroki na tyle, że wpasować się weń może jedna osoba i nikt więcej.

            Obchodzę budynek departamentu – od podwórka po front. Przydymione okulary, że pozostanę przez moment przy ważnych drobiazgach, zdają egzamin na piątkę. Afrykańskie słońce Tutabonu nie oślepia mi już oczu, co jeszcze przed godziną odczuwałem nader boleśnie. Widzę dosyć dobrze, chociaż sto chorób nadal robi sobie pastwę z mej cielesnej powłoki, zaś powleczony nią duch, czyli umysłowość, pracuje też z oporami, popadając w trudno usuwalne otępienia i zacknienia dosłownie co rusz. Jest gorąco jak diabli. Chce się pić. To uderzenie falą gorąca po wyjściu pod gołe niebo – z dających cień i oddech klimatyzowanych murów – ma w pierwszej chwili coś przyjemnego w sobie. Ale miłe złego początki, jak wiadomo. Cóż, niedługo będziemy w hotelu, gdzie zażyjemy wszelkich wygód. Teraz tylko niepewność, czy nie pomyliłem kierunków. Tutaj samochody ciągną po jezdni  nieprzerwanym niemal sznurem, a trotuary zapełnione są przechodniami – zupełnie jak na bardziej ruchliwych arteriach Schizogrodu. Żałuję, że nie spytałem sierżanta o nazwę hotelu, który mi polecał. Bo jak bym teraz miał pytać przechodniów o takie turystyczne przytulisko, to, wnosząc z moich niezbyt ekskluzywnych szat, skierowaliby mnie raczej do hotelu taniego: bez klimatyzacji i z karaluchami, a wszak w mojej delikatnej pracy wręcz wskazane jest pewne minimum komfortu. Zobaczymy, jak to będzie. W najgorszym razie przemęczę się trochę przez te parę dni w takiej bazie mych koniecznych detektywistycznych wypadów, gdzie warunki do wyciągania wniosków z zebranych danych będą zaledwie wystarczające. Idę, pamiętając, że polecany mi hotel mieści się właśnie przy tej alei, na której jestem. Wokół jadących, a też chwilami tkwiących w nienawistnych korkach, aut jest cała masa. Przechodnie na chodnikach takoż zmuszeni są niekiedy przeciskać się w ciżbie, choć tu zasadniczo jest luźniej. Wśród nich najwięcej mamy czarnych Afrykanów i Afrykanek; mniej Arabów przyodzianych w białe, zapewne bawełniane suknie; trochę tylko osobników pochodzenia europejskiego. Gmachy, stojące po obrzeżach ciągów pieszych i jezdnych, to jakby przeszły chwilę temu nienawistne trzęsienie ziemi, to jakby go wcale nie przechodziły; trudno ustalić epicentrum niedawnego wybuchu. No i w końcu wytęskniony hotel chyba się znajduje. Nie znajduje się sam, znajduję go ja, wszelako jest tak, jakby sam się znalazł. Nie było potrzeby kluczyć, musiałem nań się natknąć, idąc prosto; wystarczało mieć otwarte oczy i pomniejszające obraz szkła na tych moich powiększających go ku rozproszeniu oczach krótkowidza. Wchodzę w sień; dwa kroki i stoję przed przysłowiowym kontuarem recepcji.

            – Chciałbym się zakwaterować – mówię do recepcjonistki, której przyodziewek, a to mianowicie biały kitel z takimi ozdóbkami powyżej piersi, wzbudza we mnie niepotrzebnie jakieś niejasne podejrzenia. Pewnie, że niepotrzebnie! Kobieta bowiem zaraz uśmiecha się do mnie sympatycznie, witając mnie łatwo zrozumiałym i w miarę delikatnym pytaniem:

            – A będzie pana na to stać?

            I w Schizogrodzie nie dowierzano nieraz zasobności mego portfela, więc zupełnie spokojnie tłumaczę, że byłbym chyba musiał postradać zmysły, pakując się do podobnej placówki bez stosownego zabezpieczenia finansowego.

            – Pobyt u nas kosztuje 30 afro za dobę. Z wyżywieniem.

            – Przystaję na te warunki – oświadczam ochotnie, pomny, że za taksówkę dziś jeszcze płaciłem tutaj 40. A hotel przecież wygląda porządnie.

            – Za pierwsze 3 dni płaci pan z góry 90 afro – oświadcza ta miła Murzynka.

Wyjmuję z foliówki potrzebne pieniądze, recepcjonistka tymczasem wykręca jakiś numer na tarczy tradycyjnego telefonu, co robi nie wiem dlaczego, ale w końcu nie muszę wszystkiego wiedzieć; jest wiele spraw, jakie bez żalu pozostawiam innym, niech każdy pilnuje swojego. Płacę i oczekuję na kluczyk do wynajętego pokoiku, jednak kobieta takiego mi na razie nie wręcza, na to miejsce prosząc, żebym chwilę poczekał. Co kraj, to obyczaj – myślę sobie, by bez zniecierpliwienia przystąpić do spełnienia jej prośby. Stoję więc przed recepcyjnym okienkiem, oglądam wykonaną według nowoczesnego projektu sień, której recepcja jest małą częścią. Pusto tu, ale dlaczego miałoby być inaczej; żeby wejść w kontakt zmysłowy z tłumem, wystarczy przecież wyjść na ulicę. Bywa różnie; gdy zbyt długo przebywamy w samotności, widok wielu ludzi skupionych na małej powierzchni wydaje się czymś najpiękniejszym. I na odwrót: gdy zbyt długo przebywaliśmy wśród ludzi, czymś najpiękniejszym wydaje się cichy, odosobniony kącik. Jest i osoba mająca zaprowadzić mnie do numeru; jak na boya ten młody mężczyzna przedstawia się może przesadnie okazale. Kto to widział, żeby hotelowy specjalista od spełniania drobnych życzeń gości ledwie mieścił się w swoim zawodowym uniformie, będąc typem rosłym jak gladiator!