marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Sierpień 4th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 11

            - Panie Flakononie! – krzyczy, biegnąc. – Jakże to dobrze, że się pan pośpieszył!

            Już do mnie podbiegł; z serdecznością człowieka, który widzi wreszcie kogoś, za kim się stęsknił, poklepuje mnie po plecach, w swoich drobnych a pulchnych dłoniach usiłuje zmiażdżyć moją średnich rozmiarów prawicę; byłby do niebios aż sięgnął, ażeby dość wyraziście okazać mi bezmiar swej serdeczności. Wylewność ministra do spraw nieprzewidzianych każe mi sądzić, że ze sprawą, dla której tu przyjechałem, niestety mocno sobie nie radzi i że w związku z tym najprawdopodobniej jest ona trudna do granic beznadziejności, czemu dopiero ja mam dać skuteczny odpór, chociaż jedyny materiał, z jakiego doktor Piao może mnie znać, to jest moje sławetne lingwistyczne zupy, wskazuje wszak jednoznacznie, iż bynajmniej nie detektywistyczna biegłość przesądza o swoistości mej kontrowersyjnej osoby, tylko wszechogarniająca pechowość.

            – Doktorze Piao – wypowiadam sztywno. – Przybywam tu do pana z intencjami jak najlepszymi, lecz też pełen uczuć zupełnie sprzecznych. Z zalet, jakie przy dużej dozie dobrej woli można wiązać ze mną, da się wyliczyć dwie: pierwsza to ta, że jakoś tam zapewne umiem zmyślać, natomiast druga, że robię to z pewnym wdziękiem. Która z tych, niepospolitych może, lecz całkiem nieprzydatnych w pracy detektywa, umiejętności kazała panu postawić na mnie jako na kartę atutową w pańskiej szalonej rozgrywce? Bo, że ona należy do szalonych, to oczywistość. Ponieważ ja do innych już zupełnie się nie nadaję.

            – Panie Flakononie, usiądźmy – mówi Piao, podstawiając mi pod tyłek archaiczny zydel, na którym siedzieć mi będzie i zbyt twardo, i nazbyt wysoko, bo co do tego ostatniego, to lubię, nawet siedząc, mieć stopy na ziemi, a tu wypada, że będę nimi teraz majtał.

            Patrzę na boki. W tym dużym, ministerialnym pomieszczeniu poza stanowiskiem szefa są jeszcze cztery biurka – dwa po lewej, dwa po prawej. Przy każdym z nich zapamiętale a bezgłośnie wystukuje coś na otwartym laptopie jedna czarnoskóra sekretarka. Piao, jak przypuszczałem, posiada skórę żółtą. Przy mojej, nieco żółtawej od papierosów, lecz w przeważającej mierze bladej jak płótno cerze twarzy – zróżnicowanie kolorystyczne w gabinecie wiadomego ministra mamy zgoła malownicze. Chińczyk wraca na swój fotel. Nie wiem, czy wypada o tym mówić, bo może to zbyt poufałe?, lecz cichaczem ściągam dłoń w trąbkę i, osłaniając nią usta, rzucam do mego gospodarza profilaktycznie:

            – Jest pan pewien dyskrecji swych współpracownic?

            – Jak swojej własnej. Są to uczennice-prymuski ostatniego roku najlepszego liceum w Adreys, gdzie za najmniejsze uchybienie grozi kara wydalenia ze szkoły bez możliwości dokończenia nauki w liceum innym. Wykształcenie to skarb, zwłaszcza w kraju, gdzie brakuje mądrych głów.

            – Rozumiem – mówię szybko, nie chcąc, by Piao rozgadał się na temat mający się nijak do mojej misji. – W takim razie proszę mnie wtajemniczać.

            – Panie Flakononie, w najgrubszych zarysach sprawa przedstawia się niby prosto. Otóż międzynarodowy terroryzm pięć dni temu w Adreys dokonał swego kolejnego, mającego przynieść tragiczne żniwo, ataku. Natychmiast po tym akcie terroru, powodowany zbawienną intuicją pracownik tutejszego instytutu klimatologii przeprowadził badanie zawartości dwutlenku węgla w powietrzu: była praktycznie zerowa. Wobec groźby unicestwienia życia w skali globu, jaką od kilkudziesięciu lat serwuje, także nam, ludziom, zawiniony nieświadomie właśnie przez nas efekt cieplarniany, tragedia dziesiątków tysięcy mieszkańców stolicy Tutabonu staje się czymś takim jak ofiara przebłagalna, której Bóg wysłuchał! Wszystko bowiem zdaje się wskazywać, że to wybuch nieznanej nam a znanej terrorystom substancji spowodował   s k r o p l e n i e    s i ę   nad Adreys ogromnej ilości dwutlenku węgla w powietrzu atmosferycznym, co pozostaje do dzisiaj dla światowej nauki oficjalnej zadaniem ponad siły! Gdyby substancję ową zlokalizować i dostarczyć odpowiednim czynnikom, moglibyśmy nadal bez obaw jeździć swoimi samochodami, latać samolotami, wytapiać stal w swoich hutach, ogrzewać w zimie swoje mieszkania, korzystać z elektryczności! W przeciwnym razie zginiemy wszyscy, a wraz z nami obróci się w perzynę cały świat ożywiony, jaki – mamy na to dowody – istnieje tylko na Ziemi! Bo na to, żeby wycofać się ze zgubnej praktyki nadużywania węgla i jego pochodnych jako paliwa, nikt niech nie liczy! Jesteśmy zbyt dosłownie bowiem niewolnikami swoich przyzwyczajeń i wolimy choćby zginąć niż od nich odejść. Wygoda, bezpieczeństwo, sytość i zaspokajana potrzeba wypełniania ciekawostkowymi projekcjami  codziennie oczyszczających się z treści wczorajszych – wolnych obszarów mózgu – oto, co zapewnia nam cywilizacja oparta na spalaniu węgla. Dawniej atrakcją, przeganiającą nudę precz, były wojny. Do dziś zresztą wydaje się nudne to wszystko, co nie ociera się o śmierć, tylko bowiem w obliczu prawdziwego niebezpieczeństwa wyzwala się w nas błogosławiona adrenalina. Stąd popularność i w dzisiejszych dokonaniach kulturalnych takich gatunków jak horror czy film detektywistyczno-kryminalny. I tak jednak jest to postęp w odchodzeniu od prymitywizmu, gdy zestawić z dzisiejszymi dawniejsze zewy mordu. Wszelako treść rozpalających zmysły niebezpieczeństw dla ogromnej większości ludzi od tysiącleci do dzisiaj pozostaje jedna i ta sama: emocjonujemy się, gdy człowieka zabija, upokarza, ośmiesza, gwałci – drugi człowiek. Tymczasem rychłe nadejście końca naszego świata, obojętnie kto by je miał spowodować, nie wywołuje emocji – może dlatego, że nie jest, tak łatwo jak koniec jednostki ludzkiej, wyobrażalne. Cóż? Ze swych potrzeb energetycznych ludzkość nie zrezygnuje. Żeby, jak to się mówi, wilk był syty i owca cała, wystarczyłoby przestawić produkcję energii z tradycyjnej na jądrową. Jednak to zdałoby egzamin tylko w przypadku perfekcyjnego przeprowadzenia takiego zabiegu, do czego w skali globalnej nie jesteśmy raczej zdolni. W tej sytuacji wynalezienie metody taniego skraplania dwutlenku węgla w wielkich obszarach atmosfery zakrawa na prawdziwy dar niebios! Cóż, gdy związany z terrorystami wynalazca sam najpewniej nie wie, jak zbawienne działanie posiada, niszczycielska wszak w zamyśle, substancja, którą otrzymał, a my nie możemy apelować do niego o dostarczenie nam tej technologii, ponieważ człowiek ten   n a    p e w n o   nie jest panem swojej woli! A nawet gdyby był, musi się obawiać tak zwanego pociągnięcia do odpowiedzialności karnej za pracę dla ludobójców!

            – Ośmielę się zauważyć, doktorze Piao – mówię nie bez ironii – , że dyskretne załatwienie tej sprawy, jakim chce pan obarczyć mnie, przyniesie Demokratycznej Republice Tutabonu kolosalne wprost profity.

           - Zarobi i pan – ton ministra staje się nagle suchy. – Powiem panu, panie Plux. Każdy detektyw czułby się zaszczycony powołaniem do misji, którą z czystej sympatii dla pańskich uroczych książeczek zdecydowałem się powierzyć panu.

            – Bez urazy, panie ministrze – połapywuję się  w sam czas, że dopuszczenie mnie do tajemnicy ministra Piao, w sytuacji gdybym coś tu marudził, może śmiertelnie mi zagrozić. – Komunikuję niniejszym, że jestem gotów przystąpić do pracy. Tylko jeszcze dla zaspokojenia mojej ciekawości proszę mi powiedzieć, jak to się stało, że w Tutabonie mówi się językiem pyryjskim. I druga sprawa. Potrzebowałbym, jeśli nie sprawiłoby to panu kłopotu, przyciemnionych szkieł o mocy minus dwie i pół dioptrii każde.

            – O! – nie wiedzieć czym uciesza się doktor Piao. – Z tym drugim będzie bodaj łatwiej niż z tym pierwszym! Mój doktorat uzyskałem bowiem na katedrze okulistyki stosowanej i teoretycznej w Schizogrodzie. Pozwoli pan, że do pana podejdę.

            – Ależ nie mam nic przeciwko temu.

            Piao zbliża się do mnie, wyjmując po drodze z napierśnej kieszeni garnituru niepozorny przyrząd mierniczy. Już podszedł.

            – Proszę zdjąć z oczu swoje stare okulary – dysponuje. Zdejmuję. – Teraz proszę patrzeć przed siebie, przez ćwierć minuty trzymając głowę nieruchomo.

            Patrzę przed siebie i trzymam głowę, jak chciał, on tymczasem mierzy rozstaw moich źrenic. Lecz czy z czegoś takiego można robić doktorat? Piao uzyskane dane zapisuje na kartce, po czym stwierdza jeszcze półgłosem i zapisuje na tejże kartce, że „głowę mam średnią”, co zapewne nie stanowi żadnej impertynencji, tylko wiadomość dla optyka, który będzie te okulary robił.

            – Panno Gwazadobziu – Piao zwraca się do jednej ze swych sekretarek. – Pójdzie panna do gabinetu optycznego na pierwszym piętrze, gdzie specjalista Hambdu zrobi na poczekaniu okulary według danych spisanych na tej karteczce.

            Wywołana przez ministra sekretarka bez słowa wstaje znad swego laptopu i, wziąwszy świstek, opuszcza gabinet. Wkładam moje, jak powiedział Piao, stare okulary, bez których widzę wszystko i niewyraźnie, i czuję się mniej pewnie, co przesądza, że, chociaż zapewne negatywnie odbijają się na moim wyglądzie, wolę je mieć na oczach niż na przykład w kieszeni. Mój gospodarz tymczasem wraca na swoje miejsce za biurkiem.

            – Co do języka Pyryjskiego w Tutabonie, to sprawa przedstawia się następująco. Otóż Tutabon od lat do jeszcze nie tak dawna był związany z Pyrią układem politycznym. W myśl tego układu dostarczaliśmy pana obecnej ojczyźnie po zaniżonych cenach taki towar jak banany, daktyle czy orzechy kokosowe, natomiast nasza młodzież bezpłatnie kształciła się na pyryjskich uczelniach. To ostatnie spowodowało, że wkrótce cały bez mała parlament tutaboński stanowili ludzie mówiący płynnie po pyryjsku. Ci ludzie niebawem przegłosowali projekt, by językiem urzędowym Tutabonu stała się właśnie pyryjszczyzna. Do norm językowych klasy rządzącej w niedługim czasie doszlusowało szkolnictwo średnie, podstawowe, a z pewnym opóźnieniem po pyryjsku mówił już cały naród. Wybór pana, Flakononie, na realizatora wiadomej misji spowodowało po części też i to, że, w przeciwieństwie do wielu pracowników biur detektywistycznych świata, mówi pan językiem, jakim i my się posługujemy. Odpada dzięki temu wiele kłopotliwych niedogodności.

            Piao powiedział to i teraz zza swoich szkieł, jakie częstokroć zmuszeni są nosić ludzie, którzy wiele w swym życiu czytali, obrzuca mnie spojrzeniem szczególnie świdrującym.

            – Mam nadzieję, że do wiadomego zadania przystąpi pan, Flakononie, z wystarczającą dozą wiary w powodzenie jego realizacji.

            – Jestem zdeterminowany tak silnie, jak tylko w istniejących warunkach na to mnie stać. Jednak siedzi we mnie jak podskórna drzazga jeszcze jedna niejasność. List, który sprowadził mnie do pana, ministrze, posiadał dwie wersje językowe. Dlaczego?

            Naturalizowany w Tutabonie Chińczyk, który zresztą, o ile kogoś to interesuje, może być ode mnie młodszy najwyżej o 10 lat, nie sprawia wrażenia osoby, którą moje proste pytanie by zamurowało. Odpowiada swobodnie:

            – Och, to drobiazg! Chciałem, by moje pismo wyglądało poważniej. Pyryjski, jakkolwiek zrozumiały i będący w użytku w kilku krajach, że wspomnę tutaj tylko znaną z pańskich artystycznych reportaży Festylię, nie jest niestety językiem w pełni międzynarodowym. Dołączyłem do mego listu wersję angielską więc trochę ze snobizmu.

             Wraca panna Gwazadobziu z moimi nowymi, przyciemnionymi już, okularami. Składa je w moje dłonie z rodzajem udemokratycznionej cokolwiek czci, należnej osobie, od której zawisa bezpieczeństwo całości, w której zawieramy się my wszyscy – zdolni sobie z tego zdać przysłowiową sprawę.

            – Dziękuję, panno Gwazadobziu – mówię, nie chcąc, aby myślano, że zbyt megalomańsko dystansuję się od pracowników wspólnej przecież sprawy, którym los, Bóg czy jakiś inny zestaw czynników przeznaczył powołanie mniej pewnie zaszczytne niż moje.

            – Traktuję moją pracę zgodnie z wymogami, jakie stawia przede mną pracodawca, szanowny panie Plux – słyszę w odpowiedzi. A więc sekretarki pilnie śledzą, o czym ja i Piao rozmawiamy. Mimo, że (niby?) pracują nad czym innym przy swoich laptopach.

            – I toby było już wszystko – tonem zamykającym oznajmia minister, powstając. – Oto kieszonkowe, z którego opłaci pan hotel, restaurację, ewentualnie konieczność przekupienia naszego wynalazcy lub któregoś ze strzegących go bojowników z terrorystycznej grupy Amina Basnadara, która przyznała się do przeprowadzenia wiadomego ataku.

            Biorę sporawą paczkę banknotów, lecz nie wiem, gdzie ją schować. Zwyczajnie pakunek tej wielkości upchałbym w kieszeń surduta, jednak Adreys ma zbyt ciepły klimat, by w surducie po nim chodzić; to zwierzchnie okrycie trzymam teraz na lewym przedramieniu, razem z jesionką. Rozmyślać godzinami o sprawach, które można załatwić w parę minut, było moim życiowym przekleństwem,  odkąd sięgam pamięcią. Wszelako trudno reformowalne nawyknienia próbowałem odwoływać takoż już od wczesnych lat dziecinnych. Więc i teraz, idąc za tym, co w mej osobowości wytworzyłem i zachowałem zgodnego z rozumem, zdobywam się na prośbę skierowaną do doktora Piao, chociaż nadal się boję, że uzna, iż jestem nazbyt marudny, i da temu wyraz.

         - Panie ministrze, prosiłbym jeszcze o foliówkę, czyli foliową torbę, na te pieniądze, ponieważ trzymać je bezpośrednio w dłoni mogłoby stanowić zbyt jednoznaczną zachętę dla pospolitych złodziei, jakich nie brakuje nigdzie na świecie, zatem pewnie dosyć ich chadza też uliczkami stolicy Tutabonu.

            Piao opada na fotel, by jednym szarpnięciem wysunąć z biurka którąś z szuflad.

            – Ma pan tutaj swoją foliówkę – podaje mi przez blat. Biorę. – A teraz do widzenia!

            – Żegnam pana, ministrze Piao. Żegnam też panny sekretarki. Niech jeszcze tylko będzie wolno mi powiedzieć, że ciężko mi się z wami rozstawać.

            – Do widzenia panu, szanowny panie Plux! – deklamują ubrane po europejsku Murzynki. Skłaniam się i wychodzę. Teraz spacerek korytarzem w stronę wind.