marek słyk, marek slyk, pisarz, powiesc, powieść, proza współczesna, postmodernizm, nowa powieść, najnowsza powiesc

Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka
Lipiec 15th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 1

            Póki jest jeszcze czas na formułowanie, intuicyjnie przecież już we mnie istniejących, odpowiedzi na stawiane bez rezultatu od tysiącroczy przez myślącą mniejszość ludzkości pytania, przystępuję oto w cichości mego gabinetu do zuchwałej próby przekształcenia mej intuicji w pewność. Niby pewna jest tylko śmierć, natomiast zwycięstwo zawsze musi być chybotliwe. Niemniej, ufny zasadzie wyjątku, tym usilniej  próbuję wypracować własny, zapomniany dawno tryumf, a to tryumf nad bezwładem wszechświatowej masy, której pozostaję nieodrodnym, aczkolwiek silniej niż to bywa zazwyczaj, zbuntowanym atomem. Nikła albowiem w klęsce przebywa mądrość, jeśli już mamy mówić, że nie sposób się ostać, nie bazując na tej właśnie, chętnie korespondującej tylko ze zwycięzcami, wartości. Nie zmienia to faktu, że do rozpoczynającego się – kilku powyżej napisanymi zdaniami – wyścigu startuję niestety z pozycji słabeusza. O, poznałem fałszywe uroki słabości, która, wypłynąwszy z mej – teraz widzę, jak lekkomyślnej! – rezygnacji z uczestniczenia w bojach przeciwko naturalnym wrogom, spowodowała ten, ciągnący się dziesiątkami roków i mający dla mnie skutki jakże opłakane, stan wyższej konieczności –  zmagania się z jakimś, quasi-fikcyjnym wrogiem nieokreślonym! W tym ostatnim rozpoznałem samego siebie dopiero wtedy, gdy go prawie już zdołałem zabić; będąc tym słabszym, im bardziej zwycięskim, nie mogłem wyciągnąć innego wniosku niż ten, że to jestem ja sam. Wiem, mój potencjalny czytelniku, że to, czy staniesz się mym czytelnikiem de facto, zależy w równej mierze od twego kaprysu – jak od twego (a nie mego) interesu. Otóż w kaprysie jest los, w interesie – ślamazarniejsza odeń kalkulacja. Wikłać się w myślowe ścieżki osoby słabej, nadrabiającej za to nadmiarem wysilonej – powie ktoś – pseudofilozofii, nie zechce przez rozum raczej nikt. Toteż, uświadomiwszy sobie dosłownie  przed momentem, iż idąca tu, a mająca mieć swój finał może po latach mej męczarni, quasi-literacka praca uzyska sens dopiero wówczas, kiedy na te domniemane manowce czytelnika zwabię, spróbuję argument na rzecz, jak wierzę, naszą wspólną – jakoś wyprodukować środkami na tyle racjonalnymi, na jakie mnie stać, wspomagając namowę do lektury obietnicą pewnych propozycyj odwołujących się do twego – o ile mogę to odgadnąć – kaprysu. W dalszych partiach kiełkującego tu tekstu zostanie wyjaśnione, dlaczego istnieć jako cokolwiek musimy, a tego, by ostać się jako byt będący w drodze na właściwym naszym aspiracjom stopniu zaawansowania, nie mamy zagwarantowane. Otóż moim zamysłem jest obmyślić tu uniwersalną metodę (na własnym niestety przykładzie), jak nie ulec zbylejaczeniu. Że waży się na to człowiek słaby, jakim jestem, wiarygodność przekazu winno tylko wzmocnić.

            Pakuję manatki i jadę do Monte Karlo. Samochód mam niezły; jest to przerobiona od strony samej koncepcji osobiście przeze mnie, a wykonana rękoma zdolnych wynajętych blacharzy, sportowa wersja poloneza karo, co wzmiankuję po trosze, żeby się pochwalić, lecz głównie chodzi mi tu o gruntowność opisu, ponieważ co by to było, gdybyś, drogi badaczu  osobowości Flakonona Pluxa – wesołego pechowca, musiał bazować na nieaktualnych danych sprzed lat i wiosen, kiedy to po bezdrożach zamieszkiwanej wówczas przeze mnie Festylii telepałem się starym lombardari super. Do diabła, ktoś dzwoni!

- Tak? – tchnę do komórki. Ze słuchawki dobiega coś, jakby szemranie strumyka.

 - Cześć, Flaku, to ja – dobiega mnie cieniutki jak dźwięk skrzypiec głos mej żony, Kuby Plux, z domu Faynol, o której tyle wam opowiadałem w poprzednich tomach.

 - Witaj, Kubo. Ale słyszę szmery. Czyżbyś zbłądziła nad jakiś szemrzący ruczaj? Wybacz mą ciekawość, ale to przez jej brak Indianie nie dokonali wynalazku koła nawet.

        – Kąpię się w łazience – Kuba ceni konkret, dzięki czemu tak pięknie z sobą kontrastujemy. – Dzwonię, bo miałam telefon od Matrycji Remodas, której syn popadł w konflikt z prawem i która w związku z tym pyta, czy posiadasz wiedzę na temat, kto może być profesjonalnym… (poczekaj!, mydło wpadło mi do ucha, muszę je trochę odetkać!)…  obrońcą w sprawie o gwałt. Wiem, że chodzisz z głową w chmurach i mało dbasz o kwestie, jakbyś powiedział, przyziemne. Coby nie mówić, jak zapatruję się na ten twój zwyczaj, zawdzięczasz mu znajomość innych pasjonatów operujących w ramach problematyki wolnomyślicielstwa, którym czasami nie przeszkadza to być specjalistami dziedzin dających chleb. Matrycja liczy na to, że wśród takich jest i zdolny prawnik.

        – Kubo, to prawda, że kolegów mam wielu, bo za takich uważam także tych, którzy choćby raz na mnie spojrzeli lub stali się wyznawcami poglądu, który równolegle formułowaliśmy, choć poza tym nie łączy nas nic. Słynny adwokat, jakiego poszukuje nasza przyjaciółka, to może być Dragstrom Rurer – sięgam do mojej kapitalnej w chwilach olśnień pamięci. – Przy jednym stoliku pałaszowaliśmy niegdyś w barze swoje jajecznice. Zagadnąłem go wtedy, czy przyszłości jadłodajnictwa nie widziałby może w przestawieniu oferty zakładów taniego żywienia na specjalnie skomponowane izotopy węgla, co odsunęłoby od ludzi konieczność wątpliwego moralnie zabijania zwierzaków, w tym ich form nienarodzonych. Odpowiedział, że taki węgiel też miałby cechy życia, więc szkoda trudu. Na to ja, że idę o zakład, iż do roku 2022 jadalny węgiel wyjdzie ze stadium prób i przejdzie do fazy przemysłowej produkcji. Rurer zakład przyjął, wręczając mi swą wizytówkę ze słowami, że o ile tej jednak dość odległej daty dożyjemy i o ile stanie się tak, jak przewiduję, to gotów będzie uścisnąć mi wtedy mą dłoń.

- Masz tę wizytówkę? – pyta Kuba, która żyje problemami chwili obecnej.

- Poczekaj, muszę zatrzymać wóz – mówię. – Byłoby jednak zbyt niebezpiecznie szperać w dokumentach, jednocześnie prowadząc.

- Jedziesz gdzieś? – Kuba wykazuje partnerskie zainteresowanie.

         - Tak, napadło mnie, by pograć w kasynie – tłumaczę, zjeżdżając na pobocze. Może to co poniektórego zdziwi, że znany przed laty z tułaczej bezdomności Flakonon Plux ma wreszcie prywatne mieszkanie. Lecz poza nim i niezłą bryką, w której teraz zresztą siedzi, cały swój majątek trzyma, jak i dawniej,  w przepastnych kieszeniach swego surduta. Grzebie w tych kieszeniach doprawdy nie tylko od wielkiego dzwonu, choć materialnych swych potrzeb nie rozognia, ponieważ o cennych rzeczach woli jedynie wiedzieć, niźli takowe posiadać, co upodabnia go zapewne do starożytnych czy choćby średniowiecznych ascetów. Ale książki, dzięki którym wiedza staje się czymś, po co można sięgnąć, uzyskały ostatnio w Pyrii, kraju, gdzie z rodzinnej Festylii Plux się przeniósł, ceny nieledwie niebotyczne. Ascetyzm Pluxa lub, by wrócić do narracji pierwszoosobowej, mój cechuje jednak, znana z prac Alberta Einsteina, względność. Tak więc obojgiem rąk szperając w kieszeniach, potrzebny kartonik szczęśliwie prędko znajduję.

        – Kubo, jesteś?… Fajnie. Czytam ci: „Dragstrom Rurer, adwokat. Telefon biura: 7777777”. Siedem siódemek, łatwo zapamiętać. „Adres biura: Aleja Niewolniczego Trudu 1”. Jedna jedynka, też pamięć łatwo przyswoi.

          – Dziękuję, Flaku – mówi żonka. – Ale z tą łatwością zapamiętania to chyba nie będzie zupełnie tak, jak przewidujesz. Coś mi się pokićka i podyktuję Patrycji, że telefon Rurera to cztery czwórki lub osiem ósemek.

- Kubo! – parskam, zgorszony. – A ilocyfrowe są telefony w Schizogrodzie? Siedmio.

- A jak mam skojarzyć Aleję Niewolniczego Trudu z jedynką?

 - Tak, że niewolniczy trud to nasza ludzka pierwszoplanowa powinność.

- No dobrze. Tylko nie zgraj się do cna w tym Pacanowie, czy gdzie tam jedziesz. Pamiętaj, że jesteśmy ludźmi ubogimi. Pa!

          Rozłączam komórkę, po czym uruchamiam starter mojej maszyny. Odkąd mieszkam w Europie, moje życie jęło przypominać bajkę. Pyria nie jest może najpyszniejszym krajem – już choćby tylko ze względu na jej przeszłość, zaludnioną milionami istnień, które los przedwcześnie uczynił trupami, a czego pamięć beznadziejnie obciąża mentalność Pyryjczyków, ale dobre położenie geo-potrzebnościowe, czyli to, że wszędzie stąd blisko, umożliwia, bo, że zapewnia, toby był niepożądany przecież nadmiar szczęścia, wypracowanie uspokajającego przekonania, że da się tu żyć. Pyria, kraj pyr, a więc ziemniaków, dla ludzi już tylko nieznacznie odbiegających od normy ku tak zwanemu przesadyzmowi – mieni się w swej codzienności, a co dopiero mówić o dniach świątecznych!, wszystkimi barwami tęczy. Środek kontynentu – czyż nie brzmi to podobnie jak tylekroć może wyszydzany, lecz w gruncie rzeczy mający wymiar tryumfalny, pępek świata? Być może rozwodzę się tak nad, kto wie, czy nie rzekomą, wspaniałością dotykanego obszaru dlatego, że sam tu zamieszkałem. Cóż, jestem fanatykiem własnej osoby nie bez powodu. Okaże się dalej, czemu tak sądzę.