Marek Słyk

Oficjalna strona pisarza Marka Słyka

Powieść

Lipiec 15th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA

Napisana przez autora o nazwisku Marek SŁYK quasi-powieść pod tytułem „PRA-WEDA”. Motto: „Prawda was wyzwoli”. (Jezus Nazarejczyk).  Dedykacja: Wszystkim – -

Lipiec 15th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 1

            Póki jest jeszcze czas na formułowanie, intuicyjnie przecież już we mnie istniejących, odpowiedzi na stawiane bez rezultatu od tysiącroczy przez myślącą mniejszość ludzkości pytania, przystępuję oto w cichości mego gabinetu do zuchwałej próby przekształcenia mej intuicji w pewność. Niby pewna jest tylko śmierć, natomiast zwycięstwo zawsze musi być chybotliwe. Niemniej, ufny zasadzie wyjątku, tym usilniej  próbuję wypracować własny, zapomniany dawno tryumf, a to tryumf nad bezwładem wszechświatowej masy, której pozostaję nieodrodnym, aczkolwiek silniej niż to bywa zazwyczaj, zbuntowanym atomem. Nikła albowiem w klęsce przebywa mądrość, jeśli już mamy mówić, że nie sposób się ostać, nie bazując na tej właśnie, chętnie korespondującej tylko ze zwycięzcami, wartości. Nie zmienia to faktu, że do rozpoczynającego się – kilku powyżej napisanymi zdaniami – wyścigu startuję niestety z pozycji słabeusza. O, poznałem fałszywe uroki słabości, która, wypłynąwszy z mej – teraz widzę, jak lekkomyślnej! – rezygnacji z uczestniczenia w bojach przeciwko naturalnym wrogom, spowodowała ten, ciągnący się dziesiątkami roków i mający dla mnie skutki jakże opłakane, stan wyższej konieczności –  zmagania się z jakimś, quasi-fikcyjnym wrogiem nieokreślonym! W tym ostatnim rozpoznałem samego siebie dopiero wtedy, gdy go prawie już zdołałem zabić; będąc tym słabszym, im bardziej zwycięskim, nie mogłem wyciągnąć innego wniosku niż ten, że to jestem ja sam. Wiem, mój potencjalny czytelniku, że to, czy staniesz się mym czytelnikiem de facto, zależy w równej mierze od twego kaprysu – jak od twego (a nie mego) interesu. Otóż w kaprysie jest los, w interesie – ślamazarniejsza odeń kalkulacja. Wikłać się w myślowe ścieżki osoby słabej, nadrabiającej za to nadmiarem wysilonej – powie ktoś – pseudofilozofii, nie zechce przez rozum raczej nikt. Toteż, uświadomiwszy sobie dosłownie  przed momentem, iż idąca tu, a mająca mieć swój finał może po latach mej męczarni, quasi-literacka praca uzyska sens dopiero wówczas, kiedy na te domniemane manowce czytelnika zwabię, spróbuję argument na rzecz, jak wierzę, naszą wspólną – jakoś wyprodukować środkami na tyle racjonalnymi, na jakie mnie stać, wspomagając namowę do lektury obietnicą pewnych propozycyj odwołujących się do twego – o ile mogę to odgadnąć – kaprysu. W dalszych partiach kiełkującego tu tekstu zostanie wyjaśnione, dlaczego istnieć jako cokolwiek musimy, a tego, by ostać się jako byt będący w drodze na właściwym naszym aspiracjom stopniu zaawansowania, nie mamy zagwarantowane. Otóż moim zamysłem jest obmyślić tu uniwersalną metodę (na własnym niestety przykładzie), jak nie ulec zbylejaczeniu. Że waży się na to człowiek słaby, jakim jestem, wiarygodność przekazu winno tylko wzmocnić.

            Pakuję manatki i jadę do Monte Karlo. Samochód mam niezły; jest to przerobiona od strony samej koncepcji osobiście przeze mnie, a wykonana rękoma zdolnych wynajętych blacharzy, sportowa wersja poloneza karo, co wzmiankuję po trosze, żeby się pochwalić, lecz głównie chodzi mi tu o gruntowność opisu, ponieważ co by to było, gdybyś, drogi badaczu  osobowości Flakonona Pluxa – wesołego pechowca, musiał bazować na nieaktualnych danych sprzed lat i wiosen, kiedy to po bezdrożach zamieszkiwanej wówczas przeze mnie Festylii telepałem się starym lombardari super. Do diabła, ktoś dzwoni!

- Tak? – tchnę do komórki. Ze słuchawki dobiega coś, jakby szemranie strumyka.

 - Cześć, Flaku, to ja – dobiega mnie cieniutki jak dźwięk skrzypiec głos mej żony, Kuby Plux, z domu Faynol, o której tyle wam opowiadałem w poprzednich tomach.

 - Witaj, Kubo. Ale słyszę szmery. Czyżbyś zbłądziła nad jakiś szemrzący ruczaj? Wybacz mą ciekawość, ale to przez jej brak Indianie nie dokonali wynalazku koła nawet.

        – Kąpię się w łazience – Kuba ceni konkret, dzięki czemu tak pięknie z sobą kontrastujemy. – Dzwonię, bo miałam telefon od Matrycji Remodas, której syn popadł w konflikt z prawem i która w związku z tym pyta, czy posiadasz wiedzę na temat, kto może być profesjonalnym… (poczekaj!, mydło wpadło mi do ucha, muszę je trochę odetkać!)…  obrońcą w sprawie o gwałt. Wiem, że chodzisz z głową w chmurach i mało dbasz o kwestie, jakbyś powiedział, przyziemne. Coby nie mówić, jak zapatruję się na ten twój zwyczaj, zawdzięczasz mu znajomość innych pasjonatów operujących w ramach problematyki wolnomyślicielstwa, którym czasami nie przeszkadza to być specjalistami dziedzin dających chleb. Matrycja liczy na to, że wśród takich jest i zdolny prawnik.

        – Kubo, to prawda, że kolegów mam wielu, bo za takich uważam także tych, którzy choćby raz na mnie spojrzeli lub stali się wyznawcami poglądu, który równolegle formułowaliśmy, choć poza tym nie łączy nas nic. Słynny adwokat, jakiego poszukuje nasza przyjaciółka, to może być Dragstrom Rurer – sięgam do mojej kapitalnej w chwilach olśnień pamięci. – Przy jednym stoliku pałaszowaliśmy niegdyś w barze swoje jajecznice. Zagadnąłem go wtedy, czy przyszłości jadłodajnictwa nie widziałby może w przestawieniu oferty zakładów taniego żywienia na specjalnie skomponowane izotopy węgla, co odsunęłoby od ludzi konieczność wątpliwego moralnie zabijania zwierzaków, w tym ich form nienarodzonych. Odpowiedział, że taki węgiel też miałby cechy życia, więc szkoda trudu. Na to ja, że idę o zakład, iż do roku 2022 jadalny węgiel wyjdzie ze stadium prób i przejdzie do fazy przemysłowej produkcji. Rurer zakład przyjął, wręczając mi swą wizytówkę ze słowami, że o ile tej jednak dość odległej daty dożyjemy i o ile stanie się tak, jak przewiduję, to gotów będzie uścisnąć mi wtedy mą dłoń.

- Masz tę wizytówkę? – pyta Kuba, która żyje problemami chwili obecnej.

- Poczekaj, muszę zatrzymać wóz – mówię. – Byłoby jednak zbyt niebezpiecznie szperać w dokumentach, jednocześnie prowadząc.

- Jedziesz gdzieś? – Kuba wykazuje partnerskie zainteresowanie.

         - Tak, napadło mnie, by pograć w kasynie – tłumaczę, zjeżdżając na pobocze. Może to co poniektórego zdziwi, że znany przed laty z tułaczej bezdomności Flakonon Plux ma wreszcie prywatne mieszkanie. Lecz poza nim i niezłą bryką, w której teraz zresztą siedzi, cały swój majątek trzyma, jak i dawniej,  w przepastnych kieszeniach swego surduta. Grzebie w tych kieszeniach doprawdy nie tylko od wielkiego dzwonu, choć materialnych swych potrzeb nie rozognia, ponieważ o cennych rzeczach woli jedynie wiedzieć, niźli takowe posiadać, co upodabnia go zapewne do starożytnych czy choćby średniowiecznych ascetów. Ale książki, dzięki którym wiedza staje się czymś, po co można sięgnąć, uzyskały ostatnio w Pyrii, kraju, gdzie z rodzinnej Festylii Plux się przeniósł, ceny nieledwie niebotyczne. Ascetyzm Pluxa lub, by wrócić do narracji pierwszoosobowej, mój cechuje jednak, znana z prac Alberta Einsteina, względność. Tak więc obojgiem rąk szperając w kieszeniach, potrzebny kartonik szczęśliwie prędko znajduję.

        – Kubo, jesteś?… Fajnie. Czytam ci: „Dragstrom Rurer, adwokat. Telefon biura: 7777777”. Siedem siódemek, łatwo zapamiętać. „Adres biura: Aleja Niewolniczego Trudu 1”. Jedna jedynka, też pamięć łatwo przyswoi.

          – Dziękuję, Flaku – mówi żonka. – Ale z tą łatwością zapamiętania to chyba nie będzie zupełnie tak, jak przewidujesz. Coś mi się pokićka i podyktuję Patrycji, że telefon Rurera to cztery czwórki lub osiem ósemek.

- Kubo! – parskam, zgorszony. – A ilocyfrowe są telefony w Schizogrodzie? Siedmio.

- A jak mam skojarzyć Aleję Niewolniczego Trudu z jedynką?

 - Tak, że niewolniczy trud to nasza ludzka pierwszoplanowa powinność.

- No dobrze. Tylko nie zgraj się do cna w tym Pacanowie, czy gdzie tam jedziesz. Pamiętaj, że jesteśmy ludźmi ubogimi. Pa!

          Rozłączam komórkę, po czym uruchamiam starter mojej maszyny. Odkąd mieszkam w Europie, moje życie jęło przypominać bajkę. Pyria nie jest może najpyszniejszym krajem – już choćby tylko ze względu na jej przeszłość, zaludnioną milionami istnień, które los przedwcześnie uczynił trupami, a czego pamięć beznadziejnie obciąża mentalność Pyryjczyków, ale dobre położenie geo-potrzebnościowe, czyli to, że wszędzie stąd blisko, umożliwia, bo, że zapewnia, toby był niepożądany przecież nadmiar szczęścia, wypracowanie uspokajającego przekonania, że da się tu żyć. Pyria, kraj pyr, a więc ziemniaków, dla ludzi już tylko nieznacznie odbiegających od normy ku tak zwanemu przesadyzmowi – mieni się w swej codzienności, a co dopiero mówić o dniach świątecznych!, wszystkimi barwami tęczy. Środek kontynentu – czyż nie brzmi to podobnie jak tylekroć może wyszydzany, lecz w gruncie rzeczy mający wymiar tryumfalny, pępek świata? Być może rozwodzę się tak nad, kto wie, czy nie rzekomą, wspaniałością dotykanego obszaru dlatego, że sam tu zamieszkałem. Cóż, jestem fanatykiem własnej osoby nie bez powodu. Okaże się dalej, czemu tak sądzę.

Lipiec 17th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 2

            No więc tak. Jadę moim polonezem karo, przez boczne okienko poklepuję go po blaszanym boku i byłbym już prawie, zamiast przerzucić bieg na piątkę i mocniej pocisnąć pedał gazu, chcąc podwyższyć tempo, ponaglił go okrzykiem: „wio, Kary!”, ale nie chcę z Ziemi robić planety wariatów. Wariaci są to wspaniali ludzie, przynajmniej niektórzy, a jednak nie będę powiększał ich grona tylko z tej racji, że mimowolny zbieg okoliczności sprawił, iż mam okazję łatwego dowcipu. Łyżka od widelca różni się nieznacznie, tym niemniej zrobienie racjonalizacji w postaci jedzenia zupy widelcem, a kotleta – tą drugą dlatego, by odejść od nieznośnie uprzykrzonego stereotypu, byłoby lekarstwem gorszym od choroby. Coś trzeba robić, jakichś zmian dokonywać – nie wszystko to wszakże musi być zaraz wariactwem. Są, poza dawno wyeksploatowanymi, i dziewicze rejony, gdzie można i, co uzasadnię dalej, trzeba zaprowadzać swoje porządki. Odszedłem od tekstu do sypialni, kędy w radiu spiker pomylił się i bez widocznego powodu wypowiedział: „miłe złego początki”. Porządki, początki! Czyżbym miał wpływ na to, co w jakimś studiu, o wiele kilometrów stąd, mówią inni ludzie?! Chcę rozszyfrowywać tajemnice, że takie bowiem od czasu odkrycia kwantów się ostały, w to nie wątpię. To więc dla mnie pozytywny znak. Ale na razie trzeba uważać na co innego. Powiedziałem coś o jakiejś „sypialni”, to po prostu inne piętro mojej rzeczywistości. Na tym mamy niebezpieczny zakręt i… gęsi! Przemierzają szosę, po której moim wozem szusuję, jak wielkie jakieś panie, którym ani w małych główkach, że mógłbym po nich przejechać jak po zwykłych białych muldach, pozostawiając bez życia te dumne nadmiernie ptaki! Człowiek pieszy, widząc nadjeżdżające auto, ma czekać, a gęś – nie? Hamuję ostro i pozwalam ptactwu przejść. Na szczęście za, do diabła, czy tak można powiedzieć?, parunastoosobowym stadkiem kroczy pastuch i drobi gęsiarek, bo chyba nie owczarek, prawda?, który to duet pogania swoje podopieczne, dzięki czemu nie aż tak długo będę musiał czekać. Wokół pejzaż typowo pyryjski: wierzby, stojące co kilka metrów ciągnącym się niemal w nieskończoność szeregiem przy podniszczonej asfaltowej jezdni; wykoszone łąki, na których schnie w z rzadka rozstawionych stogach aromatyczne siano; pola, pracowicie zorane przez wieśniaków pod jesienny siew. Zresztą nie wiem, może jesienią się nie sieje, choć nie jestem pewien i tego ostatniego, zważywszy że przecież istnieje taka rzecz jak zboże ozime. Gęsi wraz z obstawą przeszły. Dopiero teraz zauważam zagrodę, w której czeluściach znika zaraz kondukt, co tak mnie zdenerwował. Wrzucam jedynkę.

            Człapania z kretyńskim upodobaniem bezzębnymi dziąsłami, bezskuteczne przyczesywania sterczących, po bokach wyłysiałego centrum, włosów. Dawno zapomniany przez nielicznych, przez innych niedostrzeżony, a ogromnej reszcie zwyczajnie nieznany – wynalazek warracji dobija się o godne siebie miejsce w dziko porośniętych kolokwializmami ostępach współczesnej (chwilowo!) literatury.

        Jasne, efekt cieplarniany. To jest temat ostatnich dni, który należy poruszać do skutku, bo i co rusz nam nieruchomieje. Póki co, społeczeństwo nie wykazuje zainteresowania. Nieliczni tylko nawołują rozpaczliwie do bezzwłocznych działań, bo sprawa jest do uratowania jedynie w razie pójścia za głosem świadomych jej klimatologów już zaraz, po namyśle niechby nawet i rocznym, a jeżeli dłuższym, to nie o wiele! Permanentne huragany, a komu to nie przemawia do wyobraźni, nieustające trąby powietrzne; zatapiające połowę takich krajów jak Pyria powodzie; susze, w wyniku których obumiera wszelka roślinność dająca dotąd pokarm ludziom i zwierzętom; podwyższanie się poziomu mórz, w związku z czym zalewane są przez wodę morskie porty; śmierć ludzi, zwierząt i wszelkiego życia na skutek przegrzania! Czy ta perspektywa, jaką z coraz większym nasileniem serwuje nam i pozostałym strukturom biologicznym efekt cieplarniany, nie winna nas skłonić do przeciwdziałania? Wiadomo, co robić. Zlikwidować elektrownie i kotłownie węglowe; zakazać użytkowania samochodów z silnikami spalinowymi; wprowadzić na ich miejsce elektrociepłownie jądrowe, samochody napędzane elektrycznością lub wodorem. Nie raz w historii świadome zgubności przyzwyczajeń ogółu przedsiębiorcze jednostki wymuszały na masach tych przyzwyczajeń zmianę. Teraz to im się uda, jak przypuszczam, dopiero wtedy, gdy straszliwy efekt cieplarniany poczyni szkody oczywiste nawet dla matołów.

            Jadę. Nie da się powiedzieć, że i sam nie powiększam zgubnego cieplarnianego efektu, spalając benzynę w moim wehikule. Uświadomiwszy to sobie, zatrzymuję pojazd przy najbliższym skraju przepaści. Wysiadam, biorę z bagażnika walizkę z rzeczami, samochód w przepaść spycham. Możecie mówić, co chcecie, w kraju od dawna mamy zagwarantowaną prawem wolność przekonań. Możliwe, że sprawny samochód jest to rzecz zbyt cenna, by niszczyć ją, powiedziałby ktoś, dla kaprysu. Mógłbym przecież znaleźć odpowiedni warsztat, zmienić silnik spalinowy na elektryczny i pojechać dalej, tam, gdzie sobie jechać zamarzyłem. To jednak nie takie proste. Co prawda, znajduję się w świecie mającym dane spełniać zamiary zależne tylko od mej fantazji, ale istnienie tej ostatniej we wszystkim warunkuje realizm podstawy, na jakiej jest ona wsparta. Cuda cudami. Straciłyby całą swą osobowość, gdyby nie realistyczne tło, które musi przeważać nad cudownością, bo i gdzie wtedy miałaby być decydująca o jej wyszukaniu unikatowość.

             Biorę walizkę w garść, przechodzę na drugą stronę szosy, ażeby mieć na wprost jadące z naprzeciwka wozy, i kontynuuję wędrówkę, tym razem już modłą piechura.

        Przyroda jest to wspaniała rzecz, w książkach tę prawdę powtarza się jak mantrę, a przecież może też znużyć. Dotąd miałem po bokach wierzby tudzież puste przestrzenie pól i łąk. Teraz mam las. Po wysiłkach ekstra, czynionych siłą zniewolenia atrakcyjnym myślowym postulatem, rzeczywistość zwykła wracać do stanu równowagi. Las niby jest piękny, nigdy go dosyć, a już zwłaszcza nigdy nie powinno być go za dużo. Przyzwyczajony do krajobrazów miejskich, prędko widok takiego skomasowania drzew, krzewów i mchów zmuszony jestem uznać za przesadę. Równowaga to przecież równomierne rozłożenie akcentów. Lubię dyskutować. Niemniej teraz bezdyskusyjnie brak mi jakiegoś choćby domu. Przekleństwo, zając! Rzucam za nim szyszką.

        Tępota – zawiniona przez wcześnie debiutującą starość. Żałośnie nieskuteczne próby niedawno zaprzysiężonego staruszka powrotu do zwyczajów zwariowanej młodości. Ludzie nadal szaleją. Z braku oczytania, egzystencjalne oczywistości ogłaszają za swoje odkrycia; upajają się budującym faktem, iż ich, czynione wszak mimochodem, spostrzeżenia pokrywają się, jakże dokładnie!, z tym, co o ostatnim meczu Ligi Mistrzów powiedział telewizyjny komentator. O co mi chodzi. Czy chcę moimi słowami kogoś obrazić?

       Ciężko nieść tę walizkę; ludzie w przejeżdżających od czasu do czasu toyotach, nissanach i volkswagenach tego przygarbionego drobnego mężczyznę pod sześćdziesiątkę, jakim jestem, oceniają na pewno z trudem. Bo kim ja mogę być? Nie wyglądam na grzybiarza, myśliwy dźwigałby flintę, turysta, zamiast walizką, obarczyłby się plecakiem. Stawiam walizkę na boku, przysiadam na niej. Mimo to, że moje oczy nie pałają zwykłym u ludzi szalonych fosforycznym blaskiem, że jestem przeciętnie ubrany, wzrostu nieco tylko więcej niż średniego – większość powie: to jakiś wariat. Co to mnie obchodzi.

Z piskiem opon hamuje tuż przy mnie poobijany fiat 126p.

        – Podwieźć pana? – rzuca samotnie siedzący w blaszanym pudełku kierowca. Jest to mężczyzna w moim wieku, ma też z pewnością wiele innych cech, które możnaby wzmiankować. Ale nagle owładnywa mną słabość, ledwie znajduję siły, by wyartykułować odpowiedź na propozycję tego kudłacza w poplamionym swetrze.

- Nie chciałbym nadwerężać pańskiej uprzejmości.

       - Jakaż uprzejmość, interes obopólny! – kryguje się kudłacz, a mnie diabli biorą, bo nie wiem, czy, skoro chce na mnie zarobić, będzie mnie stać na sprostanie jego warunkom finansowym. Wybierałem się do Monte Karlo, gdzie nie jeździ się bez forsy, ale dopiero teraz dotarło do mnie, że jak mi startować w kasynie, kiedy z trudem tylko wiążę koniec z końcem, siedząc w moim Schizogrodzie na błyskawicznych zupkach i makaronie polewanym keczupem. Polonez, którym tak się chwaliłem i który bez żalu zepchnąłem w urwisko, też naprawdę był ledwo telepiącym się rupieciem – kupionym okazyjnie na złomowisku za 200 złotych.

- A ile by pan chciał za podwiezienie do najbliższego miasteczka?

         - Nic! Chcę mieć rozmówcę! Myśli pan, że to przyjemnie wpatrywać się w milczeniu w te znajome do obrzydliwości szczegóły krajobrazu? A tak, to pogadamy sobie, pan pozna moje życiowe utrapienia i przyjemnostki, ja – pańskie.

         - To jedziemy! – decyduję, pakując się na przednie siedzenie z walizką, którą teraz trzymam na kolanach. – Jednak rozmówcę znajdzie pan we mnie nieszczególnego. Od czasu, kiedy utraciłem ostatecznie wiarę w powodzenie sprawy, której poświęciłem ostatnie 20 lat  życia, właściwie stałem się milczkiem.

Kudłacz z trudem wprawia w ruch swój zdezelowany bolid.

       - Ja też właściwie jestem milczkiem. Co nie oznacza, że nie rozmyślam. A jak coś sobie wykoncypuję, to czasem bierze mnie ochota, by to upowszechnić. Ślę listy do mediów, zwanych dawniej publikatorami,  i bywa, że wydrukują. Ale – pan? Sam na szosie? Z dala od najbliższego miasta? Z walizką w dłoni? Głowa pęka mi od domysłów.

- Rozbiłem samochód – odpowiadam, trochę nawet zgodnie z prawdą.

- Jak to?! I nie czeka pan przy nim na pomoc drogową?! – ponosi kudłacza.

- Poszedł w drobny mak. Naprawa kosztowałaby więcej niż wart ten kawałek złomu.

- Może zawrócimy? Wziąłbym go na hol.

- Nie ma sensu. I nawet – możliwości. Grat poszedł w urwisko.

- Taka masakra, a pan ocalał? – mój przewoźnik łypie okiem podejrzliwie.

- Jak pan widzi, wyszedłem z tego bez draśnięcia. Sam się dziwię, że tak się stało.

        Kudłacz w poplamionym swetrze popada w kontemplację. Jedziemy w milczeniu przez dobre parę minut. Bez przyjemności oglądam mijane, typowe dla środkowej Pyrii, widoki. Żyję – jakby z rozpędu. Jakbym miał szansę jeszcze raz się urodzić, to nie wiem, co bym wybrał: wyjść na świat, czy siedzieć w mateczniku. Niby to wszystko jest tak bajecznie dziwne, aż proszące się o dociekania dociekliwego umysłu. Myśl ponadto ożywia, a tej ponoć, wedle mych własnych zapewnień, mam aż nadto. Rzeczywistość złośliwie nie chce się jednak dostosować do moich ontologicznych koncepcyj i w rezultacie gniję w problematyce wręcz jamniczej przyziemności, co oczywiście jest tylko zwykłą metaforą, ponieważ dla mnie naprawdę taki jamnik jest przyziemny na równi z orłem, choć ten ostatni uchodzi niby za władcę przestrzeni. Wielka przyszłość człowieka – oto jest to, co chciałbym budować! Ale nie bardzo wiem, co przy tej zbożnej tęsknocie może mnie utrzymać. Powrót zdrowia, które kiedyż to mi nie szwankowało? Przywrócenie młodości, w której to tylko ochotniej niż dziś kwękałem?

- A pan – zagajam – w jakiej to sprawie zabrał głos publicznie?

        – Co? – kudłacz jest zdezorientowany. – Ach, tak. Publicznie. No więc publicznie zabrałem głos w sprawie dziejów wszechświata. Wyjaśniłem, że ich bieg jest całkiem naturalny. Bo tak. Przyjmijmy wstępnie, że nie ma nic i tylko potencjalny byt chce zaistnieć. Jeśli zaś chce zaistnieć, to może zaistnieć jedynie w przyszłości – mierząc od chwili powzięcia tego zamiaru. A więc co najmniej od przejawienia się woli istnienia musi istnieć czas, nie ma na razie mowy o przestrzeni. Zresztą wola istnienia nie musi być czymś z gruntu pozytywnym; jest raczej tożsama ze zniechęceniem się nieistnieniem. Żeby jednak zniechęcić się do nieistnienia, też potrzebny jest czas. I ten potencjalny byt  percypuje przeskakiwanie z chwili na chwilę, aż w końcu staje się to dlań nie do zniesienia. Z kolei, żeby istniał czas, czyli owo przeskakiwanie z chwili na chwilę, potrzebne jest coś, coby te chwile „utwardzało”, ponieważ, chcąc skoczyć, trzeba mieć punkt oparcia. Innymi słowy istnienie czasu wymaga istnienia choćby okruszyny materii – przyjmijmy, że jest to, mający wymiar przyzerowy, punkt. Ten punkt, co rusz unicestwiany przez czas i przywracany przezeń do tego nibyistnienia, w końcu ma dość i eksploduje. Jest to równoznaczne z Wielkim Wybuchem, o którym mówią astrofizycy. Powstaje Wszechświat, który się rozszerza, przechodząc po drodze różne stadia i lokalnie odnosząc nawet taki sukces jak powstanie i rozwój inteligentnego życia. Gdy jednak rozszerzanie się Wszechświata osiąga punkt krytyczny, dochodzi do implozji. Ten „wybuch do wewnątrz” sprowadza Wszechświat na powrót do punktu i historia zaczyna się od nowa. Takie są dzieje Wszechświata.

- Sam pan to wymyślił? – pytam z udanym uznaniem w tonie, bo wykład Kudłacza wydaje mi się po prostu amatorski.

- Samemu to nie można nawet zjeść jajka, bo musi być naprzód kura, co to jajko zniesie.

- Jednak, że tak kontrowersyjny tekst zdecydowano się zamieścić w prasie, to poniekąd kuriozalne. Były jakieś echa tej pańskiej wypowiedzi?

Jedziemy przez cały czas, krajobraz za okienkami malucha trochę się zmienia. Więcej teraz domków i domów, zabudowań gospodarczych.

         - Czekałem na takie – wzdycha kudłacz grobowo. – Ludzie są jednak nieczuli na głosy odbiegające od ich codzienności. Chyba, że będzie to codzienność słynnych postaci ze świata estrady czy filmu. „Świat stworzył Bóg i jest to Jego sprawa, jak to zrobił”. Tak możnaby ująć światopogląd ludu.

- Gazety czytują nie tylko prości ludzie.

Właściciel autka wzrusza ramionami. Rzuca na mnie ironiczne spojrzenie:

- A pan co za sprawę prowadził przez ostatnie 20 lat?

- Ta sprawa nie wypaliła – mówię wykrętnie.

- A jakby wypaliła? Coby wtedy się stało?

- Miałem nadzieję, że wtedy przestalibyśmy umierać. Ale-ale! Widziałem tablicę, że do Pigułkowa zostało tylko 3 kilometry?

- Tak – stwierdza kudłacz niechętnie. – Jak pan chce, to zapraszam do siebie. Na herbatę.

- Chciałbym przed zmrokiem wrócić do domu.

- A gdzie pan mieszka? – rzuca pytanie, jakby oceniając, na jakiego to miasta mieszkańca wyglądam. Na wieśniaka to jestem zbyt anemiczny.

- Całe życie mieszkałem w dalekiej Festylii, ale od pięciu lat moje gniazdo to Schizogród – odpowiadam. – Przeprowadzkę zrobiłem, bo teraz Pyria to raj podatkowy.

- Był pan bogatym człowiekiem? Takim, co ma co tracić na rzecz fiskusa?

- A skąd pan wie, że nie jestem? Prawda, wahałem się, czy będzie mnie stać na jazdę z panem. Byłem. Dostałem monstrualny spadek. Przepadł.

        Mamy Pigułkowo, informuje o tym stosowna tablica. Domki mizerne, ale to dopiero przedmieścia, o ile można o czymś takim mówić w przypadku mieściny pewno niewiele pokaźniejswszej niż przeciętna wiocha. Inaczej wszak musiałbym coś słyszeć o tym miasteczku.

A nie słyszałem.

Lipiec 18th, 2012 by Słykołyk

PRA-WEDA odc. 3

- Do Schizogrodu dojedzie pan autobusem PKS. Raptem godzina drogi. Zdąży pan u mnie wypić herbatę i opowiedzieć o swoich straconych złudzeniach.

Patrzę na mego gościnnego rozmówcę. Sweter ma poplamiony, ale wygląda na uczciwego człowieka; przy tym nie jest to przygłup.

- Mieszka pan sam? – rzucam tylko.

- Miałem żonę, która urodziła mi dwóch synów, obecnie dorosłych. Możemy odwiedzić ją na cmentarzu. Wie pan, dokucza mi samotność.

- W takim razie jestem gotowy spędzić z panem trzy kwadranse.

        Mężczyzna demonstruje skinienie i w tejże chwili zajeżdżamy pod mały parterowy domek. Jego ściany są mniej poplamione niż sweter gospodarza, a spadzisty dach kryje najprawdziwsza dachówka z porcelitu. Spodziewałbym się raczej papy. Wodzę oczami po sąsiednich domostwach, ku swej radości znajdując prędko małą knajpeczkę „Pod Jeleniem”.

           - Zjem jakąś kiełbasę na gorąco z chlebem – wskazuję kudłaczowi – i zaraz stawię się u pana. I niech pan się nie boi, że do kiełbasy zamówię piwo. Należę, zapewne jak i pan, do rygorystycznych abstynentów.

- Tośmy się dobrali – Pigułkowianin pokazuje w uśmiechu zniszczone zęby.

         - Na razie! – rzucam. W knajpce jestem po parunastu sekundach, do pośpiechu nagli mnie bowiem głód. Bufet i 5 stolików, w tym jeden wolny. Trudno się spodziewać, by w takiej dziupli gości obsługiwał kelner. Podchodzę do bufetu i zamawiam to, co mówiłem. Szczęściem na ten prosty posiłek muszę czekać niedługo. Jedząc, czynię spostrzeżenia. Oprócz mnie wszyscy tutaj piją alkohol. Dwaj młodzi siedzą przy kuflach, pozostali dzierżą w dłoniach kieliszki. Jacyś kierują w moją stronę słowne zaczepki, na które nie odpowiadam. Inni nie zwracają na mnie uwagi, zachwyceni pijacką elokwencją swoich opowieści. Kończę. Walizka w garść i – do mego kudłacza! Kiełbasa była tłusta, herbata będzie teraz – jak znalazł. Idę i w myślach stwierdzam, że powinienem być zadowolony, bo i zjadłem ten przyprawiony głodem posiłek, a zadowolony nie jestem. Może, zamiast trawić kiełbasę, miętolę w sobie wątpliwą lirykę chamskich odezwań, jakimi „Pod Jeleniem” trochę mnie raczono. Może to sumienie domaga się jeszcze wbrew wszelkiej racjonalności, bym wrócił do knajpy i uregulował z dowcipnisiami honorowe rachunki. Wiem jednak, że oni by mnie tam zabili. Wzruszam ramionami i pukam do wiadomych drzwi. Po sekundzie staje w nich kudłacz, zapraszając do środka. Mieszkanie jak mieszkanie, mój gospodarz nie zaprosił mnie tutaj, by mnie nim olśnić. Chodzi mu o rozmowę, pewnie że z kimś odpowiednim, z pokrewną duszą.

- Tędy – pokazuje mi drogę. Po chwili siedzimy na starych, skrzypiących krzesłach.

        – W tej knajpie wszystko mi się przypomniało – mówię. – W pewnym okresie mojego życia zdarzyło się coś, co kazało mi wierzyć, że jestem człowiekiem sukcesu. Tym złudzeniem żyłem przez wiele lat. Choć nie notowałem kolejnych osiągnięć, pozostawałem w nieświadomości prawdy, że tak naprawdę to zawsze byłem patałachem, który najlepiej by zrobił, gdyby się zabił i już nie zaśmiecał swoim niewydarzeniem świata innym, godnym.

          – Co się panu stało, kolego! – zaniepokaja się kudłacz. – Każdy ma momenty lepsze i gorsze! Nigdy nie jest tak, że za wszystko siebie kochamy, że za wszystko kochają  nas inni! Gdy raz coś się nie uda, mamy pretensje do całego świata, do wszystkich jego prezydentów, głów koronowanych, będących z nami zwykle na dobrej stopie telewizyjnych dziennikarzy, sprzedawców w sklepach, które odwiedzamy! Tymczasem to nasze niepowodzenie jest pretekstowe! Naprawdę bowiem musimy się martwić nędzą istnienia! A poza tym jesteśmy zobowiązani opłacić cierpieniem i złym samopoczuciem niesamowity towar, jaki nam się dostał: życie! A to życie w człowieczym kształcie i funkcjach, najlepsze z możliwych!

Wspieram się na łokciach i chowam w dłoniach twarz.

- Niech pan pije herbatę, kolego! – namawia mnie kudłacz. – Nawet nie znam pana imienia – Pigułkowianin o skudlonych włosach naprawdę chce mi pomóc.

- Flakonon, to imię w Pyrii nie ma tradycji. A panu jak na imię?

        – Panie Flakononie, moje imię Łebstaw. Sam pan mówił o sprawie, której poświęcił pan 20 lat swego życia. Znalazł więc pan coś, co było warte, aby się tym przejąć. Sami nie jesteśmy w niczym lepsi od byle goryla, gdy nie ma w nas treści do urzeczywistnienia. Gdy takich treści w sobie nie ulepimy, posługując się gliną, której pełno naokół, lecz która tylko ugniataniem w naszych palcach może zasłużyć sobie na miano tworzywa. Pan próbował, a że nie wyszło? Przez 20 lat miał pan zajęcie, i już to to był sukces.

Odrobinę herbaty biorę na łyżeczkę i badam, czy można już pić. Można.

        – Panie Łebstawie, obsesją mojego życia już od lat dziecinnych było pragnienie nieśmiertelności. Warunkiem życia nieśmiertelnego uznałem szczelne wypełnienie go czynnością. Pracą wspartą na rozwijającej się wraz z nią koncepcji. Życie, ażeby być spójne, a jako takie zabezpieczone przed pójściem w rozsypkę, musi być zagęszczone.

Pociągam łyk herbaty. Jest gorzka. Z kryształowej cukiernicy dobywam łyżeczką dwie porcyjki białego proszku i sypię je do szklanki. Mówię dalej:

        – Co prawda, taki pogląd może się komuś wydać mocno nieprawomocny. Bo i niby z garnka zupy chcąc zrobić wielki gar zupy, musimy tę zupę rozrzedzić, dolewając dużo wody.

         Ja jednak wierzyłem, że życie jest substancją paradoksalną. Im więcej bowiem wiemy, tym więcej rodzi się problemów, o jakich wiedzę dopiero będziemy mogli posiąść. Budując kreacje matematyczne, możemy w dodatku dochodzić teoretycznych rzeczywistości – nader różnych od tej, nam danej. Jednej z takich teoretycznych rzeczywistości, oczywiście najlepszej, czyż nie można by wprowadzić na miejsce tej, danej nam przez dziejowy przypadek? Okazało by się wtedy, że dotąd bytowaliśmy bynajmniej nie „w najlepszym ze światów”, tylko być może w jednym z pośledniejszych. Taka operacja jakąż by dla ludzi była rewelacją! Wręcz Niebem, zapowiadanym przez Jezusa!

        – Obserwuję, Flakononie, że już się panu polepszyło – zaciera ręce Łebstaw. – Jednak byt bez śmierci i bez zła, bo o takim mówimy, prawda?, byłby prędko nam się przejadł, o ile byłby w ogóle możliwy logicznie. Nie może być dwóch prawych rąk, parą dla prawej zawsze będzie lewa. Tak samo nie może być „samego dobra”. Ponieważ musi mieć ono swą przeciwstawność, a więc zło.

- Czy to znaczy, Łebstawie, – prostuję kark – że mamy się dystansować od wszystkiego, co nie jest naszym uprzykrzonym przyzwyczajeniem?

Piję herbatę, ale ona nadal gorzka. Prawda, zapomniałem wymieszać cukier.

        – Nie. Jak nikt może inny, wierzę w oczyszczające działanie myślenia. Pomyśl – typ już mówi mi „ty”. – Jak mamy zabiegać o nieśmiertelność fizyczną człowieka jako gatunku, gdy normalnie widać z gwiazd, że to   w s z y s t k o   się rozleci już za sto miliardów lat?

- Wiedza nie jest celem ostatecznym – mówię. – Trzeba ją dopiero spożytkować, a więc w razie, gdyby miały okazać się złe, odwrócić jej wyroki.

- Istnienie jest jednak możliwe tylko pod jednym warunkiem: że jest jednocześnie nieistnieniem. Bo na przykład jest punkt. Który nie ma ani strony lewej, ani prawej.

- Jego przeciwstawnością nazwiemy więc nieskończoną, absolutną przestrzeń.

      – Tak – powiada Łebstaw. – Ale tak przestrzeń jak punkt, ażeby była sposobność ich ugruntowania się w byt, potrzebują czasu. Zdaje się, mówiłem ci już o tym w samochodzie. Więc może antytezą punktu nie będzie ani zupełna nicość, ani nieskończona przestrzeń, tylko chwila. Ale ja nie o tym chciałem mówić. Jak coś nie odznacza się rozciągłością własną, ani nie posiada układu odniesienia poza sobą, właściwie nie istnieje. Ale jak punkt rozszczepimy, będzie już miał rozciągłość! Będzie więc już istniał. Ale nie przestanie też nie istnieć, ponieważ fizyczne napięcia jego ramion będą się wzajemnie znosić! Taki rozszczepiony punkt, czyli odcinek, będzie miał bowiem dwa przeciwstawne sobie bieguny, plus i minus, które w sumie dadzą zero.

Herbata już przestygła, wypijam ją do dna jednym duszkiem.

         - Może jeszcze jakiś wniosek końcowy, bo już będę musiał iść – odgarniam mankiet koszuli, co uwidocznia tarczę mego nowego zegarka, na której stoi jednoznacznie, że mamy właśnie godzinę piątą minut pięć. Z mieszkania Łebstawa wcale nie chce mi się wybywać, choć bynajmniej nie czuję się tu dobrze. Dobrze nie czułbym się teraz pewnie w żadnym miejscu na ziemi. A gdzie indziej niż na ziemi nie ma w ogóle warunków do życia, więc tym bardziej tam mnie nie ciągnie. Ale muszę jechać do siebie. Bo i tam być nawykłem.

         - Wniosek końcowy jest taki, że diablo to wszystko ubogie, co sobie wystawiamy. W związku z czym trzeba się wzbogacać, a to prawdopodobnie lekturami, jakich, także w zakresie interesujących nas tematów, na szczęście nie brakuje.

Powstaję. Pokoik, w którym gości mnie Łebstaw, jest maleńki. W całej pełni to dopiero teraz do mnie dociera. Lecz jakie to miałoby mieć znaczenie.

       - Weź numer mojego telefonu, Flakononie – mówi kudłacz, wciskając mi do ręki wizytowy bilet. „Łebstaw Trawiński – organista – Pigułkowo, ul. Gruszowa 5” – odczytuję. Numer telefonu też jest, ale nie podam, ponieważ w tej mierze mam złe doświadczenia. Mógłby ktoś wytknąć mi niekonsekwencję, bo i podałem numer adwokata, Dragstroma Rurera, a tutaj takie ceregiele. Jak są same siódemki, to jednak wiadomo, że taka informacja jest zbujana, bo podobne numery wykupują dla siebie tylko jacyś potentaci. A tutaj musiałbym też zbujać, albo podać prawdziwy numer prywatnego obywatela, który za to mógłby nie chcieć ze mną rozmawiać. A zbujać po raz drugi to już by była recydywa.

Żegnam Trawińskiego, biorę walizkę w garść.

- Przystanek PKS będziesz miał w rynku, 30 kroków w lewo – słyszę jeszcze.