marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Sierpień 2nd, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 10

            - Aleja Kotoptu 175 – 34 A – wydaję dyspozycję czarnemu taksówkarzowi. Nie jest tak przystojny jak Umbaba Tabambu, ale tego należało się przecież spodziewać. Gdyby wszyscy mieli być przystojni, piękno cielesnego wystroju przestałoby być walorem. A likwidacji zróżnicowania któżby chciał? Chyba tylko zdeklarowani egalitaryści, zwolennicy równania w dół, choć też równanie w górę, miast trwania w różnicach, byłoby, jak powiedziałem, występkiem przeciw naturze – łamiącym ustalone normy. Startowanie parobka do księżniczki to próba rewolucji. Niestety zmiany o charakterze rewolucyjnym – równie prędko jak zachodzą, szusują ku własnemu upadkowi i ogólnemu uwstecznieniu. Mówię to właściwie przeciw sobie, bo też w jednej rewolucji brałem udział. Teraz wiem, że lepiej by było siedzieć cicho i gnić, jak to jest właściwe memu stanowi.

            Jedziemy, wokół przeważa architektura w stylu kolonialnym, w dużej mierze budynki są zniszczone jak po przejściu tornada. Ale nie wszystkie. Terrorystyczny wybuch podziałał zgubnie jedynie na gmachy wybudowane ze zwykłej cegły; niemal w całości zachowały się te, których budulcem był granit i bazalt. Jedno jest pewne: znajdujemy się w dzielnicy ludzi bogatych, byłych kolonistów. Slumsy nie tyle ominiemy, co nie będzie nawet potrzeby ich omijać, trudno bowiem przypuszczać, żeby dzielnica bogatych i strefa budynków rządowych, w stronę których zapewne zmierzamy, znajdowały się na dwóch rozdzielonych czymś, a więc na przykład slumsami, obszarach. Istotnie. Czarny szofer zatrzymuje swoją porządną taksówkę przed budynkiem, nad drzwiami którego jest wykuty w kamieniu napis w języku pyryjskim „Departament stanu”. To tu pracuje doktor Lin Piao. Lecz chyba, do cholery, tu nie mieszka!? Chcę płacić taksówkarzowi za kurs, ale nie wiem, ile to będzie wynosiło. Murzyn zasłania mi bowiem grubą nagą ręką nienawistny taksometr.

            – Proszę mi wybaczyć – mówię – , że chcę płacić według wskazania taksometru. Być może za to wszystko, co w swym życiu zrobiłem dla ludzkości, winienem już posiadać status milionera, niemniej takiego jeszcze nie posiadam. Choć przez krótki okres czasu posiadałem, ale to nieaktualne.

            Taksiarz ze złą miną odsłania bezduszne urządzenie. Kwota jest śmiesznie niska, więc bez oporów zaokrąglam opłatę do czterdziestu afro. Tak, tak: w Europie – euro, w Afryce – afro. Podobna modyfikacja nazewnictwa kontynentalnej waluty czeka nieuchronnie także Azję (azjo), Australię (austro) i obie Ameryki (amero), chociaż panujące tendencje można oczywiście odwrócić, więc głowy nie dam, że będzie tak, jak być niby się zanosi. I tu nie zaprzeczam samemu sobie,  mówiąc o „nieuchronności” i o „ nie dawaniu głowy”, że będzie tak, jak dyktuje tendencja. Coś rzeczywiście może czekać, lecz znamy i takie przebiegi spraw, w których ktoś danej rzeczy się nie doczekuje. Wysiadam z taksówki, przechodzę pod drzwi Departamentu. Dziwi mnie trochę, jak możono zapomnieć lub zaniedbać kwestię obstawienia wejścia do tak ważnej instytucji, stosownym tu przecież, uzbrojonym strażnikiem. Pociskam klamkę obstalowaną na tych wielkich dębowych wrotach i niespodzianka, one nie ustępują! Mamy więc wytłumacznie braku tej siły zabezpieczającej, a poniekąd też uprestiżawiającej, wysoki – było nie było – urząd. Jak w Pyrii, do wnętrza reprezentacyjnego gmachu użytkowane wejście znajduje się pewnie po stronie podwórza. Obchodzę budynek i szukane drzwi niechybnie znajduję. Tuż przy nich, w wymalowanej w pasy o barwach narodowych Tutabonu budce, siedzi czarnoskóry strażnik w staroświeckim mundurze. Podchodzę do niego.

            – Zostałem wezwany do Departamentu przez urzędującego tutaj doktora Lin Piao.

            – Pana nazwisko? – obrzuca mnie oficjalnym spojrzeniem strażnik.

          – Flakonon Plux – prostuję się z godnością, choć moje nazwisko jest mu z pewnością nieznane, bo i gdzie prostemu człeczynie do wymagającej prozy eksperymentalnej. Ale jest to automatyzm, któremu nie próbuję się opierać, to przybierane dumnej postawy w chwili, gdy jestem zmuszony przypomnieć sobie o tym, kim jestem, a raczej kim na skutek uporczywej a długotrwałej pracy się stałem. Strażnik ma w swej budce telefon, korzysta teraz z niego. Po chwili odkłada słuchawkę na widełki i wypowiada nienaganną pyryjszczyzną:

            – Szanowny panie Plux, doktor Lin Piao oczekuje na pana w swoim biurze na czwartym piętrze. Dojazd windą.

             To powiedziawszy, salutuje. Przesyłam sierżantowi uprzejme skinienie i – naprzód!

            Szlifowania jakże cennych diamentów przy użyciu sprzętu dentystycznego, wykorzystywanego przedtem do obróbki spróchniałych zębów ludzkich. Wydeptywania deptaków w kurortach obcasami i podeszwami butów przeznaczonych tylko na tę okazję. Lawirujący pomiędzy małpim kuzynostwem homo sapiens dopatruje się swego podobieństwa w zwierzętach z zupełnie innych przedziałów etnicznych.

            Otwieram bez przeszkód ciężkie drzwi wejściowe gmachu Departamentu Stanu. To jest przeszkodę tutaj stanowi może ich ciężar, ale dobre zawiasy, na jakich te drzwi są osadzone, likwidują problem równie szybko, jak powstał. Ten ciężar wziął się w mojej świadomości z samego zobaczenia grubego drewna tego pokaźnego prostokąta, nie ze zważenia go w dłoni. Wchodzę. Wszystko tu doskonale wymalowane, wyczyszczone, wyfroterowane. Na ścianach, podobnie jak w znanej nam siedzibie Umbaby Tabambu, po części malarstwo europejskie, po części sztuka typowo afrykańska, w dużej mierze szamańska. Za szklaną taflą, w jednym z kątów tej eleganckiej sieni, portiernia. Zajmujący ją czarny portier uśmiecha się do mnie doskonałymi zębami potomka kanibalów.

            – Witamy w naszych niskich progach, szanowny panie Plux!

            Widać nieoceniony Lin Piao zdążył powiadomić co poniektórych, że od moich działań zależy tak wiele; co, z tym się nie będziemy przedwcześnie zdradzali. Przecież zresztą powie nam o tym dopiero doktor Piao; nie mam obowiązku wiedzieć czegoś, co samo się okaże. Ujęty gościnnością tutabońskiego Adreys, zajmuję miejsce w tutejszej windzie z iście niewymuszonym uśmiechem. Czwórka, wciskamy. I szuuus! – do góry. Ten Piao to chyba Chińczyk, sądząc po nazwisku. Skąd o mnie słyszał i co skłoniło go do zawierzenia moim detektywistycznym umiejętnościom, i to powinno zaraz się wyjaśnić. Czwarte piętro, wysiadamy. Nie, nie będę musiał błądzić, wielki napis z kierującymi pod stosowny adres strzałkami, likwiduje tę, znaną mi z warunków festylskich, groźbę jak żaden inny. „BIURO MINISTRA DO SPRAW NIEPRZEWIDZIANYCH – DR LIN PIAO”. Szerokim a długim korytarzem, po bokach którego zamontowano drzwi innych ministerstw, pewnie zmierzam do celu. Co prawda, nie tak już ochotnie i nie z takimi nadziejami, jak w najpomyślniejszych latach mojej dawności. Ale trzeba żyć przyszłością; kto zanadto zapatrzony do tyłu, szanse, które rysują mu się teraz, pewnikiem zmarnotrawi, czemu trudno by przyklasnąć. A oklaski to wszak dla artysty rzecz podobna jak deszcz dla rośliny – po ich doznaniu rośniemy. Mijam siedziby ministerstw rolnictwa i wyżywienia, walki z analfabetyzmem, przeciwdziałania nadmiernej zabobonności. Co do tego ostatniego, to zgadzam się, owszem. Pewna doza myślenia magicznego przydaje się nawet trzeźwym racjonalistom; chwilami wręcz, a to wtedy, gdy, zgubiwszy wątek,  przedostajemy się w dziedziny osłupienia istnieniem – swoim, światowym, jakimkolwiek, wydaje się czymś nie do zastąpienia. Stworzył nas Bóg, abyśmy go chwalili – znajdujemy wyjaśnienie podpowiadane nam od tysiącleci przez znawców czarnooprawnej księgi, w której spisano natchnioną mądrość. I to zdaje się nam wystarczać, chociaż owa natchniona mądrość tak się ma do wiedzy osiąganej przez pracowników nauk przyrodniczych dzisiaj jak „mądrość” dziecka, które nasłuchało się pełnych „czarów” bajek, do wiedzy inteligentnego dorosłego człowieka. Ten człowiek też nie wie wszystkiego, najczęściej „wszystko” zresztą go nie obchodzi, nad czym – przyznaję – ubolewam. Ale świat wiedzy dostępnej chętnym z popularnonaukowych opracowań jest wystarczająco bogaty, by zwykły, tyle że krytyczny a pojętny, inteligent zapełnił nim sobie głowę bez reszty. Cuda zdarzają się i to stanowi dla nas jakiś wentyl bezpieczeństwa, azyl, gdzie możemy się schronić, gdy wiedza naukowa o niewzruszonych koniecznościach będzie nas zbyt już przytłaczać. To, co zwyczajne, ma swoją przeciwstawność w tym, co cudowne. Tym niemniej byt zbudowany z samych cudowności byłby co najmniej tak samo mdły jak ten zwyczajny, nieubogacony fantazją i cudami. Bez Boga bylibyśmy osamotnieni, ale bez dającej się zbadać i wytłumaczyć zwyczajności cudowność nie miałaby z czym kontrastować czy współgrać. Zapewne trzeźwością można się zmęczyć. Pijani wiarą w nadprzyrodzoność patriarchowie też jednak dowodzą prawd swojej wiary metodą trzeźwej logiki i zgodności z naszym wspólnym codziennym doświadczeniem. Nie ma bowiem innej drogi porozumienia i trwania w świadomej styczności niż ciągłe odwoływanie się do tego, co znajome wcześniej. A znajoma – powie ktoś: do obrzydliwości! – jest zwyczajność. Zwyczajności mamy aż za dużo (jest to co innego niż marzona przez niektórych a idealna normalność), cudowności odczuwamy na ogół bolesny deficyt. Ale gdyby stan ilościowy jednego i drugiego się wyrównał, cobyśmy zyskali? Gdzie nie ma różnic, nie ma „też” bytu. Jedyne możliwe wyrównanie jest to wyrównanie do zera. Bo i coby było, gdyby wszyscy mieli należeć do bogaczy, czyli – jak to wielu rozumie – mieli złota jak lodu? Gdyby wszystko było ze złota, byłoby tak samo jak wtedy, gdyby wszystko było z – za przeproszeniem – gówna. Do pełni barwności potrzebne jest całe spektrum barw, a nie tylko barwa, którąśmy sobie upodobali, jedna. Gdyby nie lekkie bóle, nie powstawałaby w ogóle świadomość sprawności, szczęścia, istnienia. Czuć bowiem możemy tylko ból; to już inna sprawa, że może on być przyjemny. Jest biuro doktora Piao. W swoim, już ponad półwiecznym, życiu rozmawiałem i z królami, więc rozmowa z ministrem to nie będzie dla mnie jakaś tremująca nowość. A jednak mając przed oczami drzwi, za którymi czeka mnie właściwy początek pracy nad ratunkiem życia w obrębie sporej wszak planety, jaką jest na swoje szczęście lub ku swojej zgubie nasza poczciwa Ziemia, trochę się trzęsę. Pociskam klamkę. Drzwi ustępują nadspodziewanie łatwo. Za mahoniowym biurkiem, na którym, poza stosem różnoformatowych i różnobarwnych szpargałów, nie leży literalnie nic, siedzi maleńki człowieczek – usadowiony w olbrzymim, wyściełanym miękkościami fotelu. Na mój widok zrywa się na równe nogi i biegnie ku mnie, jakby się paliło.