Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka

Powieść

Lipiec 19th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 4

       Miotania przekleństw pod adresem takich, co, niepomni przestróg życzliwych, nie dopełnili małożeńskiego (małożeństwo – wielożeństwo, a nie małżeństwo – wielżeństwo) aktu stosownym sakramentem. Obrażania się zapominalskich grubasów za przyjacielskie przypominania im o ich wykraczającej ponad obowiązującą normę tuszy. Sypania się starych kołder i poduch, starych aktorów i suflerów.

         Idę. Już nie tak zamaszyście, jak to dawniej bywało. Na szczęście rynek jest blisko. Autobus Pyryjskich Kolei Samochodowych właśnie nadjeżdża. To przewaga konwencji fantastycznej nad realistyczną; nie ma co, to szczęśliwe, że taką obrałem. Teraz wykupuję tylko bilet u kierowcy, zajmuję miejsce na jedynym wolnym tu fotelu i jedziemy.

            Nie wiem, czy jestem zdolny do spostrzeżeń, które o życiu powiedziałyby coś nowego wytrawnemu pochłaniaczowi ciekawostkowych książek. Być i to może, że dotknąłem już dawno granic mych możliwości, w związku z czym winienem dotykalnie czuć prawdę o własnym ograniczeniu. Granice można jednak rozpychać, a jeśli i na to nie pozwoli komu coraz to mocniej nacierająca słabość, to weź i zwyczajnie swoją granicę przekrocz. Za oknami szarzeje, co odnotowuję znowu bez satysfakcji, bo takich „środków kompozycyjnych” ima się od stuleci każdy byle powieściopisarzyna, a ja przecież chciałbym przodować, serwując prawdy niesłychane, pomysły, które wychuchałem osobiście. Odkąd prawowity Bóg Jedyny stworzył dziejący się wszechświat, minęło ledwie kilka miliardoroczy i różnych bogów pomniejszych mających pretensje do autorstwa Jego pracy namnożyło się tyle, że nabrała sensu przedziwna „teoria ontologicznego plagiatu” – o ile nawet o takiej nikt wcześniej i gdzie indziej nie słyszał. Tradycyjnie biorąc, Bóg jest to ten, co stworzył świat, oprócz którego nie istnieje nic. Temu światu nadał  ład, wyposażył go w prawa, zastrzegł sobie swoje w tym świecie przewodnictwo i dopuścił istnienie w nim krnąbrnego czynnika, a to mianowicie Diabła, który podobnie jak błazen na dworze królewskim jest od tego, żeby na wesoło podważać autorytet Hegemona. Ja jednak nie jestem od tego, żeby powtarzać znane prawdy.  Jeśli tak, to raczej tylko po to, ażeby wykazać zaraz ich nieprawomocność. Oczywiście to, co znane, kiedy nie jest powtarzane, bywa zapominane. Otóż odkrywanie nieznanych nam dotąd wysp i lądów zawdzięczamy niezłomności żeglarzy, ale dzisiaj chyba odkrycia przez sztubaka, który zajrzał raz do geograficznego atlasu, obu Ameryk i Martyniki czy Kuby odkryciem we właściwym sensie tego słowa już nie nazwiemy. Tak samo objęcie zrozumieniem aktu stworzenia świata przez adepta filozofii, który przestudiował pilnie stosowną księgę, raczej ponownym stworzeniem świata trudno nam będzie nazwać. Całości układu są potrzebni i  pracownicy zadań podrzędnych. Z czymś bowiem musi grać w układzie nadrzędny element. Ale pókiś jeszcze całkiem nie skapcaniał, miej wiarę w siebie i bezczelnie twierdź, że to ty sam wymyśliłeś byt, a plagiatorami twojego trudu pozostają inni. Nie ma tu albowiem tak oczywistych dowodów na to, że w ten sposób posuwasz się do uzurpacji jak w przypadku żeglarzy. A jeśliś napisał księgę, w której literalnie wyłożono zawiłości stworzenia świata, masz materialny dowód, że ten sam ty, którym teraz narodziłeś się po wiekach, świat ten stworzyłeś, skoro wiedza o tym uchowała się tylko w twoich genach. Wiele się mówi o tym, jak ważną cechą człowieka jest charakter. Wyobraźmy więc sobie taką sytuację. Pewnego dnia idzie sobie przez miasto człowiek. I oto widzi, jak w mijanej bramie naparza się dwóch takich. „O co się bijecie?” – rzuca pytanie. „O to, który z nas jest silniejszy” – odpowiadają zgodnym chórkiem. Mijając tę samą bramę następnego dnia, widzi, że ci sami mężczyźni znowu się biją. „A o co dzisiaj wam poszło?” – rzuca. „Bijemy się o to, który z nas jest mądrzejszy” – słyszy w odpowiedzi. Z trudem powstrzymując śmiech, jest już pewien, że, gdy jutro zobaczy w tej samej bramie tych samych wojowników, na postawione im po raz trzeci to samo pytanie usłyszy odpowiedź „dziś bijemy się o to, który z nas stworzył świat”. Po chwili zastanowienia dochodzi niestety do wniosku, że to nie jest śmieszne bynajmniej. Pamiętamy bowiem biblijnego Dawida, który w imię Boga stanął do śmiertelnego boju przeciw Goliatowi. A w takim boju charakter jest potrzebny, w przeciwieństwie do może i krwistych (ale cóż, gdy bezkrwawych!) bojach o przekonania, gdzie oręż stanowi tylko jadowite słowo i gdzie cóż ryzykujesz poza wykazaniem ci, że pobłądziłeś tam, kędy inni nie pobłądzili? Wszystko albo nic – jedynie ta zasada, jako maksymalnie radykalna, w przypadku jej przyjęcia i konsekwentnego stosowania, zapewnia ciągłe pozyskiwanie najwyższych dóbr lub sprawienie, że odtąd żadnych dóbr nie będziesz już potrzebował! Czyż jednak jest tak rzeczywiście, że w pismach filozofów (i w tekstach nie ustępujących niekiedy filozofom pod względem nieprzejednania wobec opornie poddającej się materii, która – ciosana to z lewa, to z prawa – z trudem przechodzi w kształt lub wyraz,  literatów zwyczajnych) znamienny dla prawdziwego boju charakter nigdy nie upatruje sobie siedziby? Cóż, jeśli nie ryzykujemy, kostniejemy,  pogłębiając tylko własną „takosamość”. Jesteśmy coraz bardziej tacy sami, wyjałowieni; jeśli słowo w słowo nie powtarzamy zasłyszanych wcześniej komunikatów, to chyba tylko dlatego, że coś szwankuje z naszym zdrowiem. Bo i wynalazki – czynione przez szczęśliwców-ryzykantów, którzy, zaryzykowawszy zabójczą zazdrość konkurentów, szczęśliwie uniknęli losu jakże wielu innych szaleńców skłonnych trwać przy deklaracji, że im nie wszystko kojarzy się z tym, co już było – to chleb powszedni piechurów boso stąpających po gwoździach! Najłatwiejsze do ujeżdżenia rumaki zostały już ujeżdżone. Pozostały takie, na których, patałachu, niechybnie skręcisz sobie kark. Ale jeśli nie chcesz, by z ciebie ustawicznie szydzono, czyż masz wybór? Powie ktoś, że myślenie nie jest niebezpieczne, ponieważ w zmaganiach z problemem klęska równa się, przykremu ale nieszkodliwemu, powrotowi do punktu wyjścia i niczemu więcej. Pewnie, tak jest z klęską w myśleniu, lecz niech szanowny czytelnik pomyśli, jak jest z myślowym zwycięstwem! Nie dosyć, że jest ono nieledwie nieskończenie trudne do wypracowania, już w chwili swego zaistnienia wywołuje jakże zaciekłą nienawiść tych, którzy dotychczas patrzyli na ciebie zaledwie chłodno! Historia nauki przekonuje o zachodzeniu postępu. Lecz czy taki na przykład wynalazek telewizora, dokumentujący ten postęp jako jeden z wielu jego tak zwanych kamieni milowych, zasługuje na miano dokonania, skoro cała idea tego aparatu zawiera się w o ileż wcześniejszym (i doskonalszym!) wynalazku Boga, człowieku- -jasnowidzu? Zresztą i my sami, choćbyśmy jasnowidzami nie byli, i tylko biernie i małomyślnie (bo nie powiem, że całkiem bezmyślnie) plagiatowali wcześniejszych od nas plagiatorów, przecież, w porównaniu z powielającą swój prymitywny rytuał przemieniania wodoru w hel gwiazdą, jesteśmy na dalece wyższym szczeblu zaawansowania technologicznego niż Słońce, Syriusz czy jakiekolwiek inne ciało niebieskie samo w sobie, nie mówię tu o równie skomplikowanym jak człowiek wszechświecie jako astronomicznej całości. Ale to oznacza nie, że już precz odrzuciliśmy nienawistne nam i haniebne, a  lgnące do nas niby przysłowiowe prosię do maciory, miano plagiatora, tylko, że plagiatujemy struktury skomplikowańsze niż gwiazda, czasem może robiąc kolejny krok na drodze, którą którą dawno temu wydeptał Stwórca, przy okazji machinalnie a chwilowo naszymi ludzkimi mózgami opanowując zrozumieniem istniejący bez naszej zasługi materiał. Ale to nie oznacza, że przygody, którą zaserwował nam Nieprzenikniony, nie warto nam przenikać. Pewnie, że,  idąc za przykładem Sienkiewiczowskich chociażby wzorów rycerskiej dzielności, moglibyśmy dać sobie spokój ze zgłębianiem tajemnic, jakie tkwią, prawie przez ludzką przemyślność nietknięte, w pytaniu „po co to wszystko?”. Skoro bowiem jesteśmy potomkami walecznych rycerskich rodów, to czyż wypada nam zarzucać chwalebną tradycję miecza, gdzie w chwili próby stawiasz na jedną kartę własne życie, dla jakichś mrzonek w postaci deliberacji nad retorycznym (czyli takim, o którym wiadomo z góry, że odpowiedzi na nie nie znajdziesz) pytaniem? Ha. Ja wiem tutaj jedno. Szukajcie, a znajdziecie. Nie podejrzewam, żeby dla sprawy najważniejszej, czczony przecież za autentyzm, Autor tej optymistycznej sentencji myślał robić wyjątek.

           Ciśnienie krwi w żyłach mamy w normie, utrzymujemy też stale orientację odnośnie aktualnych notowań cen sera, taniej ostatnio szynki, drobiu, któremu od niedawna hodowca- -farmer pozwala się wyhasać na zwiększonym miłosiernie metrażu. Znosząc z trudem wyskoki zbzikowanego świata, z ulgą konstatujemy w pewnej chwili, że wreszcie jest dobrze, czyli normalnie. To, że „jest normalnie”, zawdzięczamy temu, że mamy w pamięci, iż niegdyś było gorzej. Gdyby więc nie było zła, nie było by i dobra. Zło nie jest więc brakiem dobra, lecz – dobra nieodzownym warunkiem. Tak czy inaczej, sinusoida naszych wzlotów i upadków ma taką samą wartość bezwzględną jak linia prosta permanentnego pełzania. Jeśli są tacy, których uznajemy za lepszych niż inni, to miejmy pewność, że w swoich dolnych notowaniach byli oni od innych gorsi. I nie jest ten mój sposób wartościowania jakimś, mającym odwodzić od praktykowania postawy chwalebnej, nihilizmem. Jezus miał miłą sobie satysfakcję z dokonywania cudów; z świadomości, że słuchają Go tłumy, a bogacze czują się zaszczyceni, iż przyszedł do nich jeść, pić i spać. Lecz potem zapłacił za to śmiercią na krzyżu, daleko boleśniejszą niż, będąca udziałem większości ludzi, śmierć w łóżku. Lecz czy to oznacza, że życie Jezusa w liczbach bezwzględnych było przedsiębraniem równym życiu poczciwiny, co za jedyne godne wzmiankowania wydarzenie swej obecności wśród żywych podaje fakt, że niegdyś tam się urodził i że kiedyś tam umrze? Cóż, tak tu jak i tam tą bezwzględną liczbą jest zero. Lecz przecież liczy się i to, z jakich rozpiętości w górę i w dół te życia do zera były redukowane!

            Jedziemy. Mogę sobie tak dumać, bo nie przeszkadza temu żadne inne snucie opowieści czy, dajmy na to, kłótnia, o której dopiero kiedyś-kiedyś będzie można opowiadać.

           Silnik tego dużego blaszanego pudła, w którym jesteśmy usadowieni, pracuje może głośno, ale równomiernie; ludzie podrzemują lub siedzą nieruchomo i nic nie mówią. Mijamy od czasu do czasu jakieś wsie i miasteczka, przy których, bywa, nasze pudło się zatrzymuje i gdzie następuje pewna rotacja pasażerów, albo ktoś tylko wsiądzie lub wysiądzie. Do Schizogrodu coraz bliżej, chyba że pomyliłem kierunki.

            Myślę sobie o różnych sprawach, nie wszystkie udaje mi się przytoczyć, lecz jedna teraz drąży mą świadomość ze szczególnym natężeniem: sprawa sporu pomiędzy zwolennikami poglądu, że wszechświat jest mechanizmem, a tymi, co twierdzą, iż do mechanizmu nie da się go sprowadzić, ponieważ jest żywy, a jako taki – nieobliczalny i nie do ujęcia w żadne (a przynajmniej żadne zrozumiałe dla ucznia technikum samochodowego czy inżyniera-robotyka) formuły ani wzory. Uczeni od wieków usiłują zdiagnozować świat, wychodząc z optymistycznego, ale też mającego swe potwierdzenie w pewnego rodzaju (bo nie we wszystkich!) faktach, założenia, że jest poznawalny. Czy jednak to tylko niesłychana złożoność zjednoczonego wszechbytu, a to złożoność z wielu jednoznacznych składowych, umożliwia nam swobodę, znajdującego słuchaczy już mniejsza z tym w jakich kręgach, fantazjowania? Czy to po prostu jest to, że powyżej pewnego progu złożoności intelektualnej człowiek się gubi i w takiej sytuacji można mu wcisnąć każdy kit? Czy tenże historyczny, a więc robiący wolty także takie, jakich nikt, zdaje się, nie jest w stanie przewidzieć, wszechświat nie należy do sfery wpływów Osobistości  z   j a k i c h ś   p o w o d ó w przychylnej prostaczkom, która rachuby zarozumiałych astrofizyków i ateistycznych ewolucjonistów z upodobaniem sprowadza do – jakże egalitarystycznego! – absurdu? Mówi się o ewolucji, która jest ślepa ale permanentnie aktywna, lub o Inteligentnym Projekcie, realizowanym z zasady nierychliwie, aczkolwiek przemyślanie. Zapomina się o możliwości trzeciej. Według mnie, formacją biologiczną wyjściową i finalną jest człowiek, a zwierzęta i rośliny to skutek zbłąkania, lub przegranej w walce o pozostanie przy człowieczeństwie, poszczególnych rodzin ludzkich. Być może tutaj ktoś, zgorszony, się żachnie. Jak można przemyśliwać sprawy zamierzchłej przeszłości wcielonego życia, gdy   d z i s i a j   wiele milionów ludzi umiera przedwcześnie z głodu, a drugie tyle ginie w wojnach, od których nie znajdujemy ucieczki nadal, mimo to, że niby prawo do pokoju usiłujemy od dawna uczynić niezbywalną własnością każdego człowieka? Cóż. Od okropieństw się nie ucieknie. Bez nich nie będzie bowiem przestrzeni wypracowanej dla obrotów spraw szczęśliwych, brak których przesądzałby o bezwartościowości bytowania. Rzeczy najcenniejsze opłaca się wydatkami nieraz rujnującymi, co zakrawa może na szaleństwo, ale pełzać w rynsztoku, by szaleństwa uniknąć, to wymóg do przyjęcia przecież tylko przez jednostki i narody pozbawione ambicji. A jednak wojen może nie być. Choć z drugiej strony pokój może być bardziej jeszcze deprawujący niż wojna. Żeby takim nie był, dokłada starań niejeden pracownik kultury, nauki, sportu i religii. I polityki. Tak, tak! I polityki. Choć bywa, że to politycy prą do wojen jak czołgi, których rozbestwione załogi, zasmakowawszy w narkotyku, ani myślą się odeń oderwać. Poczucie mocy, jakie rozpiera fuhrera (czy jak to tam prawidłowo się pisze), jest tak ekscytujące, że nie oparłby się mu i święty. Małym wysiłkiem dokonywać wielkich zmian na własną korzyść (lub na korzyść podmiotu, z którym się utożsamiasz) pewnie i ty byś chciał, drogi czytelniku, gdyby udało ci się wskoczyć na odpowiedni stołek. Ja jestem ostrożniejszy. „Zrobisz małym wysiłkiem / wielką tylko pomyłkę” – tak to widzę z pozycji autsajdera.

Lipiec 23rd, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 5

            Mamy Schizogród. To największe miasto Pyrii jest zarazem chyba i najpiękniejszym miastem kraju, pełnym nie tylko ciekawie zaprojektowanych i solidnie zrealizowanych w szkle i betonie osiedli mieszkaniowych, ale i awangardowych architektonicznie lub stylizowanych na antyk budynków, w których mieszczą się krajowe urzędy, biura, sklepy i kościoły. Dużo tu także teatrów, kin, szpitali i cmentarzy, a wszystko w najlepszym guście. Pozostałe z dawnych czasów pałace i zamki, w których rezydowali niegdyś ze swymi dworami monarchowie i magnaci, dzisiaj uczyniono muzeami lub siedzibami demokratycznych władz. Poza tym mamy w stolicy całkiem sporo solidnych przedwojennych kamienic, które odbudowano z ruin. Aż nie chce się wierzyć, że tak wiele przysłowiowej substancji mieszkaniowej obróciła w ruinę nienawistna decyzja jednego „nadczłowieka”. Z tym, że z pewnością faktem bardziej niewiarygodnym jest ten, iż to wszystko z pietyzmem  schizogrodczykom udało się odbudować. Ulice i aleje o nienajgorszych jezdniach i trotuarach jak w każdej metropolii wypełniają tu dzisiaj tłumy przechodniów i nieprzerwane szeregi samochodów, tyleż zresztą pozostające w ruchu, co znieruchomiałe – kłopot uprzykrzonych korków dotyka bowiem Schizogród w niemniejszym stopniu niż inne urbanizacyjne kolosy. Mnie osobiście niepokoi w tym temacie tylko jedno: brak w mieście choćby jednej czynnej dzielnicy przemysłowej. Takie były, ale zlikwidowano. Po wyprzedaży agendom obcego kapitału wszystkiego, co się da, aż dziw bierze, że Schizogród ma jeszcze z czego żyć. Zajeżdżamy przed budynek dworca PKS. Nie chce mi się wysiadać, ale co mam robić? Nikt mi nie pozwoli siedzieć w tym blaszanym pudle w nieskończoność. Zresztą o jakiej nieskończoności tu mówimy. Pięciogodzinnej? Taka nieskończoność to zda się przysłowiowemu psu na budę.

            Przepycham się z moją walizką ku wyjściu, uważając, by nie rozbić jej zapięć. Bo i rzeczy spoczywające w tej poręcznej skrzynce są dla mnie zbyt cenne, by narażać je na zabłocenie. Cóż. Chociaż zmiany klimatyczne w skali globu zanegowały sensowność dzielenia roku na regularne trzymiesięczne okresy, to teraz w Pyrii coś podobnego do dawnej jesieni jednak da się zaobserwować. Częste deszcze, chłód. Wczesne nadciąganie zmierzchu. Zmierzam za innymi w stronę pobliskiej stacji metra.

          Łebstaw Trawiński mieszka w Pigułkowie – pewnie od urodzenia. Ja w Schizogrodzie pomieszkuję od pięciu lat. Przeprowadziłem się tu z żoną i ledwie pełnoletnim wówczas synem, żeby za dużo nie stracić z naszego niespodzianie przypadłego nam bogactwa, ponieważ w Festylii dwie trzecie majątku musielibyśmy oddać tak zwanemu fiskusowi, a tutaj kapitału potrzebowano. Bylebym trzymał te moje miliardy w państwowym banku, mógłbym je zachować niemal w całości. I zachowałbym. Gdyby nie Torton Flejtuchrop, znany kieszonkowiec. Powie ktoś, że miliardów nie trzyma się w kieszeni. Słusznie. Kieszenie mojego surduta są jednak wyjątkowe. Wyciągam z nich w razie potrzeby rzeczy, jakich nigdy do nich nie pakowałem. Więc chyba tym bardziej mogłem liczyć na to, że będą dobrym schowkiem dla tych niewyobrażalnych pieniędzy, jakie zapisała mi w testamencie ta  sama Matrycja Remodas, której syn ostatnio dopuścił się gwałtu. Matrycja zresztą żyje, więc jej testament właściwie powinien być unieważniony. Wówczas te wielkie pieniądze niby tak samo bym stracił. Nie tak samo. Ja i Kuba mielibyśmy bowiem wtedy bogatą znajomą. Co te pieniądze robią z ludźmi! – ktoś mógłby żachnąć się, zgorszony. Otóż pieniądze nic złego ze mną nie zrobiły. I tak samo z Kubą. Żyjemy jakoś bez nich i specjalnie nie tęsknimy do luksusów, jakie dzięki nim są do kupienia. Ale nikt mi nie powie, że nie jest ciekawa taka rzecz jak kradzież grubej sumy. No więc szedłem z moim majątkiem w kieszeni do najbliższego państwowego banku, żeby tam go zdeponować, a tu nagle zaczął padać deszcz! Szczęściem, jak mi się wtedy zdawało, znalazł się w pobliżu uczynny przechodzień z parasolem. Zagadnął, że parasol jest duży i świetnie pod nim się razem pomieścimy, więc niech nie robię ceregieli. Odprowadził mnie do samego banku, przed drzwiami którego uprzejmie się ze mną pożegnał. Pchnąłem drzwi, na nowo przekonany, że rasa ludzi bezinteresownych całkiem jeszcze, dzięki Bogu, nie wymarła, po czym prędko odnalazłem okienko z wywieszką „Wpłaty kwot o najwyższej wartości” i sięgnąłem. Ale jakaż była moja konsternacja, gdy w kieszeni, zamiast moich ogromnych pieniędzy, wymacałem skromną karteczkę! Było na niej napisane: „Mój dobrodzieju! Już nie będziesz musiał zachodzić w głowę, na co przeznaczysz swe bogactwo. Dokonałem bowiem zabiegu likwidującego ten twój kłopot. Ewentualne podziękowania kieruj pod adresem: Torton Flejtuchrop – kieszonkowiec praktyk, ekskluzywny dom przy jednej z cichych uliczek miasta”. W ten to sposób z multimiliardera stałem się biedakiem. Na szczęście zawczasu zdążyłem kupić mieszkanie, gdzie te parę dni ja, żona i syn już mieszkaliśmy, a teraz mogliśmy je sprzedać, by zrobić przeprowadzkę do lokali mniej wystawnych. Mówię o lokalach, a nie o lokalu, ponieważ Kuba powzięła decyzję, że nie będzie mieszkać pod jednym dachem z „ofermą, która przy lada okazji daje się okradać, i zamieszkała z naszym synem w jednym M – 2, a ja sam – w drugim. Takie to były nasze dzieje w Pyrii. Z tym, że rozwodu nie braliśmy, a nasze odosobnienie naszemu związkowi wyszło właściwie na dobre, bo, jak to raz wyznałem Kubie, „nie mamy teraz siebie za dużo”, dzięki czemu nie kłócimy się już praktycznie wcale. No, ale uważajmy, bo oto nadjeżdża metro.

            Przytupywania do rytmu na koncertach muzyki pop, wręczania popom niewygórowanych łapówek za darowanie win myślenia, mówienia, czynienia i zaniedbywania. Starzejący się młodzian o włosach sztywnych jak druty wyjeżdża na dychawicznej deskorolce ze swojej ukrytej wśród leśnych wertepów nory na równy grunt miejskiego Placu Defilad. Rozczarowanie światem, najwięcej ciepłych uczuć budzące w mało znanej miejscowości Zaświat; zwątpienie o sobie – z powodu nazbyt wielu przegranych starć z przeciwnikiem, z nami zrośniętym jak szyja węża z ogonem onegoż.

       Co by nie mówić, póki co, metro w Schizogrodzie się sprawdza. Nie ma rozkoszy bez okropieństwa, więc i tutaj dochodzi niekiedy do wydarzeń o wątpliwej atrakcyjności, jak robienie miazgi z dotąd figuralnych i jakoś tam funkcjatywnych ciał samobójców. Widać, nie tylko rewolucja i łaska bogów potrzebuje ofiar. Jakbyśmy się przecież czuli my, szarzy ludzie wśród pstrokatych tablic reklamowych, gdyby nie fakt, że to, czego się boimy w odniesieniu do siebie, przytrafia się innym? Rzeczywistość można zamrozić, przeobrazić ją w nie dającą znaku życia księgę, w której też niby będzie wszystko, co w życiu napotykamy. Ale czy naprawdę istnieje taki punkt odniesienia, z którego widok na nasze heroiczne zmagania będzie przedstawiał tylko nieruchomą czasoprzestrzeń, a ukryte w niej życie odczyta jedynie jakiś arcyspecjalista? Nie namawiam do dyskredytacji osiągnięć współczesnej nauki, sam staram się nawet studiować popularnonaukowe pisma i książki. Namawiam do zasypywania przepaści, jaka wionie pomiędzy szczytami a dołami problemowych rozpoznawców, deklarując, że do integrowania w ten sposób znawców z dyletantami i osobiście się przyłożę.

        Powierzchowność moich towarzyszy podróży koleją podziemną wskazuje, według mego niemiarodajnego osądu, na ich umysłową lekką ospałość. Ale czy sam wyglądam lepiej? Przyzwyczajony do oglądania wyselekcjonowanych twarzy na telewizyjnym ekranie, prawdziwych ludzi chciałbym widzieć na podobieństwo tych wirtualnych. A to jest odwrócenie perspektywy, coś, co może wpływać zgubnie na moje poczucie realizmu.

Moja stacja, trzeba wysiadać.

         A swoją drogą, to co za idiota nadał naszemu miastu tak pejoratywną nazwę! Trzeba będzie skrzyknąć przyjaciół i w parę tysięcy dusz zamanifestować przed siedzibą burmistrza, że na co jak na co, ale na to my, trzeźwi i normalni obywatele stolicy Pyrii, to się nie zgadzamy! Ogłosić konkurs na nową i właściwą nazwę obecnego Schizogrodu, ufundować zachęcające nagrody dla jego zwycięzców! Oto, co jest potrzebne! Ze swej strony proponuję nazwę Poezjogród. Niech przemawia za nią choćby to, że jeszcze niedawno było w tym mieście więcej poetów niż zdeklarowanych pijaków, a co mówić o schizofrenikach, od których imienia wzięła się przecież nazwa naszej stolicy. Ta stolica niby jest „nasza”, a więc i moja, ale prawomocność tego zawłaszczenia wisi wszak na przysłowiowym włosku, bowiem to w dalekiej Festylii mieszkałem od urodzenia 50 lat, tu zaś jedynie 5. Tak więc dopiero w wieku lat stu będę mógł właściwie powiedzieć, że jestem pół Festylczykiem, a pół Pyryjczykiem, o ile byłoby się uznało, że młodość i starość mają równą wartość, co pewnie w jednym z możliwych sensów jest słuszne, lecz w innym możliwym sensie pachnie zbyt silnym pragnieniem przypodobania się absurdowi, by wobec zarysowanego problemu nie machnąć ręką i nie posłużyć się urzędowym dowodem tożsamości jako czymś, co wszystko tej mierze wyjaśnia. Oglądam i telewizję, a jakże, więc – chcąc nie chcąc – skazuję się na wpływy mentalne tudzież intelektualne, jakie wywiera na słuchaczowidzu ten czy ów telewizyjny dziennikarz. A ten często teraz powiada, że o polityku więcej mówi to, jak kończy, niż to, jak zaczyna. Skoro politykuję, toteż za polityka mogę siebie mieć i słowa dziennikarza prawomocnie biorę do siebie. Zacząłem (życie) w Festylii, więc jak skończę (je) w Pyrii, to ważniejszy będzie, bo więcej o mnie powie, ten ostatni incydent. A skoro tak, to mam prawo uważać się (i być uważany) za Pyryjczyka pełną gębą. Zależy mi na tym, bo gdzieś w końcu chcę być swojakiem, a nie jakimś przybłędą, co to tylko błąka się po jakichś, abstrakcyjnych dla Pyryjczyka, krainach i nie ma prawa do zadomowienia. Tu wynika siłą rzeczy i inny problem: moja faktyczna skłonność do ufikcyjniania siebie i swego świata, by ledwie tylko wspomnieć o udziwnianiu sposobu wypowiedzi, czyli języka. Powiem wam: czy nie dosyć w naszej wszechświatowej lub tylko w pyryjskiej rzeczywistości takich, co mówią wprost? Nazywają rzeczy po imieniu? Jakoś jak Jezus mówił, że królestwo Jego jest nie z tego świata, nikt nie miał mu tego za złe! Chcę, by świat rzeczywistości ogólnej, a więc siłą rzeczy anonimowej, upodabniał się do świata rzeczywistości mojej, tej, jakiej daję sugestywny, a więc zdatny do naśladowania, zapis. Myślę, że kpić z powyższej deklaracji można, bo i jak dawać siebie za przykład, będąc typem owładniętym – widać – przez Szatana, skoro nie wykonuję żadnego użytecznego zawodu; nie obiecuję, że za ojczyznę oddam życie, a jeśli modlę się do Boga, to słowami, jakich nie znajdziesz w żadnym z modlitewników. Otóż moja profesja to poszukiwanie przygód intelektualnych i artystycznych tudzież proponowanie ich streszczeń wydawnictwom, które, że nie przekazują ich dalej, a to do ludzi chętnych wprowadzać się w błogostan chłonięcia przetrawionych już problemów – mają swoje powody. Moja robota nie zasługuje może na miano użytecznego zajęcia, ale zasłuży. Z wiarą w to będę umierał, bo – zapewniam! – nie jest tak, że, ślęcząc godzinami przy laptopie czy nad zeszytem, maniakalnie tylko spisuję rekordowe brednie. Chcę pomóc ludzkości odnaleźć właściwy trop myślowej zwierzyny, ponieważ sądzę, że ten stosunkowo nowy rodzaj   m y ś l i  s t w a    jest atrakcyjny i rozwojowy. I jak nic innego może i powinien zastąpić łowcom pościgi i strzelanie do saren, zajęcy, kuropatew. Czytanie psuje wzrok? Otóż jest na to rada w postaci książki głosowej, czytanej przez sprawnego lektora. Ten rodzaj pomocy w utrzymywaniu dobrego nastroju w dużej mierze wyprze z codziennej praktyki milionów słuchanie tej nowoczesnej pseudomuzyki rozrywkowej, jaką jest rap bądź techno – pewnie już niezadługo.

          Idę w stronę bloku, w którym wśród setek innych mam swoje mieszkanie. Nie chcę z tym się pogodzić, że ten świat jest już nie dla mnie, bo niby jestem już za stary. Słynni blokersi, czyli młodociani mieszkańcy bloków, wytworzyli nową miejską subkulturę. Mówiłem coś o mojej tęsknocie zadomowienia się gdzieś. Jak blokersi przecież nie jestem aż tak przywiązany jednak do określonego typu zabudowy. Dla mnie atrakcyjnie dziwny jest cały świat. I także te jego przysiółki – dobudowywane doń przez twórców takich jak ja.

         Mamy schodki zewnętrzne, wiodące do drzwi wejściowych na hall. Wystukuję na automacie cyfrowy szyfr. Zaraz też brzęczy elektromagnes, znak, że można już otwierać. Otwieram więc. Ach, te napisy na ścianach i rysunki  dzieciaków, zawsze chętnych do kpin z bulwersującej je tajemnicy rodzicielstwa! Krytyka nieprawidłowości zawsze jest zdrowa, choć czynią ją przecież ludzie też błądzący. W skrzynce na listy w owalnych otworkach bieleje coś dla mnie; boję się, że to po prostu reklama. Jednak nie. „Departament Stanu, doktor Lin Piao, Demokratyczna Republika Tutabonu”. Ciekawe, czego też spodziewa się po mnie ten człowiek, bo, jeżeli wolno mi o czymś takim w ogóle mówić, nie uchodzę w świecie za specjalistę od spraw poważnych. Niby byłem w gangu, gdzie planowałem napady na dużą skalę, co przyniosło mojej firmie poważny grosz. Ale, jak uczy historia, wielkie pieniądze idą częstokroć w ręce ludzi zupełnie nieodpowiedzialnych. Podejrzewać mnie o zdolności do rozwiązywania problemów państwa nawet tak małego jak Tutabon to, delikatnie mówiąc, nieporozumienie. Z walizką w jednej, a listem w drugiej dłoni – wsiadam do windy. Kopertę rozerwę w mieszkaniu. Ale nie wiadomo, zapędzam się tutaj w domysły pewnie zbyt dalekosiężne. List mógł wysłać do mnie, w charakterze „kapitalnego” dowcipu, któryś z moich kolegów-żartownisiów. Winda, korytarz, mijane w marszu drzwi Talerzyńskich, Dziobaków, Milewiczów. I moje mieszkanie. Pewnie znowu odurzy mnie widok jego niepowtarzalnego bałaganu.

Lipiec 25th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 6

            Powroty z wypraw w nieznane do miejsc znanych aż przesadnie. Czujący się w obowiązku wykazania logiczności pewnego zwrotu telewizyjnych komentatorów piłkarz „stwarza niebezpieczeństwo dla bramki przeciwnika” przy pomocy siekiery, którą ją zaraz porąbie. Czy to już koniec mojej fantazji, mego nieokiełznania? Zawiadująca moim losem ironia sięga do pomysłów coraz pospolitszych, wciąż mniej zdolnych zadziwiać, natomiast coraz bardziej obfitujących w czarny, kogóż to mający rozweselać?, humor.

            Zdejmuję moje słynne, traperskie buty z wysokimi cholewami, wzuwam kapcie. Walizkę postawiłem na podłodze, zaraz ją rozpakujemy. Co dziwne, zaspokojony przecież jeszcze w Pigułkowie, a to solidną w końcu porcją kiełbasy z chlebem, głód – daje znać o sobie zupełnie tak, jakbym nie miał teraz na głowie żadnej ważniejszej sprawy! Idę do kuchni, leję do czajnika wodę prosto z kranu, napełnione naczynie stawiam na gaz. Samą herbatą się nie najem, więc sięgam do lodówki po ser i margarynę, z pojemnika wyjmuję miękki chleb dla bezzębnych, pokrojony fabrycznie na równe kromeczki. Zapalam światło, bo na dworze mocno już poszarzało. List z Tutabonu nie przestaje mnie intrygować, jednak jak pierwej nie wzmocnię się tą wczesną kolacją, to nic z niego nie zrozumiem. Myśl będzie bowiem ustawicznie skręcać ku jedzeniu! W parę chwil wyjęte z celofanu kromki smaruję margaryną, powlekam serem. Płomyczki pod czajnikiem podkręcam tak silnie, jak to tylko jest możliwe. No i nareszcie! Herbatę, żeby szybciej przestygła, przelewam z kubka do kubka kilka razy. I od razu mogę pić! Tej ostatniej sztuczki, jeszcze w dzieciństwie, nauczyła mnie moja matka. Nie mówię dużo o mych rodzicach. Cóż. Moje przygody są rodzajem ucieczki. Także od nich.

            No więc trzeba powiedzieć, że kolację już zjadłem. Teraz tylko wypalę i już zaraz bierzemy się do listu. Od lat próbuję odzwyczaić się od palenia, a jako że jedną zasad odwyku – w sytuacji, gdy jakimś ośrodkom w organizmie nikotyny brakuje już katastrofalnie – jest palić i nie robić przy tym już nic innego, palę i listu od Lin Piao nie czytam. Papieros nie smakuje mi. Nie gaszę go w połowie, bo szanuję wszak pracę robotników firmy SPIKE. Koniec. Myję ręce w łazience i rozrywam kopertę. Są w niej dwie złożone na czworo kartki. Biorę jedną, lecz z zapisanego na niej tekstu nic nie rozumiem. Aha, to po tutabońsku! Biorę kartkę drugą i na szczęście nie jest tak, jak się obawiałem, że będzie to tłumaczenie z tutabońskiego na, zrozumiały niby dla wszystkich ludzi wykształconych, angielski. Tutabon to kraj afrykański, gdzie wiele firm pyryjskich prowadzi interesy. Zrozumiałe, że znalazł się tam i tłumacz przysięgły operujący naszym językiem. Czytam:

            „Drogi panie Plux. Piszę do pana w sprawie ważnej dla każdego świadomego mieszkańca Ziemi, planety, na której już za 50 lat może nie być nie tylko nas, ludzi, lecz w ogóle – istot żywych. W temperaturze stu stopni Celsjusza giną bowiem najbardziej odporne na wysokie stany temperaturowe wirusy, wszystkie inne znane formy życia giną w temperaturach jeszcze niższych, a 100 stopni Celsjusza to temperatura, jaka, według naszych obliczeń, zapanuje w biosferze za 50 lat, jeśli człowiek nie poczyni stosownych kroków, by zahamować, a następnie uwstecznić, zachodzące w naszym życiowym środowisku tendencje. W ciągu ostatnich stu lat, spalając węgiel i inne zawierające węgiel substancje, człowiek wprowadził do atmosfery nienotowane wcześniej w dziejach ilości dwutlenku węgla. Wywołało to tak zwany efekt cieplarniany, który z dnia na dzień pogłębia się, grożąc zaistnieniem sytuacji, o jakiej napisałem wyżej. Uzupełnię. Otóż nadmierna ilość dwutlenku węgla w atmosferze stanowi barierę dla nadmiaru ciepła, wprowadzanego w płaszcz Ziemi z dynamicznymi  promieniami słonecznymi, który nie idzie z powrotem w niebo, ponieważ samo ciepło, pozbawione już dynamiki, pozostaje w obrębie Ziemi, natrafiając na wspomnianą barierę.  Ratunkiem przed tragedią, jaka nam już za tak niedługo grozi, byłoby wstrzymanie spalania węgla i destylatów ropy naftowej w skali globu. Byłoby to jednak niewyobrażalnie trudne, ponieważ na spalaniu węgla i jego pochodnych oparta jest, jak wiadomo, cała niemal cywilizacja inteligentnych mieszkańców planety. Przeciw przestawieniu gospodarek świata z technologii węglowych na czyste ekologicznie paliwo jądrowe protestują, przyzwyczajeni do „poczciwego” dymu i ciągle nieufni wobec, notujących i wpadki, producentów energii jądrowej, konserwatywni członkowie społeczności ludzkiej. Konserwatystów jest więcej niż postępowców, a że siłą decyzyjną we współczesnym świecie są demokracje, czyli wola większości, trudno przeforsować rozsądny program. Z prawdziwą więc ulgą powitałem doniesienie o jednym ze skutków, tragicznego skądinąd, ataku terrorystycznego na tutabońskie miasto Muri. W Muri zginęło ileś tam tysięcy ludzi, wypadałoby ten wypadek może tylko opłakać, ale szczęściem okazało się, że tknięci jakąś opatrznościową wręcz intuicją pracownicy ocalałego z pożogi tamtejszego Instytutu Klimatologii dokonali odkrycia, które tragedię tysięcy uczyni, że tak powiem, komedią miliardów!!! Lecz tu, mój drogi, potrzebny będzie już pan. Nic więcej nie powiem! Proszę wsiadać w samolot i niezwłocznie stawić się w stolicy Tutabonu, Adreys!

                                                                       Dr Lin Piao, Adreys, Al. Kotoptu 175 – 34 A

P.S. Pieniądze na bilet uzyska pan w ambasadzie Tutabonu   (Schizogród, ul. Mieszana 2) za okazaniem niniejszego listu. Nie muszę dodawać, że sprawa wymaga dyskrecji.”

            Kładę list na biurko, pełen sprzecznych uczuć. Z jednej strony cieszę się, że wielka sprawa, o jakiej zawsze marzyłem, wreszcie się trafia. Z drugiej – jak mogę wiedzieć, czy jej podołam. A z trzeciej strony to jestem już przecież nazbyt zniechęcony do wdawania się w jakieś awantury, by nawet możnością przysłużenia się ukochanej ludzkości cieszyć się bez zastrzeżeń. Sięgam do telefonu i wykręcam numer żony.

- Halo, kto chce ze mną rozmawiać? – słyszę jej cieniutki sopranik.

         - Twój mąż, Flakonon. Kubo, nie będzie mnie jutro u ciebie. Może cię to zmartwi, bo wiem, że o moich zdolnościach detektywistycznych nie masz najlepszego zdania, ale po latach nieróbstwa mam wreszcie pracę.

- Znowu się skompromitujesz.

- Nie jest to takie pewne, Kubeczku. Nie będzie mnie jutro u ciebie, ale przyjadę dzisiaj. Po mój paszport, który jest w naszych dokumentach.

- Wyjeżdżasz gdzieś poza Unię Europejską? – zdumiewa się moja rozmówczyni. – Przy twoim domatorstwie i zasiedziałości?

- Są sprawy na tym najdziwniejszym ze światów, które nawet trupa postawią na nogi.

        – No dobrze, przyjedź. Ale zanim zrobisz to głupstwo, pomyśl, czy szukać szczęścia gdzieś na końcu świata, gdy mógłbyś w kraju spróbować swych sił choćby w reklamie, nie będzie zbytkiem ekstrawagancji.

            – Jadę   t a m   właśnie po to, żeby do końca naszego świata nie dopuścić – mówię oględnie. – Niestety nic więcej nie mogę ci powiedzieć, zostałem do tego zobowiązany przez mego klienta.

            – No to czekam – deklaruje Kuba, nie przedłużając rozmowy, choć aż się prosiło, by spytać, jak ja, człowiek, śmiem mieszać się do spraw będących chyba tylko w gestii Boga. Co do istnienia Boga lub jakiegoś Jego quasi-istnienia (jak bowiem On, nadrzędny, miałby do czegokolwiek, a więc na przykład do bytu, należeć; wchodzić w porządek, którego z konieczności logicznej musiałby być najzwyczajniej podporządkowanym elementem?), mam wątpliwości zgoła poważne, ale operujemy w ramach kategoryj przyjętych; odwoływać to, co niesłuszne, próbujmy stopniowo.

            Nie chce mi się nigdzie wychodzić, tym niemniej przełamuję swoje lenistwo. Robi się zimno, na swój znoszony surdut narzucam stosowną do panującej jesieni jesionkę; buty już wzułem, jeszcze tylko pogasić wszystkie światła i – w drogę!

            Dziobania ziaren pszenicznych w filantroperskich karmnikach, wyjadania okruszyn bułek i chlebów przez, chcące żyć tak jak i my, robaki. Otępiały mózg nicponia – pasożytującego na szlachetnych wyznawcach ostrej, księżej reprymendy – dla swoich cięć wynajduje cele zadowalające mało. Jak jednak działać mu inaczej, skoro stajał już niby zlodowaciała meduza i swą twardość, posiadaną wyłącznie dzięki swemu obumarciu, musi liczyć do spraw przedawnionych?

            Nie wiem, która jest godzina, i, prawdę mówiąc, nie obchodzi mnie to. Widzę mknące samochody i będących w ruchu przechodniów. Jakby było zbyt późno na jazdę do Kuby, ulice i trotuary świeciłyby pustkami. Zresztą sama Kuba pięć minut temu zapraszała mnie. Zgoda, mam zegarek, wystarczy spojrzeć. Siódma pięć. Coś kręci mnie w nosie, zmuszony jestem kichnąć. Przeziębienie? Po co się martwić, w Afryce będzie cieplej. Wsiadam w autobus, metrem w Schizogrodzie na razie nie wszędzie się zajedzie.

            Moja skłonność (i zdolność) do rozmyślań – w sytuacjach przywołujących zwyczajnie nudę – jest fikcyjna. Nudzę się jak każdy patałach. Myśl nie zaistniewa tam, gdzie jej sprawca widzi, że w tym przypadku całe postępowanie wyobraźniowe poszłoby w nicość, nie zostałoby zrealizowane. Jednak przecież tutaj wszystko odbywa się na dwóch planach, a jako że jeden jest realizacją drugiego, mechanizm ten nie ma tu zastosowania. Mózg winien zaznawać także fazy odpoczynku, możliwe. Wszelako ten dyspozytor naszych uświadamiań i naszych przedsiębrań, jak reaktor w elektrowni atomowej, raz wprawiony w ruch – musi chyba niestety zachowywać ciągłość pracy, pozostawać w ruchu niechby tylko jałowym. I to ostatnie będzie jego odpoczynkiem, choć kto wie, czy taki odpoczynek go nie zabija. Pracy mózgu wymaga i prosta percypacja zmieniających się w podróży widoków. Nie odnotowuję ich szczegółowo ze względu na przyświecającą mi ideę skupiania się na istocie sprawy – kosztem jej okoliczności, które mogłyby ją zdominować.

            Wielkie bloki mieszkalne, mniejsze od nich hale targowe, całkiem małe sklepy i kioski. Ludzie żyją nie samym, będącym zresztą metaforą wszelkiego jedzenia, chlebem. Umilają sobie egzystencję rozbudzaniem i zaspokajaniem i  innych głodów. Gdy zniszczymy zdrowie, poruszamy niebo i ziemię, by zdobyć specyfik, który zdrowie przywraca. Jedni są głodni sukcesu własnego, drudzy zgadzają się na to, by w ich imieniu sukcesy osiągał ktoś inny, z nimi tylko spokrewniony, spowinowacony, mówiący tym samym, co oni, językiem. Lecz oto i przystanek, na którym mam wysiadać. Powstaję ze swego siedziska, między równymi rzędami foteli przechodzę ku wyjściu. Teraz sus z wysokiego stopnia i spacerek wśród osiedlowych parkingów w stronę bloku, gdzie w jednym z jednopokojowych, skromnych mieszkań Kuba, wraz z naszym synem Socjuszem, ma swój mieszkaniowy meldunek. Nawiedza mnie przykra myśl, że, wybrawszy konwencję daleką od pornograficznej, skrajnej szczerości, nie stwarzam materiału, który mógłby być mocną podstawą dla badań o prawdziwych, przedstawiających rzecz bez pominięć, realiach życia jednostki jakoś tam szczególnej. Żeby bowiem człowiekowi dogodzić, trzeba znać jego potrzeby. Ludzie mało spostrzegawczy, potrafiący rozmawiać jedynie dzięki spostrzeżeniom poczynionym przez innych, poruszają się po terytorium żałośnie nierozległym i nie są w stanie wyartykułować swoistości choćby tylko własnych wędrówek i zasiedzeń; o swoich potrzebach mogą dowiedzieć się jedynie z opowieści osoby spoza swego środowiska – jak zwierzę, którego samoświadomość musi zastąpić wiedza hodowcy. Niech więc mi nikt nie mówi, że poznawanie samego siebie jest zajęciem pozornym, o efektach, które bez żalu można pominąć! Eksperymentując, na ile standardy człowieczeństwa, odziedziczone przez nas po przodkach stawiających sobie być może to samo pytanie, wolno nam zaniedbać, z ludzi – przemieniamy się w psy, świnie, dżdżownice. Czy nauka piewcy miłości, wedle której mamy żyć w cichości i w rozmodleniu – porzuciwszy zgiełk i ambicje, nie prowadzi do takiej właśnie przemiany? Zawierzyć którejkolwiek z potęg, stając się w jej rękach ślepo posłusznym narzędziem, czyż to jest rozsądne? Owce muszą iść za swym pasterzem; inaczej nie zabije ich człowiek, tylko zginą w paszczy, niegodnego ich ofiary, wilka. A jeśli Jezus jest wszechświatem, na którego mistyczne Ciało wszyscy się składamy – czy i wtedy powiem, że Jego dziwną naukę należy rozpatrywać w kategoriach zwykłej, przydatnej w porządkowaniach spraw przyziemnych, logiki? Biorąc najostrożniej, wypada powiedzieć, że logika jest chyba… jedna. Jezus mógł być mentalnym mocarzem, dającym dowody swojej władzy nad żywiołami, czyniącym cuda. Ale czy cudotwórca i mędrzec to musi być jedna osoba? Proroctwa mówiły, że musi.

            Tak rozmyślając, kończę mój spacer przed blokiem Kuby. Na automacie odmykowym wystukuję dwie cyferki. Kuba wie, że to ja, więc w domofonie nie słyszę jej głosu, tylko od razu sygnał uruchomionego elektromagnesu, znak że można otwierać. Wchodzę.

            A tak w ogóle, to czy wierzyć w proroctwa i patrzeć na nie z nabożeństwem jest rzeczą godną człowieka rozumnego? Przecież gdyby te gwarantowane autorytetem natchnionej biblii przepowiednie miały się potwierdzać, oznaczałoby to, że w dziejach nie ma wolności, że życie ludzi przebiega podług, z góry wiadomego dla wtajemniczonych, fatum. Ktoś nazwie je „planem Bożym”; Przeznaczeniem, od którego próżno szukać ucieczki.

Lipiec 27th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 7

            Dzwonię, bo na to ósme piętro już wjechałem i stoję przed drzwiami. Kuba otwiera, uśmiechając się sympatycznie. Trzeba powiedzieć, że moja żona, mimo upływu lat, posiada w swoim wyglądzie, ruchach i głosie dużo kobiecego uroku.

            – Cieszę się, Kubo, że znajduję cię w dobrym nastroju – odwzajemniam uśmiech.

            – Żebyś tylko nie narobił sobie ciężkich kłopotów swoim znajdowaniem wszędzie i we wszystkim dobrych stron! – Kuba próbuje mnie przestrzec. – Wchodź, co tak stoisz.

            Przestępuję próg i od razu widzę Socjusza, który pracuje przy swym komputerze. Mam w „domu” Kuby swoje bambosze, więc przenoszę się w nie, żeby tu nie błocić. Zdejmuję też jesionkę.

            – Cześć, tato! – wita mnie syn. Jest trochę podobny do mnie, ale nie tak drobny i nieco wyższy niż ja. – Z góry przepraszam, że nie będę mógł poświęcić ci więcej czasu i uwagi. Niestety, choć pracuję bez przerw, roboty ubywa mi strasznie powoli.

            Przechodzę z Kubą do kuchni, żeby nie przeszkadzać w pracy młodemu architektowi wnętrz. Cieszę się, że chłopak sobie radzi, chociaż jego zajęcie jest zbyt absorbujące czasowo, by móc tutaj nie mieć zastrzeżeń.

            – Pogrzeb trochę w dokumentach – z uprzejmą prośbą zwracam się do żony – i znajdź mój paszport. Potem mógłbym zapomnieć cię o to poprosić.

            – Nie wiem, jak z taką pamięcią możesz liczyć na sukces rozwiązania zagadki kryminalnej! I to gdzie! Daleko poza granicami kraju!

            – W mojej pracy pomagała mi zwykle nie pamięć, lecz zmysł improwizacji i… szczęśliwy przypadek, który umiałem spożytkować, Kubo. Gdybym, zgodnie z regułami i prawidłami tradycyjnego podchodzenia do spraw, siedział w Festylii i uprawiał tam „normalny” zawód, nigdy nie trafiłbym do Bermongu, nie znalazł ciebie i nie sprawił, że stałaś się moją żoną. To ostatnie nie wpłynęło pewnie na losy ludzkości, ale kto wie, czy jeszcze nie wpłynie, zważywszy że przy tobie znormalniałem i moje, nacechowane zawsze ogromem skali,  działania zyskały dodatkowo przymiot realizmu, a więc wykonalności w warunkach twardego konkretu. Miękki konkret, jaki dotąd preferowałem, to było rzeźbienie w lipie, przynoszące efekt w postaci figur dobrych do ustawiania pod dachem. Moje dzisiejsze rzeźby z powodzeniem oprą się i wiatrom, i deszczom. To oczywiście przenośnia. Ale powiedz może, Kubo, co z synem Matrycji Remodas, Ertypem, który dopuścił się gwałtu na nieletniej. Rurer go wybroni, bo i uleganie popędom to wszak posłuszeństwo głosowi natury, nie żaden karalny egoizm. Raczej egoizmem jest tłumienie zdrowego popędu; popęd stwarza, nie unicestwia.

            – Naukowy światopogląd dzisiaj w odwrocie – kręci nosem Kuba. – „Cyrkla, wagi i miary do martwych użyj brył”, że zacytuję klasyka romantycznej wiary w nieujmowalność formalną ściśle ludzkich własności. A zresztą ty wiesz, co dla dziewczyny znaczy być gwałconą?

            – Wyobrażam sobie, Kubo. Ale wiem też, co za męką i doprowadzaczem do jakich to znieprawień natury bywa tłumienie popędu lub rozładowywanie go sposobem nienaturalnym.

            – Temu problemowi nie zaradzisz – stwierdza Kuba, wzruszywszy ramionami.

            – Zaradzę! – zaprzeczam niepowściągliwie. – A jak nie ja, to zaradzi mu kto inny!

            – A jak tam kasyno? – rzuca Kubiątko. – Pewnikiem zgrałeś się do cna?

            – W ogóle do kasyna nie dojechałem – teraz to ja wzruszam ramionami. – W pewnym momencie pomyślałem, że, spalając benzynę, potęguję efekt cieplarniany, więc zatrzymałem wóz przy najbliższej przepaści i zepchnąłem go w nią.

            – Niedługo strzelisz sobie w łeb, żeby tylko wydychanym dwutlenkiem węgla tego zakichanego efektu nie powiększyć! – unosi się Kuba, zła że teraz zmaleje nasz globalny dochód, bo do tych dwóch czy trzech miejsc, gdzie chcę czy muszę bywać, będę odtąd jeździć drogimi autobusami. Wstaję, uznawszy, że dość się nagadaliśmy.

            – Twój paszport położyłam na lodówce.

            Biorę tę broszurkę w niebieskiej okładce, wpychając ją następnie do napierśnej kieszeni surduta. W oczach Kuby widzę ni to niepokój, ni to pytanie.

            – Jeśli o to ci chodzi, to będę tam z tydzień.

            – Pamiętaj, że masz do kogo wracać – mówi Kuba, z którą przecież jestem związany ciepłym uczuciem już od ćwierćwiecza z hakiem. – I w razie czego uruchom swój instynkt samozachowawczy!

            – Awariom tego instynktu zawdzięczam to, że niekiedy wychodzę w ogóle z domu.

            Żegnam się jeszcze z Socjuszem, wdziewam jesionkę, buty i wyruszam na poszukiwania ulicy Mieszanej. Dopiero w połowie drogi uzmysławiam sobie, że adres ambasady Tutabonu mógłby mi wyszukać w Internecie mój syn, dziecko swoich czasów.

            Uporczywe ślęczenia nad rękopisami – nakreślonymi ręką człowieka, którym kiedyś się było. Wyszukiwania w nich ustępów co udańszych. Gorszenia się dawnymi zapisami swych zepsuć, przecież tak nieznacznie odbiegającymi od dzisiejszych. Liczę na własne odrodzenie, doczekanie i w swoim osobistym przypadku bezkresnego okresu, zapowiadanej wszak właśnie przeze mnie,  wielkiej przyszłości człowieka.

            Niemal w dzień mego pierwszego przyjazdu do miasta Schizogród odbyłem po nim spektakularny objazd. Moim przewodnikiem był wówczas stary Schizogrodczyk, Radogarst Trafka, którego poznałem przypadkiem, gdym włóczył się po tutejszej Starówce, nie mogąc już znieść krzyczącej ciszy hotelowego numeru. Trafka domyślił się, że jestem obcokrajowcem, więc z miejsca zaoferował, że bezpłatnie oprowadzi mnie po najpiękniejszych zakątkach najstarszej dzielnicy obecnej stolicy Pyrii. Spytałem, czy nie mógłby poszerzyć swej oferty, ponieważ jestem ciekaw sekretów całego miasta. Poszerzył. W trakcie kilkugodzinnej  wędrówki taksówką (wtedy było mnie jeszcze na taką stać) poznałem topografię, inaczej mówiąc: rozkład przestrzenny, metropolii, w tym ten jej szczegół, gdzie szukać obszaru, na którym zorganizowano największe skupisko ambasad. Tam właśnie teraz pojechałem, choć wiem już, że niestety reguła zna wyjątki i moją wyprawę w okolice Placu Trzech Gwiazd może zwieńczyć fiasko. Wydostaję się z przepełnionego, a to głównie młodocianymi amatorami pobliskich dyskotek, przegubowca i wśród dość licznych tu jeszcze o tej porze przechodniów wyszukuję takiego, co to wygląda mi na osobę zorientowaną.

            – Ulica Mieszana to będzie tam – pokazuje ręką starszy mężczyzna w kurtce. – Pierwsza poprzeczna za tą secesyjną kamienicą z bazaltowymi kulturystami podpierającymi balkon. Interesuje pana jaki zakres numerów?

            – Ściśle biorąc, dwójka.

            – A, to już po drugiej stronie Alej Przejezdniczych. Ale ten sam trakt.

            Dziękuję informatorowi i gnam, wydłużywszy krok. Nie jest to pora załatwiania interesantów w ambasadach. Co gorsza, nie wszyscy ambasadorowie mieszkają w ambasadach. Ja jednak liczę na dopisujące mi w ważnych sprawach szczęście. Jest! „Demokratyczna Republika Tutabonu” – odczytuję pyryjską wersję dwujęzycznego napisu, wyrytego na miedzianej blasze tabliczki, którą przyśrubowano do betonowego parkanu. Za tym parkanem – spora willa, prawie pałacyk. Obok tabliczki – brama. Zanim wezmę się do jej forsowania, sprawdzę, czy nie ma tu guziczka uruchamiającego dzwonek. Nie ma. Podskakuję, chwytając dłońmi za górną krawędź osadzonego na solidnych zawiasach żelastwa. Potem podciągam się na rękach i prawą nogą próbuję zaczepić o tęże krawędź. Teraz tylko wyprost rąk, przełożenie drugiej nogi i jesteśmy w domu! Zeskakuję.

            Wspominania dawnych eskapad, wspinaczek na szczyty o dużej skali trudności ich zdobywania. Domorosły wagabunda zmierza równo ułożonym trotuarem ku kolejnym skrzyżowaniom na jego ulubionej trasie, gdzie każde postawienie stopy to błogość, a satysfakcję z pochłanianych mil powiększa jeszcze rodząca się spontanicznie świadomość, że przecież ten oto to nie jest bynajmniej ostatni spacer w kalendarzu jego niezwalczonych ochot.

            Panujący mrok rozświetlają nieco latarnie. Ambasada, zasłonięta po trosze wciąż obecnymi na kasztanowcach liśćmi, poświeca z co poniektórych okien kolorem nie całkiem zatrzymujących światło zasłon. Raptem słyszę wokół mnie podejrzany a przybliżający się niepokojąco prędko szelest! Psy! Rozpaczliwie grzebię w kieszeniach jesionki, chcąc znaleźć tam coś, coby mogło uratować mnie przed pogryzieniem ze strony tych obronnych wilczurów, nic takiego wszelako nie znajduję! W porę połapuję się szczęściem, że jesionka to przecież nie mój czarodziejski surdut i, odgiąwszy jej poły, z kieszeni surduta właśnie wyciągam pęto aromatycznej kiełbasy, które rzucam daleko – w stojące zresztą po obu stronach gmachu krzaki! Pęto jest jedno, strony gmachu są dwie – kiełbasę rzuciłem w krzaki po lewej mojej stronie. Lecz psy są zbyt dobrze wytresowane. Albo po prostu ja pachnę im bardziej niż kiełbasa. O dziwo, nie rzucają się jednak na mnie, lecz zaczynają ujadać. Nie spuszczam ich z oka, starając się choćby siłą woli powstrzymać drapieżniki od możliwego wszak nadal ataku.

            – Co tu robisz, zatracony włóczęgo!? – dobiega mnie głos nocnego stróża.

            – Niech pan wpierw zabierze te psy! – odkrzykuję.

            – Kim jesteś! – naciska niewzruszenie stróż, którego zresztą ledwie widzę kątem oka.

            – Moje nazwisko: Flakonon Plux! Ambasador czeka na mnie z pieniędzmi!

            – Bezczelny złodzieju! – klnie mnie stróż, wyjmując z kieszeni telefon komórkowy. Będzie wzywał policję! To pewne jak amen w pacierzu! Szczęściem widzę, że zasłona jednego z oświetlonych okien ambasady zostaje nieco podwinięta przez kogoś wewnątrz. Moja powierzchowność nie jest, co prawda, znana w Pyrii, niemniej zainteresowanie osoby wykształconej coś już obiecuje. Obserwująca mnie z okna osoba to musi być bowiem żona ambasadora, albo on sam. No, może to być jeszcze ich dziecko, ewentualnie ktoś ze służby.

            – Panie ambasadorze! – krzyczę. – Przychodzę z polecenia doktora Lin Piao! Proszę nakazać stróżowi, by zabrał stąd psy! Bo jeszcze chwila, a zrobią ze mnie kotlet!

            Osoba w zamkniętym oknie, uchyla je. Nadal słabo ją widzę. Zaraz jednak słyszę jej donośny głos:

            – Czy pan Flakonon Plux?… Widzę, że tak; któżby inny użył tak niekonwencjalnego sposobu składania wizyty. Panie Grzesiu, proszę zabrać psy i trzymać je w zamknięciu do odwołania.

            Zdegustowany traktowaniem przybłędy jak człowieka, któremu należne są względy, stróż przywołuje te swoje dwa wilczury, co także w nich budzi konsternację. Ale idą za stróżem, już nie szczekając (tylko fukając po psiemu), gdzieś na tyły willi, co wiem, bo znikają wspólnie za jej rogiem. Tymczasem ambasador pojawia się w otwartych drzwiach frontowych swego domostwa.